piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział 11.

*Z perspektywy Veronici*

Otworzyłam powoli powieki zginając się nagle w pół. Cholera ale boli. Odgarnęłam kołdrę, a moim oczom ukazał się bandaż przesiąknięty krwią. Spanikowana odwinęłam go szybko, by sprawdzić, czy szwy, które poprzedniego popołudnia założył mi blondyn nie przerwały się. Moje usta opuściło westchnienie ulgi gdy ujrzałam całe szwy komponujące się w mój brzuch. Rana wyglądała okropnie, na sam jej widok miałam odruchy wymiotnie, a co tu powiedzieć o wspomnieniach, które tak jak blizna zostaną na zawsze. Nie mówię tu tylko i wyłącznie o krzywdzie jaką wyrządził mi Ashton, miałam na myśli bardziej coś co zniszczyło nie tylko mnie, ale też i Ann. To okropne, nawet teraz na samo wspomnienie chciało mi się płakać i krzyczeć jednocześnie. Jak było można tak bezkarnie nas okłamywać?! Budować rodzinę oraz złudne zaufanie na kłamstwach. Bolało, to tak cholernie bolało. Bardziej niż wbijany scyzoryk w brzuch. Bardziej niż niejedna krzywda fizyczna. Nic się z tym nie mogło równać. Zupełnie nic.
 Wątpię, że kiedykolwiek im zaufam. Choć nie wiem czy dożyję dnia, w którym ich zobaczę.
 Nie zadręczając się więcej okropnymi myślami, potrząsnęłam głową, po czym zwróciłam ją w bok, gdzie nadal spała moja siostra. Westchnęłam, widząc jak spokojnie śpi. Martwiłam się o nią bardziej niż o siebie, bo była dla mnie wszystkim. Zwłaszcza teraz, gdy dowiedziałyśmy się prawdy, mieszającej nam obu w głowach.
 Po chwili moją uwagę przykuło kilka przedmiotów leżących na szafce nocnej. Zmarszczyłam brwi, gdy dostrzegłam pośród nich komórkę. Dali nam telefon?!
 Chwyciłam go i odblokowałam. To był zwykły telefon komórkowy. Nie wiem co tu robił. Czym prędzej wstukałam numer do ojca, mimo iż moje serce rozdzierane było na kilkaset kawałków. Zamiast usłyszeć jego głos, do moich uszu dotarł automatyczny, mówiący:
 "Numer niedostępny".
 Weszłam w księgę kontaktów, gdzie były jedynie dwie nazwy: Ashton i Louis. Nic poza tym, w dodatku obok imion zauważyłam ich miniaturowe zdjęcia.
 Do głowy wpadł mi lepszy pomysł. Wpisałam numer alarmowy i po kilku sygnałach usłyszałam tą samą odpowiedź. Czyli krótko mówiąc jesteśmy w czarnej dupie. A już miałam nadzieję. Odłożyłam zrezygnowana urządzenie na miejsce i spojrzałam na kolejne przedmioty. Na środku stał talerz a na nim o dziwo tabletki, jeden rzut okiem na kartkę ustawioną obok a już wiedziałam, że to silne środki przeciw bólowe. Chwyciłam dwie pigułki z czterech tam leżących, włożyłam je do ust popijając łykiem wody, również stojącej na komódce. Od razu po połknięciu ich poczułam falę ukojenia, to oczywiście niemożliwe, by tak szybko działały, sama o tym doskonale wiedziałam, lecz dały one mi ulgę duchową. Chwyciłam w rękę skrawek tego papieru, który oparty był o lampkę nocną i przeczytałam napisaną tam informację nawet ładnym pochyłym pismem.
Tylko się nimi nie udławcie. Wrócimy wieczorem, jakby coś się działo dzwońcie. Z głębokim poważaniem Ash
 Prychnęłam pod nosem, po czym zgniotłam papier i rzuciłam na podłogę. Miałam ochotę krzyczeć, a raczej wrzeszczeć jak najgłośniej, zedrzeć sobie gardło. Może w ten sposób udałoby mi się dać upust moim emocjom. Chciałabym stąd uciec, bardzo daleko. Nienawidzę tego domu, tych ludzi, własnego domu i... Rodziców. Po prostu ich nienawidzę. Nie rozumiem, jak mogli nas tak okłamać. Przez te 17 lat życia myślałam, że mój tata jest zwyczajnym człowiekiem, a tymczasem on zajmuje się takimi rzeczami, przestępstwami. To chore.
