sobota, 11 lipca 2015

Rozdział 15.

*Perspektywa Veronici*

Bardzo niechętnie z wręcz żółwim tempem opuściłam pokój szatyna. Bałam się mu sprzeciwić, ale także nie wiedziałam, co zamierza z podłamaną Ann. Po słowach Louisa w garażu, odniosłam wrażenie, że oboje są na siebie wściekli, a patrząc na to z tej strony, że nazwał ją suką na pewno wylało się o wiele więcej słów niż tylko te i miałam rację, wchodząc zobaczyłam ją płaczącą, cóż zawsze była, jest i będzie wrażliwa, nie zależnie jak bardzo by się chciała tego wyprzeć. Siedziałyśmy w ciszy, była nam oczywiście potrzebna, zarówno mi jak i jej. Potem dopiero zaczęłyśmy rozmawiać, ale nie o tej sytuacji, po prostu to była rozmowa dwóch sióstr, tak jakby nas to w ogóle nie spotkało. Oczywiście po jakimś czasie wszedł On. Ale zupełnie nie sądziłam, że niebieskooki wróci. W jego oczach mogłam dostrzec wiele, ale za razem nic. Wiedziałam, że wszyscy mieszkańcy tego domu są nieprzewidywalni i bipolarni, więc martwię się o nią. Jeśli jej coś zrobi? Postrzeli? Zrani? Uderzy?
Byle tylko jej nie zabił. Ona nie może mnie tu zostawić samej. Może się to wydawać samolubne z mojej strony, ale to prawda. Została mi tylko ona, gdyż nie chcę wracać do dwóch osób, które były mi najważniejsze w życiu i, które mnie okłamywały przez cały czas. To okropne. Nawet nie wiem czy ta wiadomość dotarła do mnie w całości, jak powinna.
Westchnęłam sfrustrowana, po czym zeszłam powoli po schodach trzymając się barierki, by nie upaść. Wszystko dosłownie - nie było, żadnego miejsca, które mnie nie bolało. Czułam szczypanie spowodowane szarpaniem szwów o moją skórę, nawet nie chciałam na to patrzeć. Wystarczy, że wyobrażałam sobie jak to okropnie wyglądało. Gdy udało mi się zejść na dół, do moich uszu doszły głośnie rozmowy z bodajże garażu, miałam iść do Liama, bo on jako jedyny nie groził mi żadnym ostrym przedmiotem ani słowami. On i Niall byli... cóż byli dla mnie jak do tej pory najmilsi i nie oszukujmy się, że więcej takich osób tu znajdę. Poza tym chciałam spędzić trochę czasu w znajomym środowisku, komputerów oczywiście, ale odgłosy warkotu silników od razu mnie od tego odwiały, gdyż to szybkie auta będą zawsze na pierwszym miejscu, zaraz po siostrze oczywiście.
Powoli podeszłam do metalowych drzwi, biorąc głęboki wdech nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Wzrok wszystkich, a dokładniej trójki chłopaków, która siedziała tu od obiadu powędrował na moją osobę. Przygryzłam nerwowo dolną wargę przypatrując się każdemu z nich.
- Po coś jeszcze tu przyszłaś? - zapytał kędzierzawy blondyn.
- Nie, nie wiedziałam gdzie pójść, a jak zdążyłeś zauważyć uwielbiam samochody - westchnęłam.
Spojrzałam na Luke'a, który uśmiechał się do mnie, klepiąc miejsce obok siebie. Z trudem usiadłam koło niego, zachowując odpowiedni dystans, gdyż wciąż czułam na sobie wzrok Ashtona. Blondyn z kolczykiem w wardze podał mi puszkę jakiegoś energizera. Od kiedy on jest taki miły? Nie rozumiem, przedtem chciał nas prawdopodobnie zabić, a teraz... Ah, tak. Zapomniałam, że większość z nich ma huśtawki nastroju gorsze niż kobieta w ciąży. Mimo wszystko wzięłam od niego napój, dziękując kiwnięciem głowy.
- Rusz się, Hemmings. Trzeba przecież zająć się Lolą - warknął Ashton.
Błękitnooki, wzdychając podniósł się i podszedł do jednego z samochodów, a dokładniej zielonego Nissana Skyline'a. Obserwowałam jak w spokoju unosi maskę i patrzy neutralnym wzrokiem na maszynerię. Coś w środku aż cisnęło mnie, żeby tam podejść i chociaż przez ułamek sekundy spojrzeć na ten sprzęt. Drugiej takiej szansy raczej nie będzie. Niezdarnie stanęłam na równe nogi i podeszłam do auta. Muszę przyznać szczerze, że ten samochód był zadbany, wszystko wręcz lśniło. Jednak coś wpadło mi w oko, przez co zmarszczyłam brwi.
- Co to za mina, znawczyni aut? Coś nie tak? - zapytał ze śmiechem blondyn.
Ostrożnie podciągnęłam rękawy bluzki i pochyliłam się nieco, by sprawdzić to, co zarejestrowało moje sokole oko. Pokręciłam, a raczej próbowałam pokręcić wiatraczkiem, lecz ledwie co się ruszał.
- Zdecydowanie nie tak. Nie zdziw się, kiedy silnik ci się przegrzeje. Masz niesprawny wentylator chłodnicy.
- No no, może nam się jeszcze rozbierzesz i naprawisz tą małą usterkę – odezwał się Luke, chyba próbując być śmiesznym, no ale cóż jakoś mu to nie wyszło, bynajmniej w mojej opinii, bo Irwin i Harry parsknęli śmiechem. Ash nachylił się koło mnie wpychając dłoń w głąb maszyny, po czym wyprostował się i ze zdziwieniem wpatrywał się we mnie.
- Ona ma racje.
– Co jest w tym takiego dziwnego? Dziewczyna nie może się interesować autami? -zaśmiałam się pod nosem, ale po części uraził mnie tym, że nie uwierzył mi od razu.
- Jak mi powiesz jeszcze, że umiesz to naprawić… - Luke nie dokończył ponieważ nieśmiało skinęłam głową potwierdzając jego myśli.
Nie raz bywało tak, że siadałam z tatą w garażu przy jego Mitsubishi i potrafiliśmy przesiadywać cały weekend rozbierając i składając, naprawiając czy tuningując go.
Blondyn padł przede mną na kolana łapiąc moją dłoń.
– Boże, dziewczyno wyjdź za mnie – powiedział to i w tym momencie zszedł do garażu Michael i Calum a za nimi Liam. Zaczęłam śmieć się jak jakaś postrzelona, gdyż to na serio bardzo dziwnie wyglądało.
- Okey co tu się dzieje? – Zapytali niemal jednocześnie nowo przybyli.
- Lukey oświadczył się naszej nieśmiałej pani mechanik – odparł Harry wywołując u nich taką samą reakcję.
- Nie masz szans stary, lepiej wracaj do swojej Loli – prychnął Michael poprawiając czapkę z daszkiem, a blondyn stojący jeszcze koło mnie znacznie posmutniał, ale podniósł się z kolan otrzepując niewidzialne pyłki ze swoich spodni.
- Racja, moją miłością są samochody - wzruszyłam ramionami, posyłając chłopakowi rozbawione spojrzenie. - Ale jak chcesz mogłabym ci to naprawić.
- Nie, nie mogłabyś - usłyszałam głos Ashton. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem.
- Masz zszyty brzuch i ty chcesz jeszcze naprawiać samochód? - prychnął.
 - Dobra nie ważne. A co ty tu robisz Payne? - odezwał się Harry.
Spojrzałam prawie że błagalnie na kędzierzawego, gdyż w sumie chciałam pokręcić się wokół tego Nissana. On jedynie zgromił mnie morderczym wzrokiem i wskazał na ławkę przy ścianie. Przewracając oczami wykonałam jego niemy rozkaz, przysłuchując się rozmowie.
- Zmusili mnie, szantażyści - mruknął Liam.
- Tylko go postraszyliśmy, że mu wtyczki odetniemy. Szybko poszło, szczerze mówiąc - zaśmiał się Michael, a stojący obok szatyn mordował go jedynie spojrzeniem.
- Biedak - skwitował Luke, wydymając przy tym dolną wargę.
- Veronica - zwrócił się do mnie Liam - Podaj, proszę cię - powiedział wskazując na stolik.
Marszcząc brwi spojrzałam na narzędzia i... paczkę papierosów. No tak, rozumiem. Chwyciłam białe pudełeczko i rzuciłam je chłopakowi, który zręcznie je łapiąc wyszedł na zewnątrz przez drugie drzwi na końcu pomieszczenia. Zauważyłam jak Calum kieruje się w moją stronę, lecz zatrzymał się w pół kroku słysząc głos Harry'ego:
- Chodź no tu, Hood. Pomożesz mi.
Zirytowane westchnięcie wydostało się z ust czarnowłosego, lecz odwrócił się i podszedł do bruneta. Zaś czerwonowłosy Michael postanowił, że pomoże w naprawie Luke'owi. Jedynie Ashton sam zajmował się pięknym Dodgem, a mnie korciło, żeby mu w tym pomóc. Ten samochód był niesamowity. Ah tak, moja słabość do zabytkowych wozów daje się we znaki.
Kurde nie, nie wytrzymam korci mnie, tak okropnie mnie korci. Kręciłam się na tej ławce, nie wiedząc co zrobić. Z jednej strony już wstawałam, by tam podejść, ubrudzić swoje ręce w smarze, lecz zaraz oczami wyobraźni wiedziałam groźny wzrok blondyna. No kurde.
- A ty co, ADHD masz? Czy robaki w dupie? – usłyszałam z lewej strony więc spojrzałam tam by spotkać na roześmianego Mike'a. No ten gościu jest nie możliwy. Taki arogancki. Nie wiem jak on może mieć dziewczynę, serio.
- Ta, oba – szepnęłam, wracając spojrzeniem na Asha, który pochylał się nad maską.
To był taki widok że… połączenie jego z samochodem dawało mieszankę wybuchową. Boże, o czym ja myślę. Za długi okres nie wdychałaś benzyny i ci to nie służy. Chłopak jakby wyczuł, iż się na niego patrzę, bo odwrócił się do mnie. Posłałam mu słaby uśmiech, w który włożyłam także prośbę, ponadto złożyłam dłonie jakbym go błagała.
- Jeszcze na kolana padnij to może ci pozwoli. – znowu usłyszałam głos czerwonowłosego.
Zdusiłam w sobie chęć mordu na nim i dalej patrzyłam na blondyna. Ten pokręcił przecząco głową, mrożąc mnie wzrokiem, lecz ani mi się widzi z tego rezygnować. Wydęłam dolną wargę trzepocząc rzęsami. Zawsze działało, no oprócz Ann. Ona to ma tą silną wolę i umie się oprzeć mojemu „urokowi”.
- Ja pierdolę, dobra chodź, bo jeszcze mi się tu rozbeczysz – warknął zrezygnowany. Tak! Pisnęłam zadowolona zrywając się zbyt szybko z ławki napinając brzuch przez co znowu szarpnęłam szwy. Próbowałam nie pokazywać iż mnie to zabolało, ale jakoś nie specjalnie mi to wyszło. – Ale nie dotykasz jej – zagroził mi palcem.
- NO ASHY! – stanęłam w pół kroku.
Nie może mi tego zrobić. Być tak blisko i nie dotknąć mojego marzenia.
- Jak możesz być tak okrutny, Ashy – westchnął teatralnie Mike.
- Ashy, weź mnie na masce – dorzucił swoje dwa grosze do tej konwersacji Luke. Irwin obrócił się do nich przodem mordując wzrokiem, ja natomiast rzuciłam w Hemmingsa nakrętką od śruby którą bawiłam się zanim stanęłam koło Ashtona.
- Ej no, za co to? Tylko wypowiedziałem słowa, które w sobie dusisz kicia – mrugnął do mnie, a ja żałowałam, że nie miałam pod ręką czegoś cięższego.
- Ciesz się, że nie mam nic cięższego pod ręką – syknęłam nawet nie wiem kiedy. Od kiedy ja taka pyskata jestem? Chyba za dużo udziela się mi od starszej kopii mnie.
- Liczyłem raczej na: dzięki Luke, nie miałam mu odwagi tego powiedzieć – próbował mówić to tak jakbym to była ja, ale bardziej piskliwie i denerwująco, chyba, że właśnie tak brzmi mój głos.
- Skończ Hemmo – warknął Liam w mojej obronie. Przeniosłam na niego spojrzenie dziękując mu bezgłośnie na co tylko skinął głową.
- Pff, niewdzięcznicy – prychnął Luke, pochylając się ponownie nad swoim autem.
- Kto jak kto, ale to ty jesteś nie wdzięczny, siedzimy i pomagamy ci przy Loli, więc skończ z takim pieprzeniem – odezwał Harry, który opierał się o ścianę tuż przy nim.
- Oj dobra, wracać do roboty – zabrał głos Calum, widząc, że blondyn ma zamiar znowu powiedzieć zapewne coś błyskotliwego.
Westchnęłam zrezygnowana i stanęłam tuż obok maski posyłając blondynowi smutne spojrzenie, które zwyczajnie olał.
- Ashton - jęknęłam przeciągle.
- Jęki zostaw na później - zaśmiał się pod nosem Luke.
Zgromiłam go spojrzeniem razem z Ashtonem, po czym wróciłam do wspaniałej maszynerii znajdującej się pod maską. Po minucie, może dwóch gapienia się na czterdziestoośmio zaworowy silnik z uwielbieniem oraz podawania Ashtonowi narzędzi, moje oko wyłapało odkręcony zawór od zbiornika z płynem chłodzącym. Dyskretnie sięgnęłam dłonią do nakrętki, lecz kilka centymetrów od niej smukłe, długie palce Irwina zacisnęły się na moim nadgarstku. Podniosłam na niego wzrok. Ewidentnie się nad czymś zastanawiał, nawet nie obdarzając mnie gniewnym spojrzeniem. Przygryzłam nerwowo dolną wargę, niecierpliwie czekając aż jakiekolwiek słowa opuszczą jego usta.
- Miałaś niczego nie dotykać – syknął lustrując każdy centymetr mojej twarzy.
- Wiecie nie chcę wam przerywać tej ckliwej sceny, no ale potrzebna mi pomoc z tą chłodnicą, Clifford jest nie kompetentny.
