poniedziałek, 14 maja 2018

Rozdział 60

*Perspektywa Louis'a*

Chodziłem, a wręcz biegałem po całym domu w poszukiwaniu Adrianne. Po tym jak usłyszałem od jej siostry, że nie ma jej w ogrodzie, od razu udałem się na górę do swojego pokoju. Myślałem, że ją tam znajdę, gdyż fortepian ją zawsze uspokajał, lecz bardzo się zawiodłem, gdy pokój zastałem pusty, bez niej w środku. Gdzie ona mogła pójść? Pokój dziewczyn - pusty z tego co mówiła reszta, łazienki i pokoje też puste. Zbiegiem na dół i coś mnie tknęło, żeby sprawdzić drzwi wejściowe i kurwa myślałem, że kogoś rozjebie.
- Czemu do chuja drzwi są otwarte? Czemu nie ma włączonych zabezpieczeń? - zacząłem krzyczeć, przez co reszta pojawiła się zaraz koło mnie.
- Ymmm... Jak Dylan z Hayden wychodzili rano, musiałem o tym zapomnieć... - odparł od razu Niall chowając się jednocześnie za Calumem. Wiedział, że nie ręczę za siebie w tym momencie.
- Zapomniałeś? Niall! Jeśli Ann wybiegła z domu to wiesz co się może stać? Cholera jasna, a jak ktoś od Sean'a ciągle nas obserwuje?! Co jeśli ją złapali? - zacząłem panikować, a razem ze mną Veronica. - Kurwa - ryknąłem zakładając buty na nogi i pochwyciwszy narzutę wyszedłem z domu trzaskając drzwiami. Adrianne, gdzie jesteś? Co ci strzeliło do głowy?
Wybiegłem poza posesje i zacząłem poszukiwania, oczywiście nie krzyczałem, bo to bezsensowne, jeśli grupa Parkera nas obserwuje, więc biegałem tak wśród drzew mając świadomość, że szukam igły w stogu siana.
Po kilku minutach przeszukiwania lasu wokół naszego podwórka stwierdziłem, że jednak Adrianne nie mogła wybiec z domu, przecież nie jest głupia, nie naraziła by zarówno siebie jak i swojej siostry na śmierć z rąk Sean'a. Dlatego też udałem się z powrotem do domu. W drzwiach minąłem się z Irwinem i już sam nie wytrzymałem, chwyciłem go za bluzę i docisnąłem do ściany. Blondyn był w takim szoku, że nawet nie zdążył zareagować. Dopiero kiedy moja pięść spoczęła na jego twarzy, ocknął się próbując mi się wyrwać.
- Kurwa Tommo - ryknął wkurwiony szamocząc się i jednocześnie osłaniając się przed moim kolejnym ciosem. - Opanuj się!
- Ja mam się opanować? A ty tego kurwa nie mogłeś zrobić, zanim otworzyłeś gębę i zacząłeś pierdolić. Pomyślałeś wtedy? - wściekły docisnąłem go jeszcze mocniej do ściany tak, ze imetem uderzył w nią głową. Dopiero wtedy ciężko dysząc puściłem go i odszedłem w stronę  schodów do piwnicy. Wiem gdzie ukrywa się nasza zguba i jestem też głupi, że nie wpadłem na to wcześniej. Wszyscy założyliśmy, że tam nie mogłaby wejść, ponieważ zawsze zamykamy te drzwi, tylko nikt nie pomyślał przecież, że Ann po porwaniu Veronicy spędzała na dole wiele czasu i wiedziała gdzie mamy kluczę do piwnicy. Chwyciłem za klamkę i już wcale się nie dziwiąc, że były otwarte, wszedłem do środka.
- Ann? - zapytałem cicho pokonując stopnie. - Wiem, że tu jesteś.
Niestety dziewczyna się nie odezwała, lecz wiedziałem, że tu jest. Świadczyło o tym przewrócone, a raczej doszczętnie zniszczone krzesło, na który katowaliśmy Dylana oraz ślady krwi prowadzące do kolejnego pomieszczenia, które również zawsze zamykamy. Teraz jednak drzwi były lekko uchylone, a zza nich można było usłyszeć ciche szlochanie, naprawdę takie ledwo słyszalne. Pchnąłem stalową powłokę stając zaraz przed skuloną pod ścianą Adrianne. Była roztrzęsiona, było to widać na pierwszy rzut oka. Podkulone nogi oplatała ciasno ramionami, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że z jej ręki sączyła się krew. Głowę miała schowaną między kolanami, a jej przyśpieszony oddech świszczał przeplatany spazmami szlochu.
- Ann? - odezwałem się w końcu podchodząc do niej ostrożnie. Nie zareagowała z początku, lecz z minutowym opóźnieniem uniosła głowę wlepiając zamglone tęczówki w moją osobę.
- Zostaw mnie samą - wymamrotała nie spuszczając ze mnie wzroku. Pokręciłem jedynie głową i usiadłem obok niej. Dziewczyna osunęła się momentalnie ode mnie na co westchnąłem. - Mówię serio Lou, zostaw mnie.
- Nie zrobię tego Ann, ani teraz ani nigdy więcej rozumiesz?