 - Vera? - rozespany głos rozbrzmiał niedaleko mojego ucha
 Odwróciłam głowę w stronę mojej siostry, która leniwie przecierała oczy dłonią. Westchnęłam głęboko patrząc na nią.
 - Jestem głodna - jęknęłam przeciągle.
 - Ja też - odrzekła.
 Z niemałym trudem spowodowanym bólem brzucha zeszłam z łóżka i w żółwim tempie podeszłam do drzwi, które jak się okazało - były otwarte. Spojrzałam przez ramię na Addie, która po chwili stała za mną. Stawiając ostrożne kroki, jakbym stąpała po cienkim lodzie, szłyśmy w stronę schodów, jeśli dobrze pamiętam.
 Dokładnie tak. Spore, kilkunastostopniowe schody. Pomagając po nich schodzić Adrianne trafiłyśmy do salonu, następnie do kuchni. Cała ta droga była męcząca, zważając na nasze wciąż niezagojone rany. Trudno było nam się poruszać.
 Nakazałam siostrze usiąść przy barze, a sama otworzyłam drzwiczki lodówki. Zaczęłam wyciągać z niej produkty, które mogłybyśmy zjeść. Wszystko położyłam na blacie, po czym zajęłam się robieniem kanapek, czując na swoich plecach wzrok szatynki.
 - Jak się czujesz? – zadała pytanie, na co zaprzestałam swoje poczynania i odwróciłam się w jej kierunku.
 - A jak wyglądam? – uniosłam do góry brew czekając na jej odpowiedz, ta natomiast w milczeniu leniwie sunęła po mnie wzrokiem.
 - Jakby cię walec przejechał – oznajmiła z przekąsem, próbując jak zawsze, rozbawić mnie i przy okazji ją samą.
Prychnęłam pod nosem. Sama nie wyglądała lepiej. Przetłuszczone włosy przyklejały się do jej twarzy. Miała na sobie ciuchy z przed dwóch dni w dodatku wybrudzone krwią i ziemią. Domyślam się, że wyglądałam tak samo, albo i nawet gorzej. Po śniadaniu będziemy musiały sobie znaleźć nasze walizki. Podejrzewam, że blondyn wziął je ze sobą, a jeśli nie, to cóż trudno znowu będziemy musiały chodzić w tych łachach.
 - Pragnę ci przypomnieć, że wyglądasz tak samo. – Wystawiłam jej język, po czym znowu odwróciłam się w stronę blatu kończąc robienie kanapek. Gdy już je przygotowałam, pokuśtykałam do siostry stawiając jej talerz przed nosem i zajmując miejsce obok niej. Syknęłam z bólu gdy poprawiałam się niezdarnie na obrotowym krześle.
 - Ann? - zapytałam po krótkiej chwili ciszy. Dziewczyna odwróciła głowę w moją stronę z pytającym wzrokiem. - Wiem, że to głupie, ale skoro ich nie ma możemy uciec. Albo chociaż spróbować - westchnęłam.
 Jej źrenice rozszerzyły się, lecz nie wiem czy ze strachu czy podekscytowania, iż możemy się stąd wydostać.
 - Masz rację. Ale oni na pewno mają jakieś zabezpieczenia.
 - Warto poszperać tu i tam. Może coś znajdziemy?
 Szatynka uśmiechnęła się delikatnie w moją stronę przytakując.
- Ale najpierw zjedzmy - zaśmiała się.
 Chwyciłam swoją kanapkę i zajęłam się jej konsumpcją, myśląc gdzie możemy znaleźć coś, co pomoże nam w ucieczce. Chwilami wątpiłam, że nam się uda; przecież nie zostawili tak po prostu zamkniętych drzwi frontowych, prawda?
 Właśnie.
 Okno z parteru dałoby się rozbić. Wydawało mi się to nawet dobrym pomysłem. Wróciłybyśmy do domu i czym prędzej... Po prostu wyniosły. Nie mogliby nas znowu znaleźć, chcemy żyć normalnie. Chociaż nie wiem czy to możliwe z ojcem, zajmującym się nielegalnym przewozem ludzi i narkotyków. Jestem ciekawa co jeszcze przed nami ukrywa.