Przysięgam, że ten chłopak doprowadza mnie do białej gorączki, miałam ochotę te jego blond włoski wyrwać. Ashton wypuścił mój nadgarstek z żelaznego uścisku i znużony przeniósł spojrzenie na niebieskookiego. Ja natomiast wykorzystałam to i chwyciłam go za odkryte ramię.
- Mogę? Proszę. Pozwól mi.
- Przestań zachowywać się jak pięciolatka - syknął strącając moje dłonie.
- Pięciolatka nie potrafiłaby naprawić ci chłodnicy.
- Właśnie - skwitowałam.
- Ugh, no dobra. Idź juź - warknął.
Ja - rzeczywiście zachowując się jak pięciolatka - wyszczerzyłam się i podbiegłam prawie w podskokach do Nissana. Rwący ból brzucha był okropny, ale myśl, że mogę zająć się tym samochodem była wspaniała. Luke patrząc na mnie z jakimś dziwnym uśmiechem odsunął się dalej, dając mi pole do popisu. Poprosiłam go o potrzebne mi narzędzia, a gdy je dostałam zabrałam się do pracy, nie zważając na to, że boli mnie prawie wszystko. Naprawa tego wentylatora zajęła mi dosłownie dziesięć minut. Nic prostszego. Zdjęłam ścierkę wiszącą na masce i wytarłam o nią dłonie przyglądając się mojej dobrze wykonanej robocie. Luke podszedł bliżej, przez co stykaliśmy się ramionami, nachylił się nad sprzętem i pokręcił wiatraczkiem, który bez najmniejszego problemu się kręcił.
- No mała, nie sądziłem że ci się uda. Jesteś niesamowita - pokiwał głową z uznaniem, a moje policzki pokrył ciemny róż.
Odwróciłam głowę w stronę Ashtona, który dokręcał w tej chwili zawór, co chciałam sama niedawno zrobić. Uśmiech zniknął z mojej twarzy, gdy jego napięte ciało skierowało się ku mnie, a obojętny wzrok, który mówił wszystko, a jednocześnie nic, skrzyżował się z moim. Wzięłam głęboki oddech i posłałam Luke'owi ostatni raz uśmiech, po czym wyszłam z garażu chcąc całkiem zmyć olej z rąk. Gdy weszłam do łazienki, stanęłam przed lustrem. Tak, bluzka zdecydowanie idzie do kosza - ma sporo ciemnych plam, które nie są do sprania. Umyłam całe ręce aż do łokci i przepłukałam twarz wodą, starając się rozgryźć kędzierzawego blondyna o orzechowo-zielonych tęczówkach.
Wytarłam miękkim ręcznikiem twarz i opuściłam łazienkę wpadając na czyjeś ciało.
- O Veronica – usłyszałam ciepły głos i od razu wiedziałam kto jest jego właścicielem.
- Hej Kate.
- Super, że na ciebie wpadłam, nie wiesz może gdzie jest Harry. Szukam go chyba od dobrych dziesięciu minut.
- Jest w garażu, właśnie tam wracam – posłałam czarnowłosej uśmiech na co odpowiedziała mi jeszcze szerszym.
- Odpowiedziałaś mi tym na pytanie które chciałam zadać – zaśmiała się dźwięcznie, posłałam jej zdezorientowanie spojrzenie, które od razu wyłapała. Dziewczyna wskazała ręką na mój poplamiony strój po czym dodała: – Czemu jesteś cała brudna.
- Ah no powiedzmy, że zabijałam nudę. – Gdy to wypowiedziałam, nawet nieświadomie uzmysłowiłam sobie jak to zabrzmiało, od razu zrzędła mi mina.
Czarnowłosa jakby rozumiejąc moje nagłe zmieszanie dotknęła czule mojego ramienia.
- Może chodźmy już do chłopaków, co? – W odpowiedzi tylko skinęłam głową wymuszając delikatny grymas na moich ustach.
Razem z Kate skierowałam się do wspomnianego wcześniej pomieszczenia. Ona zdecydowanie tam nie pasowała, była zbyt urocza i miła. Pewnie była także typem dziewczyny, która boi się odrobiny smaru za paznokciami. Nie mam nic do takich, uważam w sumie, że ja nie jestem typowa i nie mam zwyczajnych zainteresować, jak na nastolatkę w moim wieku.
Gdy weszłyśmy, żaden z chłopaków nawet nie zwrócił na nas uwagi no cóż, byli zbyt wpatrzeni w swoje cacka na co im się nie dziwię.
- Kochanie, wszędzie cię szukałam - odezwała się Kate schodząc po schodkach.
- No i znalazłaś słońce. - Luke wyprostował się rozkładając szeroko ręce jakby czekał na dziewczynę. Głupkowaty uśmiech zszedł mu z ust gdy dostał po głowie od stojącego za nim Harry'ego.
- To nie było do ciebie - warknął, ale nie udawało mu się utrzymać poważnej miny. Kate podbiegła i o dziwo przytuliła blondyna.
- Akurat do niego - wystawiła mu język śmiejąc się przy tym. Okey czyli jednak myliłam się co do niej. Wcale nie przeszkadzał jej smar, z którym w tym momencie akurat się spotkała.
Zachichotałam pod nosem widząc wyszczerzonego Luke'a i mordującego go wzrokiem Harry'ego.
- Chodź, Harry. Chciałabym z tobą porozmawiać. - Posłała brunetowi znaczące spojrzenie, na które od razu zareagował i krok za nią wymaszerował z garażu.
Zaś roześmiany 'Hemmo' wrócił do gdybania w aucie. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić, więc ponownie podeszłam do niego i oparłam się o bok, a blondyn posłał mi uroczy uśmiech. Fajnie, że poznałam go z tej drugiej - zabawnej strony. Jest bardzo miły i zdecydowanie wolę go takiego niż sarkastycznego, podłego, chamskiego dupka, który z chęcią władowałby nam kulkę w łeb.
- Podoba ci się? - zapytał w końcu, zauważając jak wzdycham, widząc skórzane wnętrze samochodu.
Przytaknęłam jedynie głową w odpowiedzi.
- Kiedyś może ci pozwolę się ze mną przejechać - uśmiechnął się, puszczając mi oczko.
- Może nawet dzisiaj? Przecież musisz go przetestować po tuningu - uśmiechnęłam się zadziornie, na co blondyn zaśmiał się pod nosem.
- Może - odparł przeciągając samogłoski, a we mnie pojawiła się iskierka nadziei, iż przejadę się jeszcze dzisiaj Nissanem Skylinem, który nie dorównuje w żadnym stopniu Dodge'owi, ale też jest niezły.
Luke poprosił mnie o kilka narzędzi, które wzięłam ze stolika i podałam mu je. Podczas podrasowywania jego Loli - czemu oni nadają imiona swoim samochodom? Ja rozumiem, że to nie jest jakieś nienormalne, bo auto można darzyć jakimś rodzajem uczucia, jak ja, no ale... Imię? - dużo rozmawialiśmy. Dowiedziałam się o nim kilku rzeczy, na przykład, że miał kiedyś dziewczynę - Amandę. Wymienił mi również kilka ulubionych marek jego samochodów. Targowaliśmy się która jest lepsza i dlaczego. O dziwo udało mi się go w pewnych kwestiach przekonać i zmienić poglądy co do niektórych wozów. Mogę nawet powiedzieć, że znaleźliśmy wspólny język.
Lecz cały czas czułam, że to nie z tą osobą chciałabym podłapać kontakt, mimo to i tak czułam wypalający we mnie dziurę wzrok Asha. Towarzyszył mi niemal cały czas nie zależnie od tego co robiłam. To było dziwne i zarazem irytujące. Najpierw mnie zastrasza, a potem tak bezkarnie pożera mnie wzrokiem. Mając już powoli dosyć tego odwróciłam się do niego przodem przez co nasze spojrzenia się skrzyżowały, a moje serce na dosłownie ułamek sekundy zaprzestało działań.
Nieświadomie przygryzłam dolną wargę, przypatrując się mu. Patrzył w moje oczy neutralnym wzrokiem, choć... Nie. To spojrzenie wyrażało dosłownie wszystko, było tak wymowne. Bardziej niż słowa, jednak nie wiem co chciał mi w ten sposób przekazać. Coś czuję, że wieczorem będzie miała miejsce jakaś rozmowa. Aczkolwiek wydaje mi się, że on tak szybko się przede mną nie otworzy. Ale dlaczego niby miałby to robić?! Przecież jestem tylko kolejną zakładniczką, którą i tak wkrótce pewnie sam zabije. Nie wiem dlaczego na tę myśl poczułam ukłucie w okolicach serca.
Nawet na sekundę nie zerwaliśmy kontaktu wzrokowego. On stał pochylony nad silnikiem, opierając się o krawędź karoserii znajdującej się przed maską. Całe jego ciało było napięte, a skupiony wzrok nadal śledził każdy mój najmniejszy ruch, co było zdecydowanie niekomfortowe dla mnie. Ja zaś stałam obok przedniej części Nissana, z rękami skrzyżowanymi pod biustem, również mu się przypatrując.
- Veronica? Słuchasz ty mnie? - Głos Luke'a wyrwał mnie z zamyślenia.
- Co? Nie, przepraszam, zamyśliłam się - westchnęłam, odrywając zacięte spojrzenie od Irwina. Próbowałam jedynie grać twardą, w środku byłam roztrzęsiona przez sam jego wzrok.
- Coś mówiłeś? – zwróciłam się do stojącego obok mnie niebieskookiego. Ten tylko zaśmiał się pod nosem kręcąc przy tym rozbawiony głową, ym okey.
- Już nie ważne.
- Czy ja wiem. To dobry pomysł – odezwał się kędzierzawy. Co? Jaki pomysł? O czym on mówił?! Spojrzałam na niego z zdziwieniem na twarzy, a on przewrócił tylko oczami z łobuzerskim uśmieszkiem.
- Mówisz? – zdziwił się Luke, a w odpowiedzi Ashton tylko skinął głową.
- Ale o czym wy mówicie? Co jest dobrym pomysłem? – przenosiłam zdezorientowana spojrzenie to na jednego to na drugiego blondyna.
- Chcą sprawdzić czy rzeczywiście jesteś dobra – odrzekł za nich Liam, równie zdziwiony co ja.
- A-ale... ale jak?
- Chodź tu. – Irwin bardziej rozkazał niż poprosił, ale kogo ja oszukuje, ona nawet nie posiada takiego słowa w swoim słowniku.
Niepewnie podeszłam do niego i stanęłam na przeciwko mojego wymarzonego wozu.
- Proszę bardzo, znajdź jakąś usterkę w tym idealnym wozie - klepnął dłonią krawędź maski i odsunął się, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
Zmarszczyłam brwi przypatrując się jego obojętnej twarzy.
- I tyle? - Zapytałam zdziwiona.
Blondyn jedynie przytaknął.
- No dobra - westchnęłam.
Pochyliłam się nad maską, zaciskając oczy z szarpiącego na brzuchu bólu. Jednak zignorowałam go, nie chcąc pokazać swojej słabości i przyznać pewnej racji Irwinowi. Zaczęłam przeszukiwać wzrokiem cały system pod maską. Wreszcie wychwyciłam co było nie tak, niby drobne przetopienie, ale ważne i nie wolno go za żadne skarby pomijać.
- Uhm... Masz przepaloną uszczelkę nad głowicą - mruknęłam, nie odwracając się w tył.
Nachyliłam się, by dokładniej sprawdzić czy mam rację, lecz zaraz poczułam duże, chłodne dłonie na biodrach, a moje ciało zesztywniało. Zaraz obok mnie znalazł się Ashton, pochylając się nad tym, co znalazłam.
- Mhm, masz rację. Skoro znalazłaś, teraz pokaż nam po raz kolejny swoje umiejętności i napraw to - uśmiechnął się wręcz pobłażliwie.
Mój brzuch cały czas dawał o sobie znać przy wymianie uszczelki, lecz starałam się nie zwracać uwagi na ból. Nie dam mu tej satysfakcji.
Dokręciłam ostatnie śruby przy nowej części, po czym odłożyłam narzędzia na bok, przyglądając się lśniącemu metalowi. Uśmiechnęłam się zwycięsko pod nosem i wyprostowałam, lecz zbyt szybko... Momentalnie zgięłam się w pół sycząc z bólu, gdyż moje szwy prawdopodobnie pękły. Złapałam się za nieco krwawiący brzuch, zaciskając przy tym szczękę. Podniosłam głowę na Irwina, który teraz stał przede mną niewzruszony, a mała igiełka została wbita w okolice mojego serca. Ale dlaczego? Mogłam się tego spodziewać. Wiadome przecież, że nie wziąłby mnie w ramiona i wyniósł jak Bóg wie jaką królewnę. Jestem idiotką.
Kątem oka zauważyłam, iż Liam zrywa się z miejsca podchodząc do mnie.
Jednak Ashton gestem dłoni nakazał mu się nie zbliżać. Brunet stanął w półkroku mrożąc go wzrokiem.
- Zostaw. Uprzedzałem, że może się tak stać – syknął patrząc na mnie z góry.
Okey, dobra, sukinkot to zaplanował, wiedziałam, że coś jest nie tak, przecież normalnie nie pozwoliłby mi dotykać jego auta. Zagryzłam policzek od środka, zaraz czując metaliczny posmak krwi. Cholernie bolało, tak jakby ktoś powoli odcinał ci tępym narzędziem kończynę. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie wytrzymam tego.
- Kurwa Irwin, co ty odpierdalasz? Przecież ona zaraz tu nam zejdzie z bólu – warknął Luke, lecz nie zmienił swojego położenia, nadal wpatrywał się we mnie. Zrób ktoś coś wreszcie!
- Pierdol się Ashton – syknął Liam i podszedł do mnie biorąc na ręce.
Zrobił to bardzo delikatnie, ale mimo to jęknęłam z bólu. Przewiesiłam jedną rękę przez jego kark, brudząc krwią.
- Dziękuję - szepnęłam w jego koszulkę, choć wątpię, że to usłyszał.
- Nie masz za co - westchnął.