- Jestem złym człowiekiem, Lou - wymamrotała z goryczą w głosie tak, że ścisnęło mnie za serce. Ona ma się za taką osobę? A co ja mam powiedzieć?

- Nie jesteś. Jeśli jedno z nas tu jest potworem, to ja - zaśmiałem się gorzko patrząc na nią cały ten czas. Dziewczyna lekko się wzdrygnęła kiedy dotknąłem jej ramienia, ale nie ruszyła się nawet o milimetr. - Ann nie jesteś złą osobą - rzekłem poważnie i zarazem głośno by mnie usłyszała.
- Jestem, ranie wszystkich dookoła. jestem jak jakaś chodząca plaga nieszczęść. Przeze mnie jest to wszystko - zamilkła na moment wycierając poranioną dłonią policzek, przez co stworzyła na nim czerwoną ścieżkę. - Moja siostra się prawie zabiła, zniszczyłam ją psychicznie. Dylan ucierpiał prawie też nie ginąc. Nawet Perrie - wypowiadając jej imię głos jej się załamał - choć jej nie lubiłam z całego serca, nigdy nie życzyłam jej śmierci, a przeze mnie....nie żyje - ostanie dwa słowa wypowiedziała z trudem. Dopiero wtedy spojrzała mi w oczy, dostrzegłem w nich czysty ból i smutek - powiedz mi czy to nie czyni mnie okropnym człowiekiem?
- Adrianne - szepnąłem momentalnie znajdując się na przeciwko niej. Chwyciłem jej twarz w dłonie i zataczałem lekkie kółeczka kciukami. - Nie zrobiłaś tego celowo, chciałaś chronić siostrę, którą kochasz, na twoim miejscu również bym tak zrobił. A Dylan i Perrie, cóż wiedzieli w jakim bagnie siedzą.Ww naszym zawodzie, że tak powiem, jesteśmy świadomi tego, że wychodząc z domu możemy już nie wrócić. Zabiłem wielu ludzi Ann i to ja do końca życia będę osobą, którą się tępi, nie Ty, nie ktoś kto poświęcił się by chronić ukochaną osobę. Jesteś aniołem Adrianne i powinnaś o tym wiedzieć. Nieco lekkomyślnym, bo mogliśmy rozegrać to inaczej, ale nadal uważam, że jesteś niezwykle mądra i ten plan, choć mocno mi się nie podobał - tu odchyliłem skrawek jej koszulki przy ramieniu i ucałowałem miejsce, w które oberwała by wyglądało to wszystko bardziej realistycznie - to sam podejrzewam, że nie wymyśliłbym tego lepiej - dodałem z ustami przy bliźnie, po czym znowu ucałowałem tamto miejsce. Czułem jak brunetka lekko się wzdryga i po chwili poczułem dotyk jej drobnych dłoni na moim policzku. Spojrzałem na nią nie wiedząc co ma zamiar zrobić.
- Nie znasz mnie Loueh. - pokręciła lekko głową - nie wiesz co czai się w środku, nie jestem taka jaka ci się wydaje. - Mówiąc to ani razu nie mrugnęła, trochę mnie przeraziły te słowa, ale wiedziałem, że mówi o czymś co zdażyło się kiedyś, coś co ukształtowało mur wokół niej.
- Wiem jaka jesteś i nie wiem czemu próbujesz znowu mnie od siebie odpychać. Cokolwiek się kiedyś stało, jesteś dla siebie za surowa Ann. Jesteś naprawdę wspaniałą osobą, niezwykle wrażliwą i empatyczną, to co pokazujesz to tylko pozory by trzymać od siebie ludzi z daleka. Wiem to bo niejednokrotnie widziałem u Irwin'a. Czasu nie cofnę, ale mogę spróbować ci pomóc, chcę "uwolnić cię z objęć ciemności i przywrócił to co zastało zabrane"  - zacytowałem jej słowa, które znałem już na wylot. Adrianne uśmiechnęła się delikatnie poprzez łzy, ale nic nie odpowiedziała jedynie niepewnie skinęła głową. Również się uśmiechnąłem ale nieco szerzej i radośniej. Ucałowałem jej usta, po czym poderwałem się na równe nogi biorąc ją od razu w swoje ramiona.
- Nie chcę tam wracać jak na razie - usłyszałem przy uchu kiedy miałem zamiar z nią na rękach opuścić piwnicę. Przystanąłem od razu odchylając głowę w taki sposób, bym mógł patrzeć na jej cudowną, nawet umazaną od krwi, twarz.
- Veronica odchodzi od zmysłów tam na górze, lepiej będzie jak do niej pójdziemy.