 Po zjedzeniu tego prostego śniadania ja postanowiłam 'zwiedzić' parter, a Ann piętro. Tuż za obok schodów zauważyłam drzwi, które do tej pory przeoczałam. Pociągnęłam klamkę w dół, lecz nie ustąpiły. Jak się spodziewałam były zamknięte. Westchnęłam ciężko, po czym podeszłam do drzwi, znajdujących się tuż obok korytarza, prowadzącego do drzwi wyjściowych domu. Te były ciężkie, metalowe i... Otwarte! Ostrożnie przekroczyłam próg i rozejrzałam się wokół. Było tu... Jakieś pięć samochodów. Wszystkie się od siebie różniły nie tylko kolorem, ale i marką. Samochody od zawsze mnie fascynowały. Byłam zwolenniczką szybkości i adrenaliny, które zapewniała mi jazda.
 Zawsze, gdy jeździłam w aucie z tatą, manewrował kierownicą tak, że rzucało mną na wszystkie strony. Oczywiście nie robił mi krzywdy, śmiałam się na całe gardło. Wciąż pamiętam jedną jazdę... Zawoził mnie wtedy na rozpoczęcie roku szkolnego. Tylko mnie, bo Adrianne była już w wyższej szkole. Ale wracając, co chwila patrzył na zegarek. Minuty mijały, a on przyspieszał. Ostatni zakręt wykonał zbyt ostro; moja głowa uderzyła o szybę. W ten sposób rozpoczęcie roku szkolnego zaczęłam z wielkim guzem, a ojciec przepraszał mnie resztę dnia i kilka następnych.
 - Veronica! - donośny krzyk rozległ się po domu. Należał oczywiście do mojej siostry.
 Potrząsnęłam głową, jakbym chciała coś strzepnąć z włosów... A raczej wyrzucić to wspomnienie z głowy, po czym wyszłam zamykając za sobą drzwi, gdyż uznałam, że nic co się tam znajduje nam się nie przyda.
 - Tu jestem - odparłam beznamiętnie. - Nic nie mam. Tam jest tylko garaż.
 Dziewczyna kulejąc podeszła do mnie i położyła dłoń na ramieniu.
 - Na górze też pustki. Czy ci ludzie, aż tak się ubezpieczyli? – zmarszczyła brwi po czym zaczęła się śmiać. Okey. Spojrzałam na nią pytająco nie mając pojęcia co ją tak nagle rozbawiło.
 - Addie, co jest tak śmiesznego w tej informacji?
 - Nic – ledwo wydukała, dalej się śmiejąc. Okey czy ona na górze znalazła jakieś opium?! A nawet jeśli to czemu się nie podzieliła zołza jedna! – Ubezpieczyli się przed dwiema kalekami. Boże jak to brzmi.
 - Okey, dobra. – zachichotałam, gdy zrozumiałam jej punkt widzenia. To na serio śmiesznie wyglądało. My dwie. Jedna postrzelona w nogę, kulejąca. Druga z ranami kutymi w udzie, brzuchu i ramieniu. Co za ironia. A oni jeszcze się zabezpieczają.
 - Koniec. Powaga, Adrianne. Musimy się stąd wydostać - powiedziałam pewnie, patrząc na nią poważnym wzrokiem z równie poważnym wyrazem twarzy. - Ja pójdę do kuchni, a ty po prostu... Otwórz drzwi frontowe. Nie są idiotami, ale może są otwarte - burknęłam, po czym poszłam w zamierzone miejsce. Wyciągnęłam z lodówki pełną butelkę wody i obróciłam w dłoniach kilka razy, sprawdzając czy nie ma na niej żadnego ostrzeżenia napisanego markerem. Czyli to czysta woda.
 Wcisnęłam ją do kieszeni dużej, szarej bluzy. W tej chwili usłyszałam głuchy dźwięk... Alarmu? Coś podobnego do niego. Wbiegłam z powrotem do salonu, lecz Adrianne w nim nie było. Po chwili jednak ją zauważyłam, wyszła z korytarza, z którego dochodził ten dźwięk. Jej szeroko rozwarte oczy dawały mi do zrozumienia, że coś zrobiła.
 - Włączyłaś alarm?! - pisnęłam.
 - Tylko pociągnęłam za klamkę! Nic nie ruszałam!