_________________________________________________________
Witam witam i o zdrówko pytam :3
Mamy kolejny rozdział! Tyle się tu dzieje! Jejku Lukey i Mikey mnie rozwalają doszczętnie xD sama siedzę i się z nich chichram xD I co ten Irwin sobie wyobraża! Myślałyście, że się zmienił?! Cóż nic mylnego :D To jest Ashton tego nie ogarniesz xD 
Chciałbym powitać dwie nowe czytelniczki ;3 Gabrysię Abramowicz i Księżniczkę__ :*
Dziękujemy niezmiernie za wyświetlenia! Jeny mamy już ich tyle, że nie mogę uwierzyć w to *,*
No dobrze odsyłam was do notki mojej Ver :*
Do następnego skarbeczki :* Buziaki ;* A.


No hey skarby <3
Kurcze, nie mogę się nie zgodzić - tyle się dzieje w tym rozdziale. A miałam nadzieję, że Ashton się jednak zmienił ;-; co za baran. Ugh. Za to Payno nasz superhero *.*
Ja również chcę powitać nasze nowe czytelniczki :) Nie macie pojęcia jakie szczęście mnie ogarnęło kiedy zobaczyłam nowe komentarze! Wierzę, że zostaniecie z nami jak najdłużej i polecicie bloga znajomym :D
No a teraz sprawa inna...
Jutro o 5 rano wyruszam w dwudniową podróż z 2 maluchów (zabijcie mnie ;-; ). Ponieważ wybieramy się do Bułgarii na dwa tygodnie, ode mnie notki raczej nie będzie, chociaż będę się starać o wifi (yup, dla was i oczywiście dla Addie ^.^).
Życzę wam słoneczka, takiego jak ja (mam nadzieję) będę mieć ;3
Do następnego kochani :*
W. xo


Czytasz = skomentuj

niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 14.

*Perspektywa Louisa*

No co za, kurwa idiotka! Skąd ona może wiedzieć, jak traktuję kobiety? Skąd to, cholera mogłaby niby wiedzieć?!
To denerwuje mnie najbardziej, mówi o mnie coś, co usłyszała od innych. Ocenia mnie po pozorach, a tak na prawdę mnie nie zna, nie ma pojęcia kim jestem.
 Wysiadłem z samochodu, z impetem trzaskając drzwiami.
- Tommo, co się stało? - krzyk Jake'a doleciał do moich uszu.
Zatrzymałem się, wziąłem głęboki oddech, żeby zaraz go nie uderzyć i odwróciłem się, obdarzając uśmiechniętą mordę Calvina morderczym spojrzeniem. Blondyn niemal od razu uniósł ręce do góry w geście obronnym, cofając się kilka kroków. Jęknąłem przeciągle, przecierając twarz dłońmi.
- Daj mi kluczyki do Laili, muszę przejechać co najmniej cztery okrążenia - warknąłem mimowolnie
Chłopak od razu wyjął z kieszeni wspomniany przedmiot i wręczył mi go, na co uśmiechnąłem się pod nosem. Kiwając głową w podzięce, odszedłem do samochodu przyjaciela, który ostatnim razem był nieźle styrany, gdyż korzystał z niego Michael. Jednak dzisiaj wyglądał jak nowy, ciekawy jestem ile kosztowało Jake'a naprawienie go. Wyrzuciłem z głowy niepotrzebne myśli, wsiadłem za kierownicę i ruszyłem. Nie patrząc nawet na licznik jechałem, ostro skręcałem, o mało co nie wypadając z toru.
Stanąłem w połowie okrążenia, gdyż skończyło mi się całkowicie paliwo, co oznaczało, że przejechałem na prawdę dużo. Wywnioskowałem to również po chylącym się nad horyzontem słońcu. Opuściłem wóz i, zostawiając go na torze, wróciłem do warsztatu.
- Powiesz mi wreszcie? Chyba wyluzowałeś przez te kilka godzin, jeśli się nie mylę.
- Jezu no, pożarłem się z durnymi idiotkami, które nic o mnie nie wiedzą, a oceniają - syknąłem.
Wcisnąłem dłonie w kieszenie, a moja stopa z impetem uderzyła w leżący obok mnie kamień, który potoczył się na znaczną odległość.
Blondyn ze świstem wciągnął powietrze przez usta, a ja posłałem mu pytające spojrzenie.
- To te córki O'Connora?
- Tak, to one.
- Louis, wiesz, że Brian się w końcu zorientuje. Nie możecie ich trzymać, sam wiesz jak jest z nim.
- Wiem to, Jake. Za to nie mam pojęcia, co możemy zrobić. Jak je zabijemy, on zabije nas. Jak je wypuścimy, to on i tak nie odpuści, bo wiemy, że Brian O'Connor zawsze dopnie swego i się zemści, mordując nas, kurwa wszystkich - warknąłem
Chłopak wzruszył bezradnie ramionami, kręcąc przy tym głową. Podziękowałem mu za pożyczenie Laili i wróciłem do swojej Destiny. Odpaliłem silnik i naciskając gaz do dechy mknąłem przez miasto, miałem w szerokim poważaniu trąbienia i wyzwiska w moim kierunku. Walić te osoby serio miałem wyjebane co w tym momencie o mnie myślą, pieprzyć tych ludzi, miałem inne zmartwienia na głowie, a mianowicie jedną dziewczynę i jej siostrę. Nie mogłem całkowicie wyrzucić z głowy tej postrzelonej brunetki, jak ona mi działała na nerwy jak kurwa nikt przedtem, ale musiałem przyznać, że coś w niej było, coś intrygującego. Po usłyszeniu od młodszej czym się obie interesują, mogę stwierdzić, że coś musiało ją spotkać w przeszłości, coś co zmieniło jej charakter. Wkurwia mnie niewiedza, zawsze, za każdym razem trafia mnie jasna cholera, gdy nie jestem o czymś poinformowany. No cóż w mojej że tak to nazwijmy profesji, niewiedza jest bardzo ryzykowna, musiałem wiedzieć wszystko, o wszystkich, by chronić swojej rodziny. To jest po prostu niesłychane, żeby dziewczyna będąca tak delikatna wewnętrznie była taka.. taka sukowata, dosłownie, natomiast jej siostra, cóż zupełnie było u niej na odwrót, strachliwa niewinna na zewnątrz, w środku czysta kopia Briana. To chore, nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką sprzecznością. Co kompletnie zwala mnie z nóg. Muszę odkryć tą pieprzoną tajemnicę.
Gdy dojechałem do domu, od razu wszedłem do salonu, rozglądając się po nim, lecz nie zastałem tam nikogo, prócz Zayna z Calumem, co mnie zdziwiło. Salon to było miejsce, gdzie praktycznie codziennie przesiadywali wszyscy, rozmawiając, a dzisiaj tu tak pusto.
- Gdzie reszta? - zapytałem, unosząc jedną brew
- Głównie w pokojach. Ash, Luke i Harry w garażu, a Liam wiadomo gdzie - zaśmiał się Cal, który był z resztą kopią Zayna; brązowe oczy, czarne włosy, ciemna karnacja. Tyle, że Malik wyglądał groźniej, definitywnie. A Hood był wręcz uroczy, czego ja oczywiście nie stwierdziłem.
- Tak poza tym, to Martin zaprosił nas na jakąś imprezę - mruknął Zayn - Po Ride Or Die, jeśli się nie mylę - spojrzał pytająco na Caluma, który jedynie przytaknął, potwierdzając jego słowa.
- No was chyba posrało, jeśli wszyscy chcecie tam iść razem ze mną. One same nie zostaną, jak wcześniej, bo może się to skończyć jeszcze gorzej. Tym bardziej nie weźmiemy ich ze sobą - mruknąłem mimo, iż taki scenariusz już tworzył się w mojej głowie.
Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź z ich strony, skierowałem się do pokoju, w którym miałem wielką nadzieję zastać Adrianne. Stanąłem przed drzwiami zastanawiając się, czy aby na pewno tam wejść, szczerze nie byłem pewien czy mam ochotę teraz widzieć jej twarz, której bądźmy szczerzy nie mogłem wygonić z głowy. Westchnąłem przeciągle i chwyciwszy klamkę wszedłem do środka.
Jakie było moje zdziwienie widząc leżącą na wznak Ann oraz siedzącą tuż obok niej jej młodszą siostrę. Obie w ty samym czasie spojrzały na moją osobę, a mój widok odgonił uśmiechy, jeszcze przed sekundą zdobiące ich buzie. Odchrząknąłem czując się nadto obserwowany, lecz nic tym nie wskórałem, gdyż nadal ich wzrok był zawieszony na mnie. Zlustrowałem dokładnie twarz starszej i zauważyłem opuchliznę pod oczami i lekko poczerwieniałe oczy. Czyżby płakała? Przeniosłem wzrok na Veronicę, szukając u niej jakichkolwiek wskazówek, patrząc też czy nie robiły tego razem. Lecz twarz zielonookiej była normalna, nie wykazywała zupełnie nic. Czyli jednak coś się stało po moim wyjściu, albo po prostu to ja byłem powodem jej łez. Chociaż szczerze stawiałbym na to pierwsze, w końcu przecież ma takie o mnie zdanie, że nie powinny dotknąć ją moje słowa. A może jednak?! Musiałem z nią porozmawiać w cztery oczy, więc posłem młodszej O’Connor znaczące spojrzenie, dając jej do wiadomości, że ma opuścić mój pokój. W dupie miałem czy przerwałem im jakąś ważną rozmowę o tipsach, ciuchach czy chuj wie o czym tam one rozmawiały. Brunetka odwróciła głowę w stronę siostry, zupełnie nic nie mówiąc. Po chwili wstała i opuściła pokój, co chwila zmieniając mimikę twarzy, jakby porozumiewając się bez słów z Adrianne. Dziewczyny, w dodatku one są dziwne. Podszedłem powoli do łóżka i zająłem miejsce, na którym wcześniej znajdowała się Veronica. Spojrzałem w jej oczy, przez co nasze spojrzenia się skrzyżowały. Mimowolnie wykrzywiłem się w grymasie, gdy jej oczy były zupełnie puste, nie wyrażały żadnych uczuć.
- Płakałaś? - szepnąłem, choć nie wiem dlaczego powiedziałem to w ten sposób.
- A nie widać? - mruknęła
No i znowu... Ja próbuję być miły, jakoś się do niej dostać, a ona znowu mnie odpycha. Po raz kolejny próbuje być oschła, a ja i tak wiem, że jest słaba i wrażliwa wewnętrznie, jak jej siostra, tyle że wewnętrznie. Ja na prawdę ich nie pojmuję.
- Słuchaj, nie wiem co zrobiłem...
- Wiesz, doskonale wiesz.
Westchnąłem zirytowany, lecz kontynuowałem:
- Wiem, nazwałem cię, jak nazwałem. Ale co z tobą? Cały czas mnie obrażasz, oceniasz po tym, co usłyszałaś, po pozorach, nie mając pojęcia kim jestem na prawdę. Kto ma gorzej? Ty czy ja? Myślisz, że życie pod taką maską jest łatwe? Wszyscy, którzy mnie nie znają, potrafią powiedzieć wiele na mój temat. A nie wiedzą kompletnie nic. Ty też nie wiesz. Więc zanim cokolwiek powiesz o mnie, zastanów się.
- Będąc tutaj trzy dni zdążyłam wyrobić sobie o tobie zdanie. Bipolarny gangsterek - prychnęła pod nosem, a ja starałem się liczyć do dziesięciu byle by tylko opanować nerwy.
- Dostrzegasz tylko te najgorsze aspekty, zresztą tylko te które słyszałaś od osoby pośredniej. - starałem się mówić jak najłagodniej by móc ją do siebie przekonać. - Kto cię tak zranił, że widzisz tylko negatywy? - zapytałem, a widząc jak zareagowała na to pytanie doskonale wiedziałem, że trafiłem w czuły punkt. Jej mięśnie napięły się maksymalnie, wzdrygnęła się, a jej oczy zaszyła mgła. Cholera jasna, nie wiedziałem, że to może być aż tak kluczowa myśl. Siedziałem wpatrując się w nią, czekając, cóż sam tak naprawdę nie wiem na co. Na wyjaśnienia, na ripostę? Jednak niczego takiego się nie doczekałem, siedziała tępo patrząc w moje tęczówki, tak jakby znajdowała się w transie z którego nie może wyjść. Wyglądała okropnie w tym stanie, będąc całkowicie nieobecna duchem, zupełnie jakby znajdowała się teraz w innym wymiarze. Nagle do jej oczu napłynęła masa łez, ale nie ścierała ich nadal wpatrując się we mnie, tak jakby niebyła świadoma tego, iż płacze. Coraz bardziej mnie przerażała, nie w ten sposób że się bałem, ale kurwa to wyglądało bardzo dziwnie.
Mimowolnie, bardzo powoli wyciągnąłem rękę w jej stronę i dotknąłem wierzchu jej chłodnej dłoni, przez jej ciało przeszedł dreszcz. Nie miałem pojęcia, o czym myśli, a to tylko motywowało mnie, by się dowiedzieć. Co ją takiego spotkało?
Łzy spływały stróżkami po jej bladych policzkach, spadając na koszulkę. Bez namysłu starłem słone krople z jej twarzy, nawet na sekundę nie przerywając z nią kontaktu wzrokowego. Nie wiem co się w tej chwili dzieje w jej głowie, ale to na pewno nie jest nic przyjemnego. Ktoś ją skrzywdził.
W pewnym momencie jakby ocknęła się i wciągnęła ze świstem powietrze przez usta, a cichy szloch rozniósł się po pomieszczeniu, przerywając długą ciszę, która panowała między nami, odkąd wypowiedziałem to pytanie. Moje usta był rozchylone z szoku, miałem mętlik w głowie, nie wiedziałem co zrobić. Cichy głos w mojej głowie nasilił się, nakazując mi, bym zrobił cokolwiek. Cokolwiek, co jej nie zrani.
Zdziwiony moim sumieniem, które się odezwało, ostrożnie objąłem brunetkę w ramionach i przyciągnąłem do siebie, mimo jej prób odsunięcia się. Posadziłem ją na swoich kolanach i przycisnąłem jej kruche ciało do swojego torsu. Zacisnęła drobne piąstki na materiale mojej koszulki, która z każdą mijającą sekundą zaczęła moknąć coraz bardziej. Jedną ręką trzymałem ją w talii, zaś drugą głaskałem po rozczochranych włosach, czekając aż się uspokoi.
Mijały sekundy, które wydawały się wiecznością, a ona ani odrobinę nie opanowała płaczu. Trzęsła się w moich ramionach dławiąc płaczem. Mimo iż nie powinienem było mi jej szkoda. Jakiś dupek, musiał mocno ją skrzywdzić, gdy tylko się dowiem kto jest powodem tępo wszystkiego obiecuję, że własnoręcznie wypruję flaki! Oddech brunetki stawał się coraz to płytszy i nierównomierny. Jak tak dalej pójdzie to mi się tu kurwa udusi. Mam nadzieję, że wzięła leki, modliłem się o to, gdyż tylko na tyle w tym momencie było mnie stać. Kołysałem się w przód i w tył razem z jej ciałem, które przylegało do mojego, tak że nie pozostawała nawet centymetr odstępu pomiędzy nami. Nuciłem uspokajająco nieokreśloną mi melodię jednocześnie nadal głaszcząc po głowie. Zdecydowanie, jej złośliwość i cięty język było formą odcięcia się od ludzi, był to dla niej sposób na pozbywanie się ich, gdyż była prostsza, łatwiejsza. Robiła to z obawy na zranienie, które często otacza nas na co dzień. Nie miałem pojęcia co mógłbym zrobić, byłem totalnie bezsilny. Tak, ja Louis William Tomlinson jestem, kurwa w chuj bezsilny.
Nie wiedziałem, co mam jej powiedzieć. Może prawdę? Ale jaką prawdę? Miałem jej powiedzieć, jak jest? Nie będę jej straszył horrorem, który jest prawdziwy i nazywa się 'życie'. Ona nie zna jego ciemnej strony, nie zna prawdziwości, realności, która czasami przytłacza każdego. Ludzie są jedynymi potworami, które istnieją. Właśnie ludzie wyrządzają najwięcej krzywd.
Ja również jestem człowiekiem. Także wyrządzam wiele krzywd, lecz tylko tym, którzy sobie na to zasłużyli. Nigdy nie krzywdzę kogoś niewinnego. Jestem surowy, aczkolwiek sprawiedliwy.
W pewnym momencie pomieszczenie pogrążyło się w głuchej ciszy. Nie słyszałem nic, prócz stłumionych głosów moich przyjaciół, co oznaczało jedynie tyle, że Adrianne przestała płakać. Ostrożnie schyliłem głowę i spojrzałem na jej przymknięte, podpuchnięte oczy, lekko rozchylone usta, z których uciekał gorący oddech, spokojnie unoszącą się klatkę piersiową. Zasnęła.
Delikatnie położyłem ją na łóżku i nakryłem niewielkim fragmentem kołdry. Wychodząc z pokoju, ostatni raz spojrzałem na śpiącą dziewczyną, wzdychając. Zgasiłem światło, szepcząc jedynie słowo:
- Dobranoc.
_______________________________________
Hey, hey, hey!
Wohow, udało się zebrać komentarze, znowu! :D
Jestem pod wrażeniem, choć trzeba byłoby zacząć się bardziej 'reklamować', by więcej osób o tym wiedziało :>
No cóż, co mogę powiedzieć? #LannMoment *.* uwielbiam ich, absolutnie uwielbiam. Ale jeszcze bardziej uwielbiam #AshtonicaMoments :3
Well, to w sumie tyle ode mnie, same głupoty, ale co tam.
Ah! Jeszcze jedna sprawa, za tydzień wyjeżdżam na wakacje, więc zostawię was z tamtym krejzolkiem c:
Kocham(y) was! :*
W.