- Nie chcę, żeby widziała mnie w takim stanie - rzekła poważnie wydymując przy tym usta. Przewróciłem na to oczami, po czym zmroziłem ją wzrokiem. Ta jednak zupełnie nic sobie z tego nie robiła i oczkami niczym kotek ze Shreka wpatrywała się we mnie. Kurwa, wpadłem. Nie potrafiłem jej nigdy odmówić, ale nie to że staję się przy niej pizdą. Po prostu chcę, żeby była szczęśliwa.
Westchnąłem kręcąc przy tym głową.
- Dobra pójdźmy na kompromis. Najpierw zaniosę cię do swojego pokoju, wykąpiesz się i dopiero wtedy pójdziemy do Vee, pasuje? - zapytałem patrząc jak się z lekka krzywi, ale pokiwała głową całując mnie w usta w podziękowaniu. Po tym ułożyła głowę w zagłębienie mojej szyi tak jakby chciała schować twarz przed całym światem, a prawda była taka, że wiedziała, że wszyscy są na górze i gdy tylko tam wejdziemy będą widzieć w jakim stanie jest brunetka. Dlatego nie dziwię się, że skryła twarz w mojej szyi. Wychodząc z piwnicy natknąłem się na spojrzenia połowy mieszkańców domu, skinąłem tylko porozumiewawczo w ich kierunku dociskając do siebie ciało dziewczyny, która jak na zawołanie jeszcze ciaśniej objęła mnie nogami i rękoma. Nie czekając ani minuty dłużej skierowałem się do mojego pokoju zamykając na klucz drzwi, po czym pomaszerowałem nadal z brunetką na rękach do pomieszczenia obok.
- Ann jesteśmy w łazience możesz już ze mnie zejść - powiedziałem, lecz ta nadal nie oderwała się od mojego ciała, zamiast tego, co mnie mocno zdziwiło poczułem mokre pocałunki na szyi. - Adrianne co ty robisz? Miałaś się wykąpać.
- Zrób to ze mną - wyszeptała, a ja zamarłem. ŻE. KURWA. CO? Stałem tak z nią nie wiedząc co zrobić, byłem w szoku. Czy ja się czasami nie przesłyszałem? Czy ona powiedziała właśnie to, co usłyszałem? Pada mi na słuch. NA PEWNO.
- Lou? - dziewczyna zmartwiona, brakiem jakiejkolwiek reakcji z mojej strony, odsunęła się ode mnie patrząc mi w oczy. - Powiedziałam coś nie tak?
- Nie... Tylko ymm... - zaciąłem się szukając jakiejś wskazówki w jej tęczówkach.
- Przepraszam, wygłupiłam się - momentalnie zaczęła się szarpać chcąc stanąć na podłogę, lecz nie pozwoliłem jej na to. Chwyciłem jedną dłonią jej szczękę łącząc gwałtownie nasze usta ze sobą. Zszokowana dziewczyna z początku nie zareagowała, lecz zaraz łapczywie oddała pocałunek. Reszta działa się w przyspieszonym tempie, oboje pozbawiliśmy się ubrań i wylądowaliśmy pod prysznicem. Całowałem każdy kawałek jej delikatnego ciała ciesząc się, że mogę mieć ją przy sobie. Pożądanie unosiło się w powietrzu, ale nie dopuściłem aby zaszło to za daleko. Nie tak chciałem ją posiąść, nie pod prysznicem, nie w taki sposób, chciałem jej pokazać ile dla mnie znaczy i zrobię to, ale kiedy mi w pełni zaufa, kiedy się przede mną otworzy. Na razie musi mi wystarczyć to co robimy teraz.
Oderwałem się od jej ust byśmy oboje mogli nabrać powietrza do płuc. Dziewczyna dyszała ciężko próbując wyrównać oddech a ja w tym czasie delikatnie starałem krew z jej policzka i dekoltu. Zadrżała pod wpływem mojego dotyku, ale nic nie zrobiła więcej. Kiedy po czerwonej cieczy nie pozostało śladu, ucałowałem jej czoło i dociskając do niej swoje staliśmy tak patrząc sobie w oczy. Skanowałem każdy najmniejszy kawałek jej tęczówek błądząc jednocześnie dłonią po jej nagiej skórze.
- Napraw mnie - szepnęła przyulając się do mnie a ja zamykając ją szczelniej w swoich ramionach tak, że nie było już między nami przestrzeni, głaskałem ją uspokajająco po włosach. Tak zrobię Ann, przywrócę starą ciebie.