 - Ann, mamy przesrane - wydukałam, przeczesując nerwowo swoje włosy dłonią.
 Moje serce znacznie zwiększyło obroty, gdy alarm ucichł, a skądś znowuż usłyszałam dźwięk dzwonka, najprawdopodobniej telefonu. Z trudem weszłam do pokoju Ashtona i chwyciłam urządzenie w drżące dłonie i spojrzałam na wyświetlacz. Ashton.
- Kurwa – przeklęłam pod nosem, a przez mój kręgosłup przeszły ciarki.
- Kto to? – usłyszałam tuż nad swoim uchem. Odwróciłam się do niej wyciągając w jej kierunku nadal dzwoniące urządzenie. Gdy tylko ujrzała imię wyświetlające się na ekraniku jej źrenice niebezpiecznie się rozszerzyły a oddech stał się płytszy. Bała się tak samo jak ja. – Cholera i co teraz? – uniosła na mnie swój wzrok, który wyrażał w tej chwili to samo co zapewne mój.
 - Odbierzemy? – zapytałam na wpół to stwierdzając. Byłam wewnętrznie rozdarta. Jeśli odbiorę, to usłyszę najróżniejsze wyzwiska i jego warczenie. Lecz jeśli tego nie uczynię, cóż blondyn może wpaść w jeszcze większy szał, a wtedy to już nie chcę wiedzieć co może stać się po jego powrocie. Ponownie przełknęłam gulę zalegającą mi w gardle po czym z wahaniem nacisnęłam zieloną słuchawkę, dając również na tryb głośno mówiący, tak by i Adrianne mogła go słyszeć.
 - Tak? – wydukałam do słuchawki, która drżała razem z moją ręka.
 - Skarbie, czy wy myślicie, że jesteśmy tacy głupi, żeby was nie zamknąć dokładnie? – zapytał niezmiernie spokojnym tonem. Okey. Oczekiwałam wyzwisk oraz przeklinania z jego strony, a on po prostu jest taki spokojny?! Co z tym człowiekiem jest nie tak? – Przeczuwaliśmy, że będziecie chciały ponownie uciec, ale żeby okazać się tak głupimi by sprawdzić wejściowe drzwi? – westchnął zirytowany, a ja oczami wyobraźni zobaczyłam jak kręci z rozbawieniem głową, a na jego twarzy jak zawsze widnieje ten sam łobuzerski aczkolwiek seksowny pół uśmiech.
Usiadłam na czarnej, skórzanej kanapie, a zaraz obok mnie Adrianne. Z każdą mijającą sekundą moje serce przyspieszało bicie, a oddech stawał się coraz płytszy. Bałam się tego, co zrobią. Czekanie zdecydowanie było najgorszą częścią. Strach narastał, chciałam uciec i schować się pod łóżkiem w którymkolwiek pokoju na piętrze, po prostu być jak najdalej od drzwi wejściowych, przez które wejdą. Nie chcę widzieć morderczego wzroku Ashtona, nie chcę czuć bólu, który na pewno znowu mi sprawi, nie chcę, by cokolwiek stało się Ann. Spocone dłonie wytarłam o materiał ubrania, jakie miałam na sobie i nerwowo tupałam nogą o drewniane panele, skanując wzrokiem całe pomieszczenie. Addie objęła mnie ostrożnie ramieniem, a ja położyłam głowę na jej ramię, wzdychając w tym samym momencie, co ona. Najprawdopodobniej umrzemy. Dzisiaj. Zamordowane przez jakiś gangsterów. Przez pocisk, który zapewne wyląduje w moim czole. Nie mam pojęcia co zrobią. Czułam się niczym kilkuletnie dziecko, które coś przeskrobało i teraz czeka na karę od rodziców. Chociaż ta sytuacja jest taka sama. Jednak wolałabym być tym dzieckiem, ono nie dostałoby od ojca kulki między oczy.
W tym momencie usłyszałam pisk opon. Otwieranie drzwi, które po chwili się zamknęły. Kroki, które doprowadziły całą trzynastkę do salonu. Czułam na sobie każde pojedyncze spojrzenie. Mój wzrok był skupiony na odbijających się od śliskiej powierzchni kanapy paznokciach. Gdy niezręczna cisza wisiała w powietrzu podniosłam wzrok na osobę, której tak bardzo nienawidzę i tak bardzo się jej boję - Ashtona.