Witam słoneczka. :*
Jak tam pierwszy tydzień wakacji? Robiliście coś ciekawego?
Ja jestem aktualnie pisze wam notkę przy ognisku nad jeziorkiem. 

Biwak pod namiotem zawsze fajna rzecz ;3
No dobrze dosyć nudzenia. Mamy kolejny rozdział. Z perspektywy Lou *-*

Mówiłam jak bardzo go kocham? Nie? Oh no to mówię. *-*
Dziękujemy za komentarze i tak wiele wyświetleń. <3
Cóż by dalej. Liczymy na więcej komentarzy, wiem że to oklepane no ale to na prawdę motywuje.
To chyba wszystko. Do następnego :* Buziaki ;* A.


Czytasz = skomentuj

piątek, 26 czerwca 2015

Rozdział 13.

*Perspektywa Ashtona*
Zaraz po skończonym obiedzie, który wyglądał jak co dzień, nie licząc brunetki, okropnie działającej mi na nerwy oraz jej siostry, która jest zdecydowanie spokojniejsza i bardziej posłuszna. Adrianne ma na prawdę niewyparzony język, a ja powoli zaczynam się zastanawiać czy nie należy jej go skrócić.
Gdy szedłem do swojego pokoju, usłyszałem jak woła mnie Luke. Stanąłem w miejscu, patrząc na niego przez ramię pytającym wzrokiem. Ten jedynie machnął ręką, żebym szedł za nim. Tak też zrobiłem. Hemmings zaprowadził mnie do garażu - miejsca, które szczerze uwielbiałem. Czasami przesiadywałem w nim po kilka godzin, to sam, to z kimś. Ryk silników działał na mnie uspokajająco, patrzenie na te wszystkie sztuczki było odlotowe, ale jeszcze lepsza była jazda. Za kierownicą czujesz się wolny. Adrenalina opanowuje całe twoje ciało, dajesz się ponieść. Prędkość pozwala ci zapomnieć o wszelkich problemach, zapominasz o otaczającym cię świecie. Wtedy liczysz się tylko ty, samochód i droga. Nic więcej. 
 Usiadłem na masce mojego starego, dobrego Dodge, który miał iść na złom już kilka lat temu. Nie miałem serca, żeby go złomować. Gdy tylko zobaczyłem to auto, moje oczy zalśniły. Takie antyki, w dodatku w dobrym stanie rzadko się zdarzają. Kupiłem go za niewielkie pieniądze, podrasowałem i proszę! Jest jak nowe!
Przejechałem palcami po czarnej, wylakierowanej masce i spojrzałem na Harry'ego, który wymieniał starte opony w swojej Mazdzie. Zaśmiałem się pod nosem. On zawsze uwielbiał prędkość, więc dobrze się razem dogadywaliśmy.
Przerzuciłem wzrok na blondyna, który dokładnie mnie obserwował.
- Co jest, Hemmo? Zmieniłeś orientację? - prychnąłem, na co chłopak pokręcił głową ze śmiechem.
- Chciałbyś - mrugnął do mnie, a ja mimowolnie przewróciłem oczami. Ten dzieciak mnie czasem wnerwia, a mimo to kocham go jak brata. - Coście robili z młodą u ciebie? - poruszył brwiami w górę i w dół, a ja usłyszałem jak Styles parska śmiechem. 
- Uwierz, za młody jesteś - szepnąłem z półuśmiechem na tyle głośno, by usłyszał mnie także brunet.
No i rozmowa się jakoś zaczęła, dalej problemu nie było. Niemal od razu, gdy się poznaliśmy, znaleźliśmy wspólny język, mimo różnicy wieku pomiędzy mną, a Lukiem, która wynosi zaledwie dwa lata.
 Blondyn pochylił się nad samochodem, który znajdował się zaraz obok mojego cudeńka. Podniósł maskę przyglądając się uważnie maszynerii. 
- Co dzisiaj robimy? - zapytałem podwijając rękawy bluzy, którą miałem na sobie.
- Trzeba podrasować moją Lole - wyszczerzył się jak jakiś debil.
Było u nas normą, że nadawaliśmy imiona brykom. Ja swoje ochrzciłem Hope, na cześć osoby, która była najważniejsza w moim życiu. 
- Coś się szykuje grubszego? - podszedłem do chłopaka, który w tym momencie odwrócił się do mnie przodem ze zdziwieniem wymalowanym na twarz. 
Co jest kurwa. Czyżbym o czymś zapomniał?!
- Nie mów, że zapomniałeś - powiedział niemal z bólem, a ja jedynie wskazałem mu ruchem ręki, żeby mnie oświecił, więc zaczerpnął powietrza i głosem prezenterki pogody, dosłownie, zaczął mówić. - Ride Or Die, największa i najniebezpieczniejsza trasa w Europie, będzie miało miejsce już w nadchodzący weekend, każdy śmiałek może stanąć i zmierzyć się ze samym sobą, tylko pamiętaj: jedź albo giń.
Gdy skończył uderzyłem się z otwartej dłoni w czoło. Ja pierdole, zupełnie zapomniałem o tych wyścigach. Mieliśmy wspólnie przygotować samochód Luke'a, jako iż on tuż po Tommo i po mnie jest najlepszy. Hazza również chciał wziąć udział, ale skończyło się to grubszą aferą w wykonaniu Kate, więc loczek dał sobie z tym spokój. Gdy już miałem otwierać usta, by coś powiedzieć, drzwi prowadzące do wnętrza domu otworzyły się. Wzrok każdego z nas pokierował się w tamtą stronę. W drzwiach stała osoba, której najmniej się tu spodziewałem, czyli dość niska brunetka o intensywnie zielonych tęczówkach.
- Zabłądziłaś? Myślałem, że znasz drogę do pokoju - mruknąłem obojętnie, a jej twarz oblała się uroczym rumieńcem... Nie no, przesada! Ja nie mogę i nie chcę tak o niej myśleć. O żadnej nigdy tak nie myślałem, a tym bardziej o córce O'Connora.
- Uhm, Liam przysłał mnie tu po klucz, wkrętarkę i kilka śrub - wymamrotała nieśmiało.
Nie ruszyłem się z miejsca, podczas gdy Hemmings szukał już wymienionych przez nią rzeczy. Tak banalnie owinąć go sobie wokół palca.
W pewnym momencie dziewczyna przeniosła wzrok ze mnie na mój samochód. Jej oczy rozszerzyły się, a nogi poniosły do Hope. Patrzyłem z zaciekawieniem na jej poczynania.
- To jest autentyczny Dodge Charger R/T! - pisnęła, krążąc wokół auta niczym satelita.
Skąd ona to wiedziała? Przecież jest... dziewczyną. Żadna z naszych nie potrafi rozróżnić marek, bo się tym nie interesują. A ona... Po prostu jestem pod wrażeniem. 
- Model z 1969 roku, z wysokim podwoziem. Przecież on powinien stać w muzeum!
Widać, że nie tylko ja mam słabość do takich cudeniek.
Luke i Harry wpatrywali się w nią z szokiem wymalowanym na twarzy, zaś ja z wielkim zainteresowaniem. Ciekawe skąd posiada taką wiedzę.
Postanowiłem ją przetestować. Powolnym krokiem podszedłem do Hope i otworzyłem jej maskę, a oczarowana Dodgem dziewczyna od razu znalazła się obok mnie, dokładnie skanując wzrokiem dosłownie wszystko. Odszedłem kilka kroków w tył, a brunetka pochyliła się, by dokładniej przyjrzeć się motorowi, dzięki czemu ja mogłem przyjrzeć się jej zgrabnym nogom i pośladkom.
- O matko, silnik V8, czterdziesto-ośmio zaworowy, o mocy... Nie. To niemożliwe. Takie auto tyle nie wyciągnie.
Wyprostowała się i odwróciła w moją stronę.
- A jednak - przyznałem z dumą - Dokładnie...
- Pięćset sześćdziesiąt koni mechanicznych - powiedzieliśmy w tym samym momencie, co musiało wyglądać co najmniej dziwnie.
Stałem naprzeciwko niej mając otwartą z wrażenia buzię. Kurwa! No wmurowała mnie! Ta mała mnie wbiła w podłogę. Co to ma być jakaś pieprzona ukryta katera czy jaki chuj? Nie mogłem wydobyć z siebie żadnego konkretnego słowa, nie no teraz to zaczynam wariować chyba. Niebiosa pomóżcie!
- Znasz się na samochodach? – zapytał stojący za mną Luke, któremu szczerze dziękowałem za wyręczenie mnie.
- Cóż.. no tak – odpowiedziała wyraźnie zawstydzona, spuszczając przy tym wzrok na swoje stopy.
- Czy twoja siostra też się na tym zna? Jak tak to ją zaklepuję! – obdarzyłem go zmęczonym wzrokiem, miałem ochotę przywalić mu w ten jego pusty łeb, jeszcze dwa dni temu chciał je zabić, a już teraz zamawia sobie dziewczynę. Żenada, no ale w końcu to blondyn, wyrośnięte dziecko w zespole, cóż na to poradzić. Usłyszałem, że dziewczyna wybucha śmiechem, cudownym, kurwa Irwin idioto bo zaczynasz schodzić na psy. Odwróciłem się ponownie do niej, obserwowałem ją uważnie, a ona śmiała się ze słów chłopaka. Dobra co było takiego śmiesznego w tym co powiedział Luke? Nie rozumiem tej dziewczyny. W pewnym momencie złapała się za brzuch, krzywiąc przy tym maksymalnie swoje usta, lecz nadal nie przestawała chichotać.
- Addie i samochody, dobre, naprawdę dobre  – stwierdziła na co usłyszeliśmy głośnie jęknięcie blondyna, o jejku jaki biedak. Veronica wzięła głęboki wdech, by się uspokoić po czym znowu przemówiła. - Jesteśmy siostrami, ale to nie oznacza, że jesteśmy takie same, co zdążyliście zauważyć. Ja kocham maszyny, oprogramowanie, komputery, ona natomiast uwielbia książki, grę na pianinie i chemię, chociaż szczerze nie wiem jak można uwielbiać chemię. To co mamy wspólne to jedynie pasję do fotografii i śpiewu – zakończyła swoje wyznanie, co trochę się zdziwiłem, otworzyła się tak szybko przed nami. Okey, to i tak jest dziwne. One są dziwne.
- Wiesz ja bym powiedział, że jest na odwrót – odezwał się głos przy wejściowych drzwiach. Spojrzeliśmy wszyscy w tamtym kierunku, a naszym oczom ukazał się opierający o ścianę Tommo po jego minie można było wywnioskować, że był nieźle czymś wkurzony, chyba nawet nie muszę zgadywać, o kogo chodzi.
- Niby czemu? – zapytała odwrócona plecami do mnie brunetka, więc nie byłem w stanie widzieć jej twarzy.
- No wiesz, spokojna szara dziewczyna mająca takie zainteresowania, godne niejednego twardziela, i pyskata, charakterna suka, mająca tak ckliwe wnętrze. No cóż, albo wymieniłyście się charakterami, albo jesteście jakieś walnięte. – Szatyn wzruszył obojętnie ramionami, na co zielonooka prychnęła.
- Nie nazywaj Ann suką – wycedziła przez zaciśnięte zęby. 