___________________________________________
SKARBY!
Jestem, zgłaszam się!
Jezu w końcu napisałam coś co można opublikować.
Co prawda niestety pisałam to sama, nie wyszło tak samo jakbym pisała to z Ronnie, ale jest coś prawda? Długo się zastawiałam czy może tego nie pisać, oraz czy wam to udostępnić, ale w końcu postanowiłam, żeby wam to dać. Zasługujecie na to zwłaszcza, że nie mam pojęcia kiedy i czy w ogóle się coś pojawi. Dlatego moi drodzy trzymajcie. Mam nadzieję, że nie wyszło do dupy, jak już mówiłam Ronnie stanowiła tego część i sami wiecie o co mi chodzi.
Ci co z nami zostali, dziękujemy z całego serduszka.
Czytajcie, polecajcie naszego fanfika, dzielcie się nim z innymi.
Kochamy mocno :*
Buziaki A.





JEŚLI CZYTASZ, PROSZĘ NAPISZ KOMENTARZ, NAWET CHOĆBY JEDNO SŁOWO.


wtorek, 2 stycznia 2018

Rozdział 59

WAŻNA NOTKA POD ROZDZIAŁEM 

*Perspektywa Ashtona*
Nie mam pojęcia dlaczego aż tak wczoraj wybuchłem podczas tej kłótni z Hemmingsem. Ten blondas jest dla mnie jak młodszy brat. Ale doszła do tego wszystkiego Adrianne i zrobiło się, krótko mówiąc nieprzyjemnie. Ona to się zawsze musi wpierdolić tam gdzie nie trzeba. Szkoda, że jej nie było wtedy, gdy Veronica jej naprawdę potrzebowała. Przez te dwa tygodnie, kiedy Ronnie przeżywała piekło, ona sobie spokojnie siedziała w jakimś domku w lesie i nic jej nie obchodziło. A ja się nią zajmowałem, opiekowałem się nią jak własną siostrą, a nawet, cholera, bardziej.
Rzuciłem gumową piłeczkę, którą do tej pory podrzucałem do góry gdzieś w kąt pokoju. Byłem wkurzony na siebie, na Adrianne, Luke'a i Tomlinsona. Właściwie nie wiem czy mógłbym być zły na Veronicę, przecież ona nic nie zrobiła. Chciała tylko spać ze swoją ukochaną siostrą, bo nie dostrzega tego, że Ann tak po prostu bez słowa ją zostawiła ze świadomością, iż jest martwa. Przetarłem twarz dłońmi z ciężkim westchnieniem. Trudno, czasu nie cofnę, a młodszej z sióstr nie wytłumaczę swojego punktu widzenia sprawy z Adrianne, bo od razu zostałbym zbluzgany, a nie chcę jeszcze stracić u niej zaufania czy coś. Przymknąłem oczy, chcąc z powrotem zasnąć, bo przebudziłem się przed ósmą i nie mogłem już dalej spać. Długo się jednak spokojem nie nacieszyłem, gdyż zaraz po kilku stuknięciach w drzwi ktoś mi wparował do pokoju.
- Uhm, Harry kazał powiedzieć, że śniadanie już jest. - Niemal od razu, gdy usłyszałem ten głos poderwałem się z łóżka. Spodziewałem się tu Kate, Caroline czy kogokolwiek innego. Nie sądziłem, że właśnie ona tu przyjdzie po wczorajszym incydencie.
- Jak się czujesz? - zapytałem, lustrując ją wzrokiem.
- Jakby cię to obchodziło, Ashton - mruknęła niechętnie, spuszczając głowę. Nie chciała nawet na mnie patrzeć.
- Obchodziło mnie to przez ostatnie dwa tygodnie, jeśli nie zauważyłaś - odparłem nieco kąśliwie, zaczynając się ubierać.