Jego oczy jak zawsze były puste, a mina neutralna. Był obojętny, wpatrywał się centralnie w moje oczy. Poczułam na policzkach gorąc, więc odwróciłam wzrok, wracając nim do moich palców. Jednak, gdy to zrobiłam jego ochrypły głos przeciął panującą w całym domu grobową ciszę:
- Chodź.
Wzdrygnęłam się, wiedząc, że jest to kierowane właśnie do mojej osoby. Po chwili wahania podniosłam się z kanapy i z trudem ruszyłam za blondynem, który pewnym siebie krokiem podążał do jego pokoju. Niemal od razu, kiedy przekroczyłam jego próg, drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a moje ciało przylgnęło do ściany. Dwie dłonie znajdowały się po obu stronach mojej głowy. Odruchowo trzymałam zaciśnięte oczy, a głowę przekręciłam w bok. Gorący oddech odbijał się od mojej szyi, a głęboki głos trafiający do uszu przyprawiał o gęsią skórkę.
- Wiesz co zrobiłaś? - wyszeptał.
Moje gardło opuścił jęk spowodowany nasileniem się strachu. Zacisnęłam mocniej szczękę, a plecy docisnęłam do powierzchni ściany na tyle, na ile było to możliwe.
- Jestem tak wściekły, że nawet nie wiesz co chciałbym z tobą w tym momencie zrobić. – Przygryzł płatek mojego ucha uśmiechając się przy tym. Z trudem otworzyłam oczy by na niego spojrzeć.
- To zabij mnie, po co dalej ciągnąć coś co i tak zrobicie? – zapytałam szeptem.
- Zabawa jest o wiele lepsza, od przedwczesnej śmierci. – Pogładził mój policzek niby w czułym geście, ale jego dotyk mnie palił, tak, że miałam ochotę zwymiotować. Jego odpowiedz nie była jasna i podejrzewałam, że doskonale coś maskuję, warto zaryzykować, by się dowiedzieć, prawda? Bo co mi może zrobić gorszego? I tak ma mnie zamiar zabić. Raz się żyje. Spojrzałam w jego orzechowe tęczówki siląc się na jak spokojniejszy głos.
- A może za bardzo się boisz naszego ojca? – Uniosłam brew, robiąc przy tym jak najbardziej kpiącą minę.
- Kochanie, ja niczego się nie boję.
Wypowiedział powoli te słowa, jakby sam chciał w nie uwierzyć. Cóż, ja mu nie uwierzyłam, jego ciało go zdradziło. Na wzmiankę o ojcu automatycznie się spiął. Czyli jednak się go boi, to może być dobry znak. Może.. może wcale nas nie zabiją. Chociaż, w co ty wierzysz Veronica?
- Sam siebie okłamujesz – syknęłam w przypływie odwagi, która niestety nie trwała długo, gdyż pięść chłopaka wylądowała w ścianie tuż przy mojej głowie. Pisnęłam głośno przerażona jego czynami.
- Zamknij się w końcu, w przeciwnym razie sam ci w tym pomogę – warknął.
Cholera, chyba go zdenerwowałam. Przełknęłam z trudem ślinę. I co teraz? Skanowałam jego twarz, chcąc zobaczyć jaki będzie jego kolejny ruch. Niestety tak jak zawsze nic, zupełnie nic nie mogłam odczytać z jego twarzy. Otworzyłam usta chcąc coś powiedzieć, ale przerwały mi w tym krzyki dochodzące zza drzwi.
- Puść mnie do cholery! On jej coś może zrobić. To jakiś chory, popieprzony psychopata! – Po głosie poznałam, że to Adrianne się tak wydziera. O co tam chodzi? – Tomlinson do cholery puść mnie! Głuchy jesteś czy jak?! – Krzyki stawały się coraz głośniejsze, aż końcu mogłam usłyszeć również i męski głos.
- Nie Ann, nie wyrywaj się bo będzie cię bardziej bolało.
- W dupie mam tą nogę! Puść mnie debilu. – Usłyszeliśmy jakiś huk.
- Tak się nie będziemy bawić – stwierdził znużonym głosem Louis, w jego głosie nie było słychać złości, tylko i wyłącznie zmęczenie. Potem usłyszałam jeszcze tylko pisk i wrzaski Ann, które stopniowo się oddalały, aż w końcu nie było ich w ogóle słychać. Na powrót spojrzałam na blondyna, który z odchyloną do tyłu głową chichrał się jak idiota.