- Nazywać ją będę jak mi się podoba – powiedział w takim jadem w głosie, że miałem ochotę wyciągnąć telefon i zacząć wszystko nagrywać. Dajcie mi popcorn!
- Zachowujesz się jak jakiś rozwydrzony bachor. Ona nic ci nie zrobiła i nie masz prawa jej wyzywać!
- Nic nie zrobiła? A skąd masz to wiedzieć? Byłaś tam?
Oh, zaraz się zacznie, a ja nie mam zamiaru tego przerywać.
- Nie, tak się składa, że nie byłam. Za to ciekawa jestem, co takiego powiedziała, że nazywasz ją suką! No mów, śmiało - warknęła, zakładając ramiona pod biustem.
- To, co ona mówiła do mnie, nie powinno interesować ciebie. Uwierz, że mam dobry powód, by ją tak nazywać. 
Całe ciało Louisa napięło się, dłonie zacisnęły w pięści, a oddech stawał się coraz cięższy, natomiast wzrok dziewczyny, gdyby tylko mógł mordować, Tomlinson na pewno byłby już martwy. Daję słowo, mnie prawie przeraził, był pełen żądzy mordu, co mnie nie dość, że zdziwiło to... Spodobało? Tak, ja zdecydowanie jestem jakiś jebnięty. Nic, a nic mi się nie podoba w tej dziewczynie. NIC.
- Posłuchaj mnie uważnie. Ona miała na pewno lepszy powód, by powiedzieć to, co powiedziała i na pewno miała rację, a jej słowa były prawdziwe. A ty jesteś tylko podłym chamem, który traktuje kobiety, jak zwykłe szmaty!
Momentalnie oczy szatyna rozszerzyły się, a mięśnie rozluźniły. Teraz miało chyba nastąpić najgorsze. Po takiej reakcji z powodu jej słów, nie można było spodziewać się niczego dobrego. 
Nie dziwię się, Louis na prawdę nienawidzi, gdy ocenia się ludzi po wyglądzie. Nie może tego znieść. 
- Nie masz pojęcia jak traktuję kobiety, a jak nic nie warte suki. Nie wiesz jaki jestem. Skąd niby miałabyś wiedzieć?! Skąd miałabyś mnie znać?! Oceniasz mnie, kurwa po pozorach! Może to właśnie ona i ty jesteście rozwydrzonymi bachorami, które traktują innych jak, cholera gorszych od siebie? Hm? Myślałaś nad tym może? - wysyczał, a ja wiedziałem iż jest już na skraju wytrzymałości.
Cóż, jeśli tak dalej pójdzie to laska przekona się co oznacza prawdziwy psychopata. Oh, no tylko usiąść i oglądać. 
- Ah tak? Bo widzisz sam właśnie przed sekundą oceniłeś nas po pozorach, więc człowieku zastanów się co ty czasami mówisz – odpowiedziała mu równie ostro, ale nadal niewinnie jak na nią. Słowa dziewczyny wywołały u Louisa białą gorączkę. Zacisnął dłonie w pięść, i mamrocząc jakieś przekleństwa pod nosem, wkurwiony wyszedł trzaskając drzwiami, pewnie teraz wsiądzie do samochodu i pojedzie na tor. Wróć kurwa. I znowu mnie nie weźmie ze sobą. Palant. Ale hmm, nie, jednak mi się nie chce za nim biec. Zdenerwowana dziewczyna tupała nerwowo stopą o podłoże, a mnie kurwica strzelała. To jest zawsze takie irytujące. Posłałem jej ostrzegawcze spojrzenia, na co od razu zaprzestała swoich działań spuszczając tym samym głowę. Tak, ta mała zdecydowanie nie pasowała mi do takich pasji, serio stawiałbym że ta cała Adrianne jest tą od samochodów, hakowania i innych tego typu rzeczy, natomiast rzeczywiście mówi się, że pozory mylą. 
- Czy ty w ogóle jesteś świadoma co zrobiłaś? - zawarczałem, a ciałem brunetki ledwie widocznie wstrząsnął dreszcz. Aż tak się mnie boi? W sumie... Ma to swoje dobre strony. Nie będę musiał się z nią za bardzo użerać.
- Przyszłaś tu chyba po coś - mruknąłem, gdy nie dostałem odpowiedzi na pytanie. Dziewczyna jak na zawołanie otrząsnęła się z dziwnego transu i podeszła do stolika, na którym leżało mnóstwo narzędzi i kilka części samochodowych.
Chwyciła w dłonie klucz, a dokładniej siódemkę, wiertarkę oraz pudełko ze śrubami, które przygotował jej Luke. Posłała blondynowi przyjazny uśmiech, a mnie wyminęła nie obdarzając nawet krótkim spojrzeniem. Wyszła, a Hemmings zamknął za nią drzwi, gdyż królewna ma pełne ręce.
- Co to w ogóle miało być? - Harry zmarszczył brwi, zadając to pytanie prawdopodobnie sam do siebie.
Zamknąłem trzaskiem maskę Hope i oparłem się o nią intensywnie myśląc nad zaistniałą sytuacją. To, co się tu zdarzyło pozwoliło mi odkryć nieco więcej z charakteru tej specyficznej, jednocześnie interesującej dziewczyny. Przy kłótni z Louisem udawała silną, tak na prawdę była przerażona. To dało się dostrzec. Jest taka krucha i fizycznie i psychicznie, wrażliwa, a uwielbia samochody, systemy komputerowe i takiego typu rzeczy. Nie potrafię jej rozgryźć.
Odepchnąłem się rękoma od samochodu podchodząc z powrotem do Luke'a.
- To co, bierzemy się do roboty?


____________________________________________
Witam skarby moje drogie :*
Zaczynamy wakacje! Kto się cieszy bo ja bardzo, chociaż szczerze powiedziawszy nie odczuwam tego, serio taka brzydka pogoda. Miejmy nadzieję, że się to zmieni. :3 Jak tam świadectwa? Paski są? :D
No nic, mamy dla was nowy rozdział tak na zakończenie szkoły, dowiadujemy się z niego trochę więcej o naszych bohaterkach.
Dziękujemy również za tak szybko zebrane 5 komentarzy xD Rekord dziewczyny już w drugim dniu. Hahaha nie wierzyłyśmy z Weroniką xD To co podnosimy troszeczkę?
5 komentarzy = szybciej kolejny!
teraz odsyłam was do notki mojego Gołębia ;* Do kolejnego :* Buziaki :* A.

Witam kociaki!
Wreszcie wakacje, wow ;o
Gdzie jedziecie? No chyba że zostajecie w domku w tym roku?
Ja do Bułgarii, jak co roku od 10 lat *-*
No ale nie ważne. Nikogo nie ciekawo historia mojego życia haha
Well... Dziękujemy serdecznie jeszcze raz za taką szybką reakcję, że tak powiem na rozdział, bo whoa, niesamowite, że aż tak szybko zgromadziliśmy 5 komentarzy ^^
No to tyle, trzymajcie się kochani, słoneczka życzę wam i sobie też :3
W.

KTO SIĘ CIESZY WAKACJAMI ZOSTAWIA W KOMENTARZU HASZTAG: #SUMMER
YAY!


niedziela, 21 czerwca 2015

Rozdział 12.