- Wczoraj widocznie miałeś gdzieś to co myślę i czuję.
- Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz, Veronica. - Wyminąłem drobną dziewczynę, która wciąż stała w drzwiach, a na jej twarzy ewidentnie malował się smutek. - Chodź już na to śniadanie, bo nam się kucharz zniecierpliwi. - Kiwnąłem głową, kładąc dłoń na jej ramieniu.
Brunetka ruszyła się po krótkiej chwili z miejsca i szła do kuchni zadziwiająco blisko mnie. Myślałem, że odsunie się przynajmniej na cztery metry. A to było niecałe pół metra odległości.
Przy stole siedziała praktycznie cała rodzinka, co mnie zdziwiło, bo już dawno nie jedliśmy w ten sposób.
Przywitałem się ze wszystkimi i usiadłem na wolnym miejscu obok Clifforda, który zerkał to na mnie to na Luke'a lub Veronicę. Chyba jasne, że wszyscy wiedzą co się wczoraj stało, nie musi mi o tym przypominać.
Styles w międzyczasie położył talerz ze stosem naleśników na środku. Nikt jednak nie tknął się jedzenia.
- Z jakiego powodu się tak zebraliśmy? - Nareszcie zapadło pytanie, które od kilki minut niemo wręcz wisiało w powietrzu.
Harry wzruszył ramionami, po czym odezwał się:
- Chyba powinniśmy wrócić do tradycji, która była z nami od kilku lat, prawda? Nieważne, że pojawiły się u nas dwie nowe osoby, a dwie odeszły. Nie zaniedbujmy tego co mamy i zjedzmy śniadanie razem, tak jak za dawnych czasów, gdy wszystko przynajmniej pozornie wydawało się normalne. - Kończąc swój poruszający monolog zajął wolne miejsce przy stole i zaczął modlitwę. Niemal wszyscy byli zszokowani słowami Harry'ego, ale wydaje mi się, że jednocześnie szczęśliwi. Styles zdecydowanie miał całkowitą rację. Przy śniadaniu nie było tak gwarno jak kiedyś, ale rozmawialiśmy ze sobą. A raczej oni rozmawiali, ja jedynie wpatrywałem się w talerz, co jakiś czas przytakując w odpowiedzi na te "grzecznościowe" pytania, które zadawała mi Kathrin. Nie miałem większej ochoty na rozmowę, więc grzecznie zbyłem ją tekstem, że nie czuję się najlepiej. Zerkałem co jakiś czas na zielonooką, uśmiechała się, rozmawiając z Hemmingsem i Adrianne. Czułem się z tego powodu... Tak jakby winny. Czułem się źle, że to nie ja z nią gadałem o nieistotnych pierdołach.
- Co ta dziewczyna z tobą robi, Irwin. - Calum pokręcił głową z dezaprobatą, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Daj spokój, co? - westchnąłem zmęczony, nie mając nawet siły mu odpyskować czy zdobyć się na jakiś chamski ton.
Gdy już wszyscy zjedli Tomlinson postanowił uciszyć towarzystwo i zabrać głos.
- Harry miał rację na samym początku, powinniśmy podtrzymywać tradycję, ale dzisiaj chodzi o coś innego. Ojciec dziewczyn rano dzwonił. - Louis zerknął badawczym wzrokiem na siostry, które niemal od razu zastygły.
- A-ale jak to dzwonił? Nie rozmawialiście z nim chyba. Prawda? - zapytała drżącym głosem młodsza siostra.
- Nie, nie rozmawialiśmy. Ale zostawił wiadomość głosową i chyba powinnyście... Wszyscy powinniście ją usłyszeć. - Wziął w dłonie komórkę i położył ją na stole, na samym środku, przełączając na głośno mówiący, a do naszych uszu dotarł głos O'Connora.
"Pewnie jeszcze śpicie, dlatego zostawiam wam wiadomość, bo później nie dam rady zadzwonić. Chciałem wam powiedzieć, że za kilka tygodni, tak przynajmniej mam w planach, wracamy z powrotem do domu. Nie znam dokładnego terminu, ale mam nadzieję, że uda się nam załatwić wszystko jak najszybciej. Kochamy was, pamiętajcie o tym, moje skarby. Do usłyszenia".
Gdy po pomieszczeniu rozszedł się charakterystyczny dźwięk zakończonego połączenia, między nami zapanowała głucha cisza. Chyba wszyscy byli w niezłym szoku oraz w głębokiej dupie. Kurwa. Ale chujnia.
Wszyscy patrzyli po sobie próbując wyczytać kto co myśli, nikt nie miał odwagi się odezwać, ale po dłuższym milczeniu Adrianne zerwała się z miejsca.
- To są chyba jakieś jebne żarty. Powiedz, że to jakieś fałszywe nagranie. - spojrzała błagalnie na Louis'a, lecz dobrze znała odpowiedź - zresztą jak my wszyscy. Veronica złapała siostrę za rękę karząc jej jednocześnie usiąść z powrotem na miejsce, więc i tak strasza zrobiła. Usiadła na krześle chowając twarz w dłonie.
- Co macie zamiar teraz zrobić? - zapytała spokojnie Ronnie ciągle głaszcząc uspokajająco Adrianne po plecach, lecz nie spojrzała na żadne z nas, tempo wpatrując się w komórkę na stole.