 - Twoja siostra jest naprawdę pyskata. Ja nie wiem czemu Tommo jej jeszcze nie wychowuje. – Pokręcił z rozbawieniem głową na co prychnęłam.
 - Bo nie jest taki popieprzony jak ty – wysyczałam, miałam dosyć tej bipolarności u nich, u niego, co on w ogóle sobie wyobrażał. Blondyn na powrót spojrzał w moje oczy patrząc na mnie z tym samym cwaniackim uśmieszkiem.
- Zdziwiłabyś się – oznajmił po czym dodał widząc, że nie za bardzo pojęłam to co przed chwilą powiedział. – Potrafi być jeszcze gorszy.
Szczerze w to wątpię, nie wyglądał na takiego psychopatę jak Ashton. Był... Miły, ale to równie dobrze mogła być maska, prawda? Przecież wszyscy tutaj są bipolarnymi gangsterami. A ten cały Louis może nauczył się jakoś panować nad emocjami. Nie znam jego prawdziwej twarzy i na prawdę nie chcę jej poznawać. A Adrianne powinna się opanować, w końcu zrobi jej krzywdę przez ten niewyparzony język. Spojrzałam w oczy chłopaka, które nadal skupione były na moich. Nie mam pojęcia co teraz roiło się w jego głowie, ale na pewno nie było to nic wartego oglądania. Zapewne obmyślał plan zabicia mnie albo coś gorszego. Z jego oczu nigdy nie mogłam wyczytać żadnych uczuć, były puste. Tym razem też tak było. Nie wiem jak to robi, ale zewnętrznie nie da się zobaczyć nic, zbyt dobrze się ukrywa.
 - Puść mnie - szepnęłam w końcu.
 - Dlaczego miałbym to zrobić? - uśmiechnął się zadziornie. - Zrobiłaś coś, czego ci nie wolno.
 - A co ja jakiś pies jestem? - fuknęłam wściekła, najwidoczniej za dużo czasu przebywam ze swoją siostrą.
 - Hm, ciekawa alternatywa powiem ci szczerze – zaśmiał się na mój komentarz, a ja dosłownie mordowałam go wzrokiem.
Co za arogancki, pewny siebie, zmienny dupek. Boże, miałam ochotę zetrzeć ten parszywy uśmieszek z jego twarzy, ale moja odwaga sięgała tylko i wyłącznie moich myśli. Tam co sekundę wystosowywałam na nim to nowe sposoby zabicia go. Kurcze, staję się taka jak on. Ratujcie mnie, nie chcę być jak mój ojciec, nie mogę być. To nie, definitywnie nie!
 - Możesz przestać? – zapytałam w końcu, zwracając tym samym znowu jego uwagę na moją osóbkę.
 - Nie, chyba nie. Jesteś okropnie zabawna tak ci powiem – zachichotał po raz ostatni, po czym złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę drzwi od łazienki. Spojrzałam na jego plecy przerażona. Jezu święty co on zamierza? Zostawił mnie na środku niewielkiego pomieszczenia, podszedł do wanny, odkręcił kurki, wlał do wanny płyn i odwrócił się do mnie ponownie.
- To ty jeszcze w ubraniach? - uniósł jedną brew do góry, uśmiechając się połowicznie.
- Mógłbyś może przynieść tu moją walizkę? Nie będę dłużej chodzić w tym. - Pokazałam dłońmi na swoje poplamione krwią ubrania, które noszę już... Dwa, trzy dni? Nie wiem, nie mogę się połapać w czasie, odkąd jestem tutaj.
- W tych spodenkach wyglądasz i tak gorąco.