*Perspektywa Adrianne*

Co za dupek. Wierzgałam rękoma bijąc go po plecach i co chwila wyzywając go, natomiast brunet niewzruszony poprawił mnie sobie na barku i dalej wchodził po schodach. 
- Jeszcze cię ręce nie bolą? – zapytał, a ja zamiast odpowiedzieć mu na pytanie uderzyłam go mocno pięścią pomiędzy łopatki na co jękną. Hah. Jednak taki odporny na ból nie był, a prywatne lekcje z samoobrony, znaczy lekcja, bo reszta niestety później się nie odbyła, na coś się przydały. No co na to poradzę, że tata wcześniej uczył mnie oraz oglądał ze mną filmy o sztukach walki. Tak skopałam instruktorowi tyłek, że wynosił się stamtąd jak najszybciej potrafił. Poza tym ten gościu był kanciarzem, tak naprawdę w ogóle nie był on instruktorem, tylko jakimś oszustem, który chciał odrzeć rodziców z kasy, no cóż, trzeba było tam wtedy być. Dałyśmy mu z Veronicą nieźle popalić, mając wtedy zaledwie ja dziesięć lat, Ver osiem. Uśmiechnęłam się pod nosem na to wspomnienie, ale niestety dalsze rozmyślanie przerwał mi chłopak, który powoli zaczynał mnie denerwować. Usłyszałam jak kopniakiem otwiera drzwi przy schodach na górze i do niego wchodzi. Pamiętam ten pokój. To w nim obudziłam się po postrzale tego psychopaty, który teraz zamknął moją kochaną młodszą siostrzyczkę z nim w pokoju. Mam nadzieję, że nic się jej nie stanie. Dłonie chłopaka, znalazły się na moich biodrach unosząc mnie do góry po czym rzucił w stronę łóżka. Pisnęłam w momencie, gdy moje plecy zetknęły się z materacem wciskając w niego. Uniosłam się na łokciach patrząc na Tomlinsona z oburzeniem, a ten w najlepsze śmiał się z mojej reakcji. Czy on mnie właśnie rzucił i to dosłownie na łóżko. Zmrużyłam oczy.
- I z czego się tak rżysz głąbie? – warknęłam w stronę chłopaka.
- Na prawdę, powinnaś zacząć zwracać uwagę na to, co mówisz, bo w końcu się doigrasz - pokręcił głową z rozbawieniem.
- A ty powinieneś zacząć zwracać uwagę na innych, zadufany w sobie dzieciaku - odburknęłam, na co nieco spoważniał.
- Tak się składa, że moim priorytetem w życiu jest jak najlepsza ochrona mojej rodziny, jedynych bliskich, których mam, więc zastanów się zanim cokolwiek o mnie powiesz.
- Tak się składa, że zawsze to robię! – wrzasnęłam wstając na równe nogi. – A rodziną nazywasz tą śmieszną grupkę gangsterów.. – chciałam coś dopowiedzieć, niestety nie było mi to dane, gdyż dokładnie w tym samym momencie, moja głowa na skutek mocnego uderzenia obróciła się w bok, cudem utrzymałam równowagę, zważając również ta to, że moja przestrzelona łydka nadal cholernie dawała o sobie znać. Policzek zaczął nieprzyjemnie piec i pulsować. Zwróciłam się z powrotem w jego stronę nie dowierzając, że właśnie mnie uderzył.
- Nigdy więcej nie obrażaj mojej rodziny – syknął, a w jego oczach krył się ból. Wpatrywałam się tak beztrosko w jego niebieskie jako zburzony ocean tęczówki. Mogłam w nim pływać, odkrywając każdy najmniejszy zakamarek jego duszy, ale niestety, ani chłopak, nie chciał mi dać do tego dostępu, ani ja nie miałam najmniejszej ochoty odkryć co kryje ten bipolarny gangster za dychę. Odwróciłam od niego wzrok rozglądając się po wnętrzu, lecz mój wzrok zatrzymał się na walizce, w dodatku mojej. Okey, co ona tu do cholery robi.
- Skąd tu się wzięła moja torba? – ponownie spojrzałam na bruneta, który ciągle mi się przyglądał.
- Cal przyniósł ją tu, gdy spałaś, po postrzale i została tutaj – oznajmił spokojnie.
- Czy mogę skorzystać z twojej łazienki? – nawet nie wiem, kiedy to pytanie opuściło moje usta, co się stało, że zamierzam go pytać o pozwolenie?! No ale w końcu to jego, pokój, jego łazienka, to chyba wypadało by się zapytać czy mogę wziąć prysznic. Chłopak nic nie odpowiedział, tylko skiną na potwierdzenie głową. Okey teraz nie będzie się do mnie odzywał, zachowuje się jak jakieś pieprzone dziecko.
Chwyciłam rączkę walizki i z trudem weszłam do łazienki, targając ją za sobą. Pomieszczenie było dość duże. Zamknęłam za sobą drzwi, odkręciłam wodę, która zaczęła powoli napełniać wannę, po czym mozolnie zaczęłam zdejmować z siebie ubrania. Każdy ruch powodował pulsujący ból.  Po zdjęciu opatrunku, znajdującego się na mojej łydce, weszłam do wanny. Rozglądnęłam się po bokach, a niedaleko mojej głowy, przy ścianie dostrzegłam jakiś żel, oczywiście męski. Westchnęłam bezradnie, wylałam trochę płynu na dłoń i namydliłam całe ciało, po czym dokładnie opłukałam. To samo zrobiłam z włosami. Odświeżona wyszłam z wanny i zaczęłam suszyć swoje ciało ręcznikiem. Wyszukałam w walizce ciemne spodnie oraz jasnoniebieski top. Przysiadłam na brzegu wanny chwytając w dłoń nowy bandaż wyszukany w jednej w z szafek, po czym krzywiąc się na widok obrzydliwej dziury zawiązałam dokładnie łydkę po czym powoli ostrożnie ubrałam się, a włosy zwinęłam w ręcznik.
Brudne ciuchy złożyłam w kostkę po czym wyszłam z łazienki. Rozejrzałam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu bruneta, lecz nigdzie go nie było. Westchnęłam sfrustrowana.
- Szukasz czegoś? - usłyszałam tuż nad swoim uchem na co pisnęłam wystraszona rozrzucając ciuchy, które trzymałam w dłoniach. Odwróciłam się natychmiast w jego stronę przykładając rękę do serca.
- Przestraszyłeś mnie - uderzyłam go w ramię powstrzymując się by nie wybuchnąć śmiechem. Okey dobra co się z mną dzieje.
- Może właśnie to miałem w zamiarze? - uniósł jedną brew, uśmiechając się łobuzersko.
Mimowolnie przewróciłam oczami i spojrzałam w jego oczy.
- Chcę zobaczyć Veronicę.
- A ja chcę jeździć po tęczy na różowym jednorożcu - odparł niewzruszony
- Louis! - pisnęłam, prawie tupiąc nogą, niczym naburmuszone dziecko. - Ja na prawdę chcę ją zobaczyć! To moja siostra!
- Zobaczysz ją na obiedzie - mruknął - A teraz siadaj - wskazał na łóżko
Sycząc z bólu, wykonałam jego polecenie i patrzyłam, jak włącza telewizor, wiszący na ścianie przede mną.
- Może być? - zapytał, gdy zatrzymał się na kanale z kreskówkami.
Spojrzałam na niego spod byka i wystawiłam dłoń, żeby oddał mi pilota. Chłopak rzucił pilota obok mnie, a ja chwyciłam go w dłoń i zaczęłam skakać po kanałach. W pewnym momencie telefon bruneta zaczął dzwonić. Gdy wyjął go z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz, posłał mi przepraszające spojrzenie, po czym wyszedł, a ja słyszałam jedynie jak się z kimś wita. Gdy zamknął drzwi, jego głos cichnął coraz bardziej. Czyli gdzieś szedł. Teraz może mi się uda zobaczyć Veronicę!
Z trudem wstałam z łóżka i podeszłam do drzwi. Nacisnęłam klamkę, na co od razu ustąpiły. Wytknęłam głowę na korytarz i rozglądnęłam się, a gdy nikogo nie zauważyłam wyszłam. Nogi zaczęły prowadzić mnie na schody, lecz przed wejściem na nie, zostałam zatrzymana. Dłoń, która zaciskała się na moim ramieniu należała do Ca... Calima? Nie. Caluma? Tak, właśnie do niego. Spojrzałam w jego ciemne oczy. Był zbyt uroczy, żeby mógł być jakimś gangsterem.
- A gdzie się to wybieramy? – odezwał się zaciskając mocniej swoje długie palce na ramieniu.
- Na dół – wzruszyłam ramionami chcąc w jakiś sposób się mu wyrwać.
- Louis ci zabronił, więc lepiej wracaj z powrotem do pokoju – odpowiedział grzecznie, zero sarkazmu, zero wrogości w głosie, no i jak taki chłopak, może być gangsterem ja się pytam? Spojrzałam na niego z politowaniem, serio, myśli, że potulnie wejdę z powrotem do pokoju Tomlinsona. Ha no chyba moje niedoczekanie. Odwróciłam się na pięcie chcąc odejść, lecz niestety jego uścisk był o wiele za mocny. Szarpnął mnie do tyłu na co syknęłam z bólu. Cholerna noga ile to jeszcze potrwa? Miałam zamiar już coś mu odpowiedzieć gdy przede mną pojawiła się czarnowłosa dziewczyna o przenikliwie niebieskich tęczówkach.
- Cal proszę puść Ann – zwróciła się do chłopaka, który na zawołanie zdjął dłoń z mojego ramienia. Kate bo chyba tak miała na imię o ile dobrze pamiętam, wyciągnęła w moją stronę dłoń, z lekkim wahaniem podałam jej swoją, układając na jej nieco mniejszej. Odprawiła chłopaka jednym skinieniem głowy po czym pociągnęłam mnie z powrotem do pokoju szatyna. Byłam pod wrażeniem, że chłopak się jej posłuchał, chociaż, z drugiej strony, nic w tym nadzwyczajnego skoro jest siostrą samej głowy gangu. Czarnowłosa zamknęła za nami drzwi po czym usiadła przede mną na dywanie, więc czując się trochę niezręcznie uczyniłam to samo powoli uważając na tą piekielną nogę.
- Na prawdę lepiej byłoby, żebyś tu została, skoro Louis tak mówił. Uwierz mi, nie chcesz go zdenerwować. Jeśli chcesz możemy porozmawiać. Obiad i tak będzie za jakieś dwadzieścia minut - uśmiechnęła się.
- No więc... Mogę zadać ci kilka pytań? - mruknęłam.
- Jasne, że tak.
Nie wiem jak ona mogła być tak pozytywna i szczęśliwa, gdy należała do jakiegoś chorego gangu. 
- Wypuścicie nas czy zabijecie?
Momentalnie uśmiech z jej twarzy zniknął, a pojawiło się skonsternowanie.
- Nie pozwolę, żeby was zabili, nie ma takiej opcji - pokręciła energicznie głową
Westchnęłam zrezygnowana, wiedząc, że i tak nie powie mi nic więcej na temat przetrzymywania nas tu.
- Powiedz mi... Jak ci się żyje w ten sposób?
- No cóż, w tak dużej rodzinie jest ciekawie. Kocham ich wszystkich i nie wyobrażam sobie życia bez kogokolwiek z nich. Jesteśmy nieodłączni, rodzina to podstawa.
- A co z przyjaciółmi? - zapytałam
- My nie mamy przyjaciół, ja też nie. Ja mam rodzinę.
To było na prawdę piękne. Żyją tak... Niebezpiecznie, nie są prawdziwą rodziną, a jednak właśnie w ten sposób się traktują. Mogliby oddać życie za osoby, z którymi nie są na prawdę spokrewnione. To właśnie nazywa się miłość w każdym tego słowa znaczeniu. Patrzyłam na nią z rozdziawioną buzią na co się zaśmiała. Od razu pokręciłam głową, by wytrącić z umysłu wszystkie myśli, przez co ręcznik na znajdujący się nadal na mojej głowie spadł przykrywając twarz. O kurcze, cały czas miałam go na sobie? Chwyciłam go w dłonie, a włosy, które zachodziły mi na oczy odgarnęłam do tyłu.
- Chcesz może je wysuszyć? - zaproponowała dziewczyna uważnie mnie lustrując. Przytaknęłam tylko uśmiechając się do niej wdzięcznie. - Okey to poczekaj tutaj a ja przyniosę suszarkę i szczotkę do włosów - wstała z podłogi, od razu kierując się do wyjścia, ale jeszcze zanim zamknęła za sobą drzwi odwróciła się i dodała niemal błagająco: - tylko proszę, naprawdę nie próbuj mi uciec.
Po tych słowach uśmiechnięta od ucha do ucha opuściła pokój. Wpatrywałam się przez dłuższy czas w drzwi znajdujące się dokładnie na przeciwko mnie. Przekręciłam w bok głowę zastanawiając się czy czasami nie wykorzystać tej sytuacji, chociaż z drugiej strony co mi szkodzi poczekać te kilka minut. Postanowiłam więc, że na nią zaczekam. Nie musiałam jednak długo siedzieć, gdyż zaraz do pomieszczenia weszła Kate trzymając w dłoniach wspomniane wcześniej przedmioty. Lekko się zdziwiła na widok mnie, siedzącej w tej samej pozie, dokładnie tej samej z przed momentu w którym mnie opuściła.
- Nie sądziłam, że mnie posłuchasz - powiedziała szczerze, na co wzruszyłam ramionami.
- Perspektywa ogarnięcia tego cyrku na głowie chyba mnie przekonała - odpowiedziałam obojętnie, a dziewczyna zachichotała pod nosem.
- No tak, to był decydujący głos w tym sporze.
Kate podłączyła suszarkę do kontaktu, po czym wręczyła mi, a sama usiadła za mną, bardzo ostrożnie i powoli rozczesując moje włosy. Była wręcz urocza. Nie wiem jak mogła taka być, skoro była w tej chorej rodzinie, a raczej gangu. Rodziną ciężko to nazwać.
Wzięłam się za suszenie tej szopy na mojej głowie. Trochę mi to zajęło, lecz nie tyle co zawsze, gdyż pomagała mi czarnowłosa. Po doprowadzeniu mnie do znośnego stanu, odłożyła sprzęt na łóżko i podeszła do drzwi. Zanim je otworzyła spojrzała na mnie przez ramię wyczekująco, lecz nadal stałam na środku pokoju jak ciołek, nie wiedząc co zrobić.
- No chodź, obiad już na pewno jest na stole.
Od razu ruszyłam za nią. Starałam się iść w miarę normalnie, lecz nie było to możliwe przez moją wciąż niezagojoną nogę. Z trudem weszłam do kuchni zaraz za Kate, po czym usiadłam na stołku barowym cicho dysząc. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu, lecz nigdzie nie zauważyłam mojej siostry, na co serce przyspieszyło swoją pracę. Byli tu wszyscy prócz niej... I Ashtona.
- Gdzie moja siostra? - zapytałam, starając się zachować normalny ton głosu, lecz nie wychodziło mi to najlepiej.
- Zaraz powinni przyjść - mruknął ciemnowłosy, ciemnooki i... Ogólnie cały ciemny chłopak, którego imię nie chciało wejść w moją pamięć.
Przed mój nos trafił talerz z parującymi skrzydełkami kurczaka, ketchupem i dwoma kromkami chleba. Spojrzałam z wyraźnym grymasem na osobę, która dała mi danie, a okazał się nią być Louis.
- Co? Nie pasuje?
- To jest obiad? - zapytałam zniesmaczona.
- Nie chcesz, nie jedz. Każę ci?
Westchnęłam zirytowana jego zachowaniem, lecz chwyciłam w dłoń kurczaka i rozpoczęłam konsumpcję. Zapewne był z jakiegoś taniego fast food'a, ale czego ja się mogłam spodziewać? Wykwintnych dań, godnych królowej? Wątpię. Gdy pochłonęłam już jedno skrzydełko, odkładając kość uniosłam swoje spojrzenie na przejście prowadzące do salonu, co prawda z tej strony widziałam tylko kawałek pomieszczenia, ale dostrzegłam jak za ściany wyłania się kędzierzawy blondyn, a tuż za nim weszła wlekąc się jak potulny piesek Veronica. Uśmiechnęłam się do niej ciepło po czym odsunęłam krzesło stojące obok mnie, lecz zanim się obejrzałam zasiadł tam chłopak, którego szczerze nienawidziłam.
- Nie trzeba było – posłał w moją stronę fałszywy kpiący uśmiech, boże daj mi siłę aby go nie zabić.
- To.. – zaczęłam otwierając buzię lecz chłopak wystawił rękę uciszając mnie.
- Chcesz może coś dodać? – zapytał ironicznie. Wzięłam głęboki wdech po czym wypuściłam ze świstem powietrze.
- Właściwie, to tak – odpowiedziałam, przyjmując jak najpoważniejszą pozę. Nie mogłam przecież, walczyć o swoje ukazując mu jak się go boję, bałam się to prawda, ale facet zdrowo przesadzał. Już jednego takiego popieprzeńca znosiłam i jakoś nie widzi mi się robić to po raz kolejny. – To miejsce dla mojej siostry, więc łaskawie rusz ten psychopatyczny tyłek i sprawdź czy cię nie ma na innym miejscu. – wysyczałam z udawaną słodyczą na co w pokoju rozbrzmiało huczenie, niczym w klasie podstawówki, gdy ktoś powie coś nieodpowiedniego do nauczyciela, a ten każe mu iść do dyrektora. Chłopak automatycznie się spiął posyłając mi mordercze spojrzenie, natomiast ja uśmiechałam się do niego z wyższością. Podniósł się powoli uważnie mnie obserwując po czym przeszedł koło mnie pociągając mnie z bara. Co za dupek. 
Zszokowana brunetka powoli usiadła obok mnie i zlustrowała uważnie spojrzeniem.
- Czy ty wiesz co robisz? - szepnęła tak, bym tylko ja mogła to usłyszeć. 
Wzruszyłam obojętnie ramionami, dając jej znak, że jest mi to obojętne, po czym powróciłam do jedzenia kurczaka. Gdy Louis podał mojej siostrze talerz z tym samym, jej oczy dosłownie zaświeciły się. Dosłownie uwielbiała kurczaka, nie było dla niej nic lepszego. 
 Louis skończył jeść jako pierwszy, więc usiadł przede mną i Veronicą, obserwując każdy mój ruch, co jedynie powodowało u mnie dyskomfort.
- Możesz przestać? - mruknęłam, wycierając usta chusteczką.
Chłopak jedynie wzruszył ramionami, jednak nie przestawał się mi przypatrywać. Westchnęłam bezradnie i wróciłam do jedzenia. On zaś wyprostował się i spojrzał za mnie, gdzie wszyscy zajadali się siedząc przy stole, rozmawiając. 
- Adrianne, masz przestrzeloną łydkę. Za dużo chodzisz, właściwie w ogóle nie powinnaś - rzekł znużonym wręcz głosem, na co prychnęłam. Powiedz mi, kto to zrobił? Kto?! - Dlatego dzisiaj zostajesz w łóżku i nawet na sekundę z niego nie wychodzisz. 
- No chciałbyś. Nic mi...
- Nie, Ann. Powiedziałem coś, a ty to wykonasz - warknął, a wzdłuż mojego kręgosłupa przeszły nieprzyjemne dreszcze.
Jęknęłam mentalnie, gdyż nie chciałam mu ulegać, ale nie miałam wyjścia. Wróciłam do poprzedniej czynności, spuszczając wzrok na talerz. Po posiłku Tomlinson dosłownie wciągnął mnie po schodach do swojego pokoju i posadził na łóżku. Ja i tak nie miałam nic do gadania.
- Chcesz obejrzeć film? – zadał pytanie, ciągle spoglądając w moje oczy. Wzruszyłam tylko ramionami gdyż było mi to obojętne co będę robić. – Okey więc.. – podszedł do komódki chwycił w dłoń pilota, którego wcześniej tam położyłam i rzucił na łóżko, po czym dodał. – Jak się zdecydujesz, nie będziesz musiała wstawać.
- Mhm – mruknęłam patrząc się w niego obojętnie.
- Adrianne, ja mówię serio, masz tu zostać, żeby nie nadwyrężyć nogi. – powaga w jego głosie doszczętnie mną wstrząsnęła, za kogo on się uważał ja się pytam.
- A co ci do tego? – uniosłam lekceważąco jedną brew do góry.
- Mój dom, moje zasady – mruknął nadal stojąc naprzeciwko mnie. Prychnęłam pod nosem patrząc w jego niebieskie tęczówki z rozbawieniem, ale też i wściekłością.
- Nie podlegam ci, nie należę, do tego chorego bractwa powaleńców – syknęłam. – Nie powinieneś się tym przejmować, skoro i tak zamierzacie nas zabić. Jaki więc jest sens tego przedstawienia?! Ukryta puenta? – syknęłam obserwując każdy ruch szatyna. Louis wyprostował się, po czym powolnym krokiem do mnie podszedł. Znowu mnie uderzy, podniesie na mnie rękę, nawet już nie zamykałam oczu, ciągle wzrokiem podążałam za chłopakiem.
- Nic, a nic kurwa nie wiesz! – wypowiedział te słowa odgarniając pasmo włosów z mojej twarzy.
- Zdziwisz się, twój cyrk twoje małpki. Ale mnie nie wciągaj w coś skoro skończę jako tarcza na kule. Podziękuję takiego udziału – warknęłam, na co chłopak jeszcze bardziej się spiął. Ciśnienie, zamiast spadać diametralnie rosło. Nie powinnam pozwalać sobie na tak wiele, ale cóż poniekąd pogodziłam się ze śmiercią. Może jak ich podenerwuję to zabiją mnie, a Ver zostawią w spokoju?! Chociaż.. Nope, kogo ja oszukuję. Spojrzałam ponownie w jego oczy i już nie kontrolowałam tego co opuściło moje usta. – Jesteś pojebany i sam to dobrze wiesz, a teraz jeśli nie zamierzasz mnie zabić po prostu stąd wypierdalaj bo bycie troskliwym za grosz ci nie idzie.
- Nie mam do ciebie kurwa siły. Jesteś zwykłą niczego nie wartą suką – warknął i trzaskając jak najmocniej drzwiami wyszedł zostawiając mnie samą pośrodku jego rzeczy i słów, kierowanych w moją stronę. Oszukiwałabym siebie, gdybym powiedziała, że mnie nimi nie uraził, bo to zrobił. Zabolało, z niewiadomych przyczyn. Czemu, się przejęłam? Przecież ja niejednokrotnie wyzywałam jego rodzinę i jego samego. Opadłam plecami na materac a po moim policzku spłynęła samotna łza.

______________________________________
Elo melo 3 2 0! (Wtf haha)
No dobra, co do rozdziału... Lann Drama Tiiime :o huhu nie spodziewałam sie, a wy?
Szkoda że nie zebraliśmy wyznaczonej ilości komów pod poprzednim :c mam nadzieję, że pod tym się uda ^^ ale ważne że czytacie.
Kocham was i z buziakami odsyłam do notki Addie ;* 
W.

Hejka kochani :*
Mamy kolejny.! Ah ta Lann. Jak myślicie co będzie z nimi dalej?  I co ukrywa Ann? Hmm sama chciałabym wiedzieć XD
Szkoda że mało komentarzy. No ale cóż. Stałe osoby komentują więc to jest najważniejsze kocham was dziewczyny:*
Nadal zostawiamy
5 komów = szybciej następny.
Do następnego ;* Buziaki ;* A.

piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział 11.

*Z perspektywy Veronici*

Otworzyłam powoli powieki zginając się nagle w pół. Cholera ale boli. Odgarnęłam kołdrę, a moim oczom ukazał się bandaż przesiąknięty krwią. Spanikowana odwinęłam go szybko, by sprawdzić, czy szwy, które poprzedniego popołudnia założył mi blondyn nie przerwały się. Moje usta opuściło westchnienie ulgi gdy ujrzałam całe szwy komponujące się w mój brzuch. Rana wyglądała okropnie, na sam jej widok miałam odruchy wymiotnie, a co tu powiedzieć o wspomnieniach, które tak jak blizna zostaną na zawsze. Nie mówię tu tylko i wyłącznie o krzywdzie jaką wyrządził mi Ashton, miałam na myśli bardziej coś co zniszczyło nie tylko mnie, ale też i Ann. To okropne, nawet teraz na samo wspomnienie chciało mi się płakać i krzyczeć jednocześnie. Jak było można tak bezkarnie nas okłamywać?! Budować rodzinę oraz złudne zaufanie na kłamstwach. Bolało, to tak cholernie bolało. Bardziej niż wbijany scyzoryk w brzuch. Bardziej niż niejedna krzywda fizyczna. Nic się z tym nie mogło równać. Zupełnie nic.
 Wątpię, że kiedykolwiek im zaufam. Choć nie wiem czy dożyję dnia, w którym ich zobaczę.
 Nie zadręczając się więcej okropnymi myślami, potrząsnęłam głową, po czym zwróciłam ją w bok, gdzie nadal spała moja siostra. Westchnęłam, widząc jak spokojnie śpi. Martwiłam się o nią bardziej niż o siebie, bo była dla mnie wszystkim. Zwłaszcza teraz, gdy dowiedziałyśmy się prawdy, mieszającej nam obu w głowach.
 Po chwili moją uwagę przykuło kilka przedmiotów leżących na szafce nocnej. Zmarszczyłam brwi, gdy dostrzegłam pośród nich komórkę. Dali nam telefon?!
 Chwyciłam go i odblokowałam. To był zwykły telefon komórkowy. Nie wiem co tu robił. Czym prędzej wstukałam numer do ojca, mimo iż moje serce rozdzierane było na kilkaset kawałków. Zamiast usłyszeć jego głos, do moich uszu dotarł automatyczny, mówiący:
 "Numer niedostępny".
 Weszłam w księgę kontaktów, gdzie były jedynie dwie nazwy: Ashton i Louis. Nic poza tym, w dodatku obok imion zauważyłam ich miniaturowe zdjęcia.
 Do głowy wpadł mi lepszy pomysł. Wpisałam numer alarmowy i po kilku sygnałach usłyszałam tą samą odpowiedź. Czyli krótko mówiąc jesteśmy w czarnej dupie. A już miałam nadzieję. Odłożyłam zrezygnowana urządzenie na miejsce i spojrzałam na kolejne przedmioty. Na środku stał talerz a na nim o dziwo tabletki, jeden rzut okiem na kartkę ustawioną obok a już wiedziałam, że to silne środki przeciw bólowe. Chwyciłam dwie pigułki z czterech tam leżących, włożyłam je do ust popijając łykiem wody, również stojącej na komódce. Od razu po połknięciu ich poczułam falę ukojenia, to oczywiście niemożliwe, by tak szybko działały, sama o tym doskonale wiedziałam, lecz dały one mi ulgę duchową. Chwyciłam w rękę skrawek tego papieru, który oparty był o lampkę nocną i przeczytałam napisaną tam informację nawet ładnym pochyłym pismem.
Tylko się nimi nie udławcie. Wrócimy wieczorem, jakby coś się działo dzwońcie. Z głębokim poważaniem Ash
 Prychnęłam pod nosem, po czym zgniotłam papier i rzuciłam na podłogę. Miałam ochotę krzyczeć, a raczej wrzeszczeć jak najgłośniej, zedrzeć sobie gardło. Może w ten sposób udałoby mi się dać upust moim emocjom. Chciałabym stąd uciec, bardzo daleko. Nienawidzę tego domu, tych ludzi, własnego domu i... Rodziców. Po prostu ich nienawidzę. Nie rozumiem, jak mogli nas tak okłamać. Przez te 17 lat życia myślałam, że mój tata jest zwyczajnym człowiekiem, a tymczasem on zajmuje się takimi rzeczami, przestępstwami. To chore.
 - Vera? - rozespany głos rozbrzmiał niedaleko mojego ucha
 Odwróciłam głowę w stronę mojej siostry, która leniwie przecierała oczy dłonią. Westchnęłam głęboko patrząc na nią.
 - Jestem głodna - jęknęłam przeciągle.
 - Ja też - odrzekła.
 Z niemałym trudem spowodowanym bólem brzucha zeszłam z łóżka i w żółwim tempie podeszłam do drzwi, które jak się okazało - były otwarte. Spojrzałam przez ramię na Addie, która po chwili stała za mną. Stawiając ostrożne kroki, jakbym stąpała po cienkim lodzie, szłyśmy w stronę schodów, jeśli dobrze pamiętam.
 Dokładnie tak. Spore, kilkunastostopniowe schody. Pomagając po nich schodzić Adrianne trafiłyśmy do salonu, następnie do kuchni. Cała ta droga była męcząca, zważając na nasze wciąż niezagojone rany. Trudno było nam się poruszać.
 Nakazałam siostrze usiąść przy barze, a sama otworzyłam drzwiczki lodówki. Zaczęłam wyciągać z niej produkty, które mogłybyśmy zjeść. Wszystko położyłam na blacie, po czym zajęłam się robieniem kanapek, czując na swoich plecach wzrok szatynki.
 - Jak się czujesz? – zadała pytanie, na co zaprzestałam swoje poczynania i odwróciłam się w jej kierunku.
 - A jak wyglądam? – uniosłam do góry brew czekając na jej odpowiedz, ta natomiast w milczeniu leniwie sunęła po mnie wzrokiem.
 - Jakby cię walec przejechał – oznajmiła z przekąsem, próbując jak zawsze, rozbawić mnie i przy okazji ją samą.
Prychnęłam pod nosem. Sama nie wyglądała lepiej. Przetłuszczone włosy przyklejały się do jej twarzy. Miała na sobie ciuchy z przed dwóch dni w dodatku wybrudzone krwią i ziemią. Domyślam się, że wyglądałam tak samo, albo i nawet gorzej. Po śniadaniu będziemy musiały sobie znaleźć nasze walizki. Podejrzewam, że blondyn wziął je ze sobą, a jeśli nie, to cóż trudno znowu będziemy musiały chodzić w tych łachach.
 - Pragnę ci przypomnieć, że wyglądasz tak samo. – Wystawiłam jej język, po czym znowu odwróciłam się w stronę blatu kończąc robienie kanapek. Gdy już je przygotowałam, pokuśtykałam do siostry stawiając jej talerz przed nosem i zajmując miejsce obok niej. Syknęłam z bólu gdy poprawiałam się niezdarnie na obrotowym krześle.
 - Ann? - zapytałam po krótkiej chwili ciszy. Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę z pytającym wzrokiem. - Wiem, że to głupie, ale skoro ich nie ma możemy uciec. Albo chociaż spróbować - westchnęłam.
 Jej źrenice rozszerzyły się, lecz nie wiem czy ze strachu czy podekscytowania, iż możemy się stąd wydostać.
 - Masz rację. Ale oni na pewno mają jakieś zabezpieczenia.
 - Warto poszperać tu i tam. Może coś znajdziemy?
 Szatynka uśmiechnęła się delikatnie w moją stronę przytakując.
- Ale najpierw zjedzmy - zaśmiała się.
 Chwyciłam swoją kanapkę i zajęłam się jej konsumpcją, myśląc gdzie możemy znaleźć coś, co pomoże nam w ucieczce. Chwilami wątpiłam, że nam się uda; przecież nie zostawili tak po prostu zamkniętych drzwi frontowych, prawda?
 Właśnie.
 Okno z parteru dałoby się rozbić. Wydawało mi się to nawet dobrym pomysłem. Wróciłybyśmy do domu i czym prędzej... Po prostu wyniosły. Nie mogliby nas znowu znaleźć, chcemy żyć normalnie. Chociaż nie wiem czy to możliwe z ojcem, zajmującym się nielegalnym przewozem ludzi i narkotyków. Jestem ciekawa co jeszcze przed nami ukrywa.
 Po zjedzeniu tego prostego śniadania ja postanowiłam 'zwiedzić' parter, a Ann piętro. Tuż za obok schodów zauważyłam drzwi, które do tej pory przeoczałam. Pociągnęłam klamkę w dół, lecz nie ustąpiły. Jak się spodziewałam były zamknięte. Westchnęłam ciężko, po czym podeszłam do drzwi, znajdujących się tuż obok korytarza, prowadzącego do drzwi wyjściowych domu. Te były ciężkie, metalowe i... Otwarte! Ostrożnie przekroczyłam próg i rozejrzałam się wokół. Było tu... Jakieś pięć samochodów. Wszystkie się od siebie różniły nie tylko kolorem, ale i marką. Samochody od zawsze mnie fascynowały. Byłam zwolenniczką szybkości i adrenaliny, które zapewniała mi jazda.
 Zawsze, gdy jeździłam w aucie z tatą, manewrował kierownicą tak, że rzucało mną na wszystkie strony. Oczywiście nie robił mi krzywdy, śmiałam się na całe gardło. Wciąż pamiętam jedną jazdę... Zawoził mnie wtedy na rozpoczęcie roku szkolnego. Tylko mnie, bo Adrianne była już w wyższej szkole. Ale wracając, co chwila patrzył na zegarek. Minuty mijały, a on przyspieszał. Ostatni zakręt wykonał zbyt ostro; moja głowa uderzyła o szybę. W ten sposób rozpoczęcie roku szkolnego zaczęłam z wielkim guzem, a ojciec przepraszał mnie resztę dnia i kilka następnych.
 - Veronica! - donośny krzyk rozległ się po domu. Należał oczywiście do mojej siostry.
 Potrząsnęłam głową, jakbym chciała coś strzepnąć z włosów... A raczej wyrzucić to wspomnienie z głowy, po czym wyszłam zamykając za sobą drzwi, gdyż uznałam, że nic co się tam znajduje nam się nie przyda.
 - Tu jestem - odparłam beznamiętnie. - Nic nie mam. Tam jest tylko garaż.
 Dziewczyna kulejąc podeszła do mnie i położyła dłoń na ramieniu.
 - Na górze też pustki. Czy ci ludzie, aż tak się ubezpieczyli? – zmarszczyła brwi po czym zaczęła się śmiać. Okey. Spojrzałam na nią pytająco nie mając pojęcia co ją tak nagle rozbawiło.
 - Addie, co jest tak śmiesznego w tej informacji?
 - Nic – ledwo wydukała, dalej się śmiejąc. Okey czy ona na górze znalazła jakieś opium?! A nawet jeśli to czemu się nie podzieliła zołza jedna! – Ubezpieczyli się przed dwiema kalekami. Boże jak to brzmi.
 - Okey, dobra. – zachichotałam, gdy zrozumiałam jej punkt widzenia. To na serio śmiesznie wyglądało. My dwie. Jedna postrzelona w nogę, kulejąca. Druga z ranami kutymi w udzie, brzuchu i ramieniu. Co za ironia. A oni jeszcze się zabezpieczają.
 - Koniec. Powaga, Adrianne. Musimy się stąd wydostać - powiedziałam pewnie, patrząc na nią poważnym wzrokiem z równie poważnym wyrazem twarzy. - Ja pójdę do kuchni, a ty po prostu... Otwórz drzwi frontowe. Nie są idiotami, ale może są otwarte - burknęłam, po czym poszłam w zamierzone miejsce. Wyciągnęłam z lodówki pełną butelkę wody i obróciłam w dłoniach kilka razy, sprawdzając czy nie ma na niej żadnego ostrzeżenia napisanego markerem. Czyli to czysta woda.
 Wcisnęłam ją do kieszeni dużej, szarej bluzy. W tej chwili usłyszałam głuchy dźwięk... Alarmu? Coś podobnego do niego. Wbiegłam z powrotem do salonu, lecz Adrianne w nim nie było. Po chwili jednak ją zauważyłam, wyszła z korytarza, z którego dochodził ten dźwięk. Jej szeroko rozwarte oczy dawały mi do zrozumienia, że coś zrobiła.
 - Włączyłaś alarm?! - pisnęłam.
 - Tylko pociągnęłam za klamkę! Nic nie ruszałam!
 - Ann, mamy przesrane - wydukałam, przeczesując nerwowo swoje włosy dłonią.
 Moje serce znacznie zwiększyło obroty, gdy alarm ucichł, a skądś znowuż usłyszałam dźwięk dzwonka, najprawdopodobniej telefonu. Z trudem weszłam do pokoju Ashtona i chwyciłam urządzenie w drżące dłonie i spojrzałam na wyświetlacz. Ashton.
- Kurwa – przeklęłam pod nosem, a przez mój kręgosłup przeszły ciarki.
- Kto to? – usłyszałam tuż nad swoim uchem. Odwróciłam się do niej wyciągając w jej kierunku nadal dzwoniące urządzenie. Gdy tylko ujrzała imię wyświetlające się na ekraniku jej źrenice niebezpiecznie się rozszerzyły a oddech stał się płytszy. Bała się tak samo jak ja. – Cholera i co teraz? – uniosła na mnie swój wzrok, który wyrażał w tej chwili to samo co zapewne mój.