Puścił mi oczko i opuścił łazienkę, a ja wciąż stałam na jej środku osłupiała przygryzając mały palec. Co za cham. Czym prędzej zdjęłam z siebie ciuchy i weszłam do wanny, jęcząc z bólu. Gdy wody było wystarczająco, zakręciłam kurki i zanurzyłam się po szyję w pękającej, białej pianie, zamykając przy tym oczy. Boże, mogłabym tak siedzieć godzinami. Mieniące się różnymi kolorami bańki powoli pękały przy moich uszach, przerywając dotychczasową ciszę, która zapanowała odkąd blondyn wyszedł. Niestety błogość tak szybko jak przybyła tak opuściła moje myśli, uwiadamiając mi, że chłopak lada chwila tu wparuje i oczywiście nie oszczędzi mi głupkowatych tekstów, więc czym prędzej chwyciłam szampon do włosów i umyłam je starannie, po czym na półce znalazłam niestety męski żel, namydlając obolałe, poranione ciało, a po pomieszczeniu rozniósł się jego zapach. Zaciągnęłam się zachwycając wonią, płynu, który używał blondyn. Mój błogostan nie trwał długo, gdyż do moich uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi. Odwróciłam głowę w stronę białej powłoki, przez którą właśnie Ashton targał moją walizkę.
 - Jezu, ile rzeczy ty tam spakowałaś? - jęknął, na co przewróciłam oczami. W końcu położył ją na kafelkach i stanął prosto, obserwując mnie. - Pomóc ci może w czymś? - zapytał, a na jego ustach pojawił się półuśmiech.
 - Nie, poradzę sobie - prychnęłam. - Tylko daj mi ręcznik i wyjdź.
 Chłopak podszedł do umywalki, ukucnął i wyjął z szafki dwa białe ręczniki, które rzucił na moją walizkę.
 - Powodzenia - rzekł, po czym wyszedł, nie zamykając do końca drzwi.
 Co takiego w życiu zrobiłam, że musiałam akurat natrafić na niego?
 Ostrożnie wyszłam z wanny, chwyciłam ręcznik i zaczęłam się wycierać. Z walizki wyciągnęłam czystą bieliznę, czarne leginsy oraz bluzkę na ramiączkach z motywem flagi Wielkiej Brytanii. Ubrałam się i susząc włosy drugim ręcznikiem wyszłam z łazienki.

_____________________________________________________
Witam misie kochane ;*
Dzisiaj dodaję sama, gdyż ponieważ nasza Weronika postanowiła nas opuścić na ten weekend.
Ale macie pozdrowienia z nad jeziorka od niej ;*
No więc udało wam się znowu dobić komentarzy, za które bardzo dziękujemy *-* Każdy daje takiego kopa i dawkę fangirlingu jak nic innego (oprócz zdjęć Lou i Asha i Ashtonica&Lann Moments :D) oczywiście ogromnie dziękujemy za wyświetlenia *-* mam nadzieję, że będzie was przybywać i powiększymy swoją rodzinkę xD Okey gadam w tym momencie jak jakaś wariatka. xD Musicie mi wybaczyć, ale jestem chora i biorę chyba całą tablicę mendelejewa by się wyleczyć (leki). xD Chociaż czy u mnie kiedykolwiek było normalnie xD Nieee. :D
No dobra nie przeciągając już dłużej.
Zostawiamy:
 5 komentarzy = kolejny rozdział. 
Chyba to na tyle więc do następnego skarby :* Buziaki :* A.

5 komentarzy:

  1. Ojej.
    Moim skromnym zdaniem dziewczyny mogłyby dostać jakiegoś nagłego przypływu odwagi i się im postawić. Wiedzą już, że Ash się boi ich rodziców, to mogą to jakoś wykorzystać. Skoro i tak uważają, że zostaną zabite, to dlaczego nie? Dlaczego mają im dawać ciągle satysfakcję, że są zastraszane? Nawet jeśli się boją, niech dumnie uniosą podbródek i powiedzą coś niemiłego. #yolo, wiecie.
    Chciałabym życzyć Weronice udanego leniuchowania! :3
    Pozdrawiam, karmeeleq.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam napisać, że Ash ma genialnego gifa! :c

      Usuń
  2. Genialny rozdział,może dziewczyny zrobią teraz coś z tym,że chłopcy boją się ich rodziców.Mają na nich przynajmniej jakiegoś haka XD
    Muszę wam dziewczyny powiedzieć,że się rozkręcacie,każdy rozdział jest lepszy od poprzedniego.
    No cóż,pozdrawiam i czekam z niecierpliwością na następny :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepraszam, ale nie wyświetliło mi się, że jest rozdział!
    Ten blogger mnie już dobija!
    Rozdział jak zwykle cudowny! *_*
    Zajebisty, za przeproszeniem! Idę czytać dalej :*
    Weny dziewczyny! xx

    OdpowiedzUsuń