 - Odbierzemy? – zapytałam na wpół to stwierdzając. Byłam wewnętrznie rozdarta. Jeśli odbiorę, to usłyszę najróżniejsze wyzwiska i jego warczenie. Lecz jeśli tego nie uczynię, cóż blondyn może wpaść w jeszcze większy szał, a wtedy to już nie chcę wiedzieć co może stać się po jego powrocie. Ponownie przełknęłam gulę zalegającą mi w gardle po czym z wahaniem nacisnęłam zieloną słuchawkę, dając również na tryb głośno mówiący, tak by i Adrianne mogła go słyszeć.
 - Tak? – wydukałam do słuchawki, która drżała razem z moją ręka.
 - Skarbie, czy wy myślicie, że jesteśmy tacy głupi, żeby was nie zamknąć dokładnie? – zapytał niezmiernie spokojnym tonem. Okey. Oczekiwałam wyzwisk oraz przeklinania z jego strony, a on po prostu jest taki spokojny?! Co z tym człowiekiem jest nie tak? – Przeczuwaliśmy, że będziecie chciały ponownie uciec, ale żeby okazać się tak głupimi by sprawdzić wejściowe drzwi? – westchnął zirytowany, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam jak kręci z rozbawieniem głową, a na jego twarzy jak zawsze widnieje ten sam łobuzerski aczkolwiek seksowny pół uśmiech.
Usiadłam na czarnej, skórzanej kanapie, a zaraz obok mnie Adrianne. Z każdą mijającą sekundą moje serce przyspieszało bicie, a oddech stawał się coraz płytszy. Bałam się tego, co zrobią. Czekanie zdecydowanie było najgorszą częścią. Strach narastał, chciałam uciec i schować się pod łóżkiem w którymkolwiek pokoju na piętrze, po prostu być jak najdalej od drzwi wejściowych, przez które wejdą. Nie chcę widzieć morderczego wzroku Ashtona, nie chcę czuć bólu, który na pewno znowu mi sprawi, nie chcę, by cokolwiek stało się Ann. Spocone dłonie wytarłam o materiał ubrania, jakie miałam na sobie i nerwowo tupałam nogą o drewniane panele, skanując wzrokiem całe pomieszczenie. Addie objęła mnie ostrożnie ramieniem, a ja położyłam głowę na jej ramię, wzdychając w tym samym momencie, co ona. Najprawdopodobniej umrzemy. Dzisiaj. Zamordowane przez jakiś gangsterów. Przez pocisk, który zapewne wyląduje w moim czole. Nie mam pojęcia co zrobią. Czułam się niczym kilkuletnie dziecko, które coś przeskrobało i teraz czeka na karę od rodziców. Chociaż ta sytuacja jest taka sama. Jednak wolałabym być tym dzieckiem, ono nie dostałoby od ojca kulki między oczy.
W tym momencie usłyszałam pisk opon. Otwieranie drzwi, które po chwili się zamknęły. Kroki, które doprowadziły całą trzynastkę do salonu. Czułam na sobie każde pojedyncze spojrzenie. Mój wzrok był skupiony na odbijających się od śliskiej powierzchni kanapy paznokciach. Gdy niezręczna cisza wisiała w powietrzu podniosłam wzrok na osobę, której tak bardzo nienawidzę i tak bardzo się jej boję - Ashtona.
Jego oczy jak zawsze były puste, a mina neutralna. Był obojętny, wpatrywał się centralnie w moje oczy. Poczułam na policzkach gorąc, więc odwróciłam wzrok, wracając nim do moich palców. Jednak, gdy to zrobiłam jego ochrypły głos przeciął panującą w całym domu grobową ciszę:
- Chodź.
Wzdrygnęłam się, wiedząc, że jest to kierowane właśnie do mojej osoby. Po chwili wahania podniosłam się z kanapy i z trudem ruszyłam za blondynem, który pewnym siebie krokiem podążał do jego pokoju. Niemal od razu, kiedy przekroczyłam jego próg, drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a moje ciało przylgnęło do ściany. Dwie dłonie znajdowały się po obu stronach mojej głowy. Odruchowo trzymałam zaciśnięte oczy, a głowę przekręciłam w bok. Gorący oddech odbijał się od mojej szyi, a głęboki głos trafiający do uszu przyprawiał o gęsią skórkę.
- Wiesz co zrobiłaś? - wyszeptał.
Moje gardło opuścił jęk spowodowany nasileniem się strachu. Zacisnęłam mocniej szczękę, a plecy docisnęłam do powierzchni ściany na tyle, na ile było to możliwe.
- Jestem tak wściekły, że nawet nie wiesz co chciałbym z tobą w tym momencie zrobić. – Przygryzł płatek mojego ucha uśmiechając się przy tym. Z trudem otworzyłam oczy by na niego spojrzeć.
- To zabij mnie, po co dalej ciągnąć coś co i tak zrobicie? – zapytałam szeptem.
- Zabawa jest o wiele lepsza, od przedwczesnej śmierci. – Pogładził mój policzek niby w czułym geście, ale jego dotyk mnie palił, tak, że miałam ochotę zwymiotować. Jego odpowiedz nie była jasna i podejrzewałam, że doskonale coś maskuję, warto zaryzykować, by się dowiedzieć, prawda? Bo co mi może zrobić gorszego? I tak ma mnie zamiar zabić. Raz się żyje. Spojrzałam w jego orzechowe tęczówki siląc się na jak spokojniejszy głos.
- A może za bardzo się boisz naszego ojca? – Uniosłam brew, robiąc przy tym jak najbardziej kpiącą minę.
- Kochanie, ja niczego się nie boję.
Wypowiedział powoli te słowa, jakby sam chciał w nie uwierzyć. Cóż, ja mu nie uwierzyłam, jego ciało go zdradziło. Na wzmiankę o ojcu automatycznie się spiął. Czyli jednak się go boi, to może być dobry znak. Może.. może wcale nas nie zabiją. Chociaż, w co ty wierzysz Veronica?
- Sam siebie okłamujesz – syknęłam w przypływie odwagi, która niestety nie trwała długo, gdyż pięść chłopaka wylądowała w ścianie tuż przy mojej głowie. Pisnęłam głośno przerażona jego czynami.
- Zamknij się w końcu, w przeciwnym razie sam ci w tym pomogę – warknął.
Cholera, chyba go zdenerwowałam. Przełknęłam z trudem ślinę. I co teraz? Skanowałam jego twarz, chcąc zobaczyć jaki będzie jego kolejny ruch. Niestety tak jak zawsze nic, zupełnie nic nie mogłam odczytać z jego twarzy. Otworzyłam usta chcąc coś powiedzieć, ale przerwały mi w tym krzyki dochodzące zza drzwi.
- Puść mnie do cholery! On jej coś może zrobić. To jakiś chory, popieprzony psychopata! – Po głosie poznałam, że to Adrianne się tak wydziera. O co tam chodzi? – Tomlinson do cholery puść mnie! Głuchy jesteś czy jak?! – Krzyki stawały się coraz głośniejsze, aż końcu mogłam usłyszeć również i męski głos.
- Nie Ann, nie wyrywaj się bo będzie cię bardziej bolało.
- W dupie mam tą nogę! Puść mnie debilu. – Usłyszeliśmy jakiś huk.
- Tak się nie będziemy bawić – stwierdził znużonym głosem Louis, w jego głosie nie było słychać złości, tylko i wyłącznie zmęczenie. Potem usłyszałam jeszcze tylko pisk i wrzaski Ann, które stopniowo się oddalały, aż w końcu nie było ich w ogóle słychać. Na powrót spojrzałam na blondyna, który z odchyloną do tyłu głową chichrał się jak idiota.
 - Twoja siostra jest naprawdę pyskata. Ja nie wiem czemu Tommo jej jeszcze nie wychowuje. – Pokręcił z rozbawieniem głową na co prychnęłam.
 - Bo nie jest taki popieprzony jak ty – wysyczałam, miałam dosyć tej bipolarności u nich, u niego, co on w ogóle sobie wyobrażał. Blondyn na powrót spojrzał w moje oczy patrząc na mnie z tym samym cwaniackim uśmieszkiem.
- Zdziwiłabyś się – oznajmił po czym dodał widząc, że nie za bardzo pojęłam to co przed chwilą powiedział. – Potrafi być jeszcze gorszy.
Szczerze w to wątpię, nie wyglądał na takiego psychopatę jak Ashton. Był... Miły, ale to równie dobrze mogła być maska, prawda? Przecież wszyscy tutaj są bipolarnymi gangsterami. A ten cały Louis może nauczył się jakoś panować nad emocjami. Nie znam jego prawdziwej twarzy i na prawdę nie chcę jej poznawać. A Adrianne powinna się opanować, w końcu zrobi jej krzywdę przez ten niewyparzony język. Spojrzałam w oczy chłopaka, które nadal skupione były na moich. Nie mam pojęcia co teraz roiło się w jego głowie, ale na pewno nie było to nic wartego oglądania. Zapewne obmyślał plan zabicia mnie albo coś gorszego. Z jego oczu nigdy nie mogłam wyczytać żadnych uczuć, były puste. Tym razem też tak było. Nie wiem jak to robi, ale zewnętrznie nie da się zobaczyć nic, zbyt dobrze się ukrywa.
 - Puść mnie - szepnęłam w końcu.
 - Dlaczego miałbym to zrobić? - uśmiechnął się zadziornie. - Zrobiłaś coś, czego ci nie wolno.
 - A co ja jakiś pies jestem? - fuknęłam wściekła, najwidoczniej za dużo czasu przebywam ze swoją siostrą.
 - Hm, ciekawa alternatywa powiem ci szczerze – zaśmiał się na mój komentarz, a ja dosłownie mordowałam go wzrokiem.
Co za arogancki, pewny siebie, zmienny dupek. Boże, miałam ochotę zetrzeć ten parszywy uśmieszek z jego twarzy, ale moja odwaga sięgała tylko i wyłącznie moich myśli. Tam co sekundę wystosowywałam na nim to nowe sposoby zabicia go. Kurcze, staję się taka jak on. Ratujcie mnie, nie chcę być jak mój ojciec, nie mogę być. To nie, definitywnie nie!
 - Możesz przestać? – zapytałam w końcu, zwracając tym samym znowu jego uwagę na moją osóbkę.
 - Nie, chyba nie. Jesteś okropnie zabawna tak ci powiem – zachichotał po raz ostatni, po czym złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę drzwi od łazienki. Spojrzałam na jego plecy przerażona. Jezu święty co on zamierza? Zostawił mnie na środku niewielkiego pomieszczenia, podszedł do wanny, odkręcił kurki, wlał do wanny płyn i odwrócił się do mnie ponownie.
- To ty jeszcze w ubraniach? - uniósł jedną brew do góry, uśmiechając się połowicznie.
- Mógłbyś może przynieść tu moją walizkę? Nie będę dłużej chodzić w tym. - Pokazałam dłońmi na swoje poplamione krwią ubrania, które noszę już... Dwa, trzy dni? Nie wiem, nie mogę się połapać w czasie, odkąd jestem tutaj.
- W tych spodenkach wyglądasz i tak gorąco.
Puścił mi oczko i opuścił łazienkę, a ja wciąż stałam na jej środku osłupiała przygryzając mały palec. Co za cham. Czym prędzej zdjęłam z siebie ciuchy i weszłam do wanny, jęcząc z bólu. Gdy wody było wystarczająco, zakręciłam kurki i zanurzyłam się po szyję w pękającej, białej pianie, zamykając przy tym oczy. Boże, mogłabym tak siedzieć godzinami. Mieniące się różnymi kolorami bańki powoli pękały przy moich uszach, przerywając dotychczasową ciszę, która zapanowała odkąd blondyn wyszedł. Niestety błogość tak szybko jak przybyła tak opuściła moje myśli, uwiadamiając mi, że chłopak lada chwila tu wparuje i oczywiście nie oszczędzi mi głupkowatych tekstów, więc czym prędzej chwyciłam szampon do włosów i umyłam je starannie, po czym na półce znalazłam niestety męski żel, namydlając obolałe, poranione ciało, a po pomieszczeniu rozniósł się jego zapach. Zaciągnęłam się zachwycając wonią, płynu, który używał blondyn. Mój błogostan nie trwał długo, gdyż do moich uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłam głowę w stronę białej powłoki, przez którą właśnie Ashton targał moją walizkę.
 - Jezu, ile rzeczy ty tam spakowałaś? - jęknął, na co przewróciłam oczami. W końcu położył ją na kafelkach i stanął prosto, obserwując mnie. - Pomóc ci może w czymś? - zapytał, a na jego ustach pojawił się półuśmiech.
 - Nie, poradzę sobie - prychnęłam. - Tylko daj mi ręcznik i wyjdź.
 Chłopak podszedł do umywalki, ukucnął i wyjął z szafki dwa białe ręczniki, które rzucił na moją walizkę.
 - Powodzenia - rzekł, po czym wyszedł, nie zamykając do końca drzwi.
 Co takiego w życiu zrobiłam, że musiałam akurat natrafić na niego?
 Ostrożnie wyszłam z wanny, chwyciłam ręcznik i zaczęłam się wycierać. Z walizki wyciągnęłam czystą bieliznę, czarne leginsy oraz bluzkę na ramiączkach z motywem flagi Wielkiej Brytanii. Ubrałam się i susząc włosy drugim ręcznikiem wyszłam z łazienki.

_____________________________________________________
Witam misie kochane ;*
Dzisiaj dodaję sama, gdyż ponieważ nasza Weronika postanowiła nas opuścić na ten weekend.
Ale macie pozdrowienia z nad jeziorka od niej ;*
No więc udało wam się znowu dobić komentarzy, za które bardzo dziękujemy *-* Każdy daje takiego kopa i dawkę fangirlingu jak nic innego (oprócz zdjęć Lou i Asha i Ashtonica&Lann Moments :D) oczywiście ogromnie dziękujemy za wyświetlenia *-* mam nadzieję, że będzie was przybywać i powiększymy swoją rodzinkę xD Okey gadam w tym momencie jak jakaś wariatka. xD Musicie mi wybaczyć, ale jestem chora i biorę chyba całą tablicę mendelejewa by się wyleczyć (leki). xD Chociaż czy u mnie kiedykolwiek było normalnie xD Nieee. :D
No dobra nie przeciągając już dłużej.
Zostawiamy:
 5 komentarzy = kolejny rozdział. 
Chyba to na tyle więc do następnego skarby :* Buziaki :* A.