- I tu chyba nie ma wyjścia z tej sytuacji dziewczyny - odparł Tomlinson bardzo przybity. Choć nie on jeden na takiego wyglądał. Wszyscy doskonale wiedzieli jakie jest wyjście z tej sytuacji.
- Nie ma mowy Loueh, nie wrócimy do niego. Nie ma takiej opcji. - Starsza z sióstr uniosła głowę patrząc to na Ver to na Tomlinsona.

- Ann, nie każe wam do niego wracać, ale wiesz, że może się przez to rozpętać istne piekło - zaczął jej na spokojnie tłumaczyć Louis, lecz ona tylko tempo wpatrywała się w jego oczy.
Przewróciłem oczami z niesmakiem. Jak można być tak irytującym czy ktoś mi powie. Chrząknąłem zwracając na siebie uwagę, nawet jej. 

- Wiesz Louis delikatnie próbował ci wyjaśnić, że nie mamy ochoty zginąć bo ty nie chcesz wracać do ojca. 
- Ash! - jęknęła Veronica próbując uchronić przed kolejną naszą kłótnią, ale to było nieuniknione.
- Chyba sobie kpisz? Jakim prawem w ogóle się odzywasz? To ciebie nie dotyczy - Adrianne zmierzyła mnie nienawistnym spojrzeniem prostując się na krześle jeszcze bardziej.
- Dotyczy mnie rozpuszczona dziewczynko - zacząłem, lecz moje usta zaraz zasłoniła dłoń Caroline.
- Wasz ojciec nie wie o tym, że poznałyście prawdę i że wiecie, że jest największym mafiozem. Jak do niego wrócicie, nic się nie zmieni
- Sami w to nie wierzycie - syknęła w odpowiedzi Ann - Martwicie się tylko i wyłącznie o swoje dupy! Nawet was nie obchodzimy. 
Ostatnie zdanie sprawiło, że się wkurwiłem jeszcze bardziej. Wstałem z miejsca z wycelowanym palcem w jej osobę.
- Powinnaś wiedzieć jak to jest - ryknąłem, a w kuchni zapanowała kompletna cisza. Cisza przed burzą, którą mam zamiar wywołać.
- Ashton daj spokój - głos Ronnie rozbrzmiał jak stary głos rozsądku, ale go zignorowałem, cóż taka moja natura.
- O czym ty mówisz do cholery? 
- O tym, że sama doskonale wiesz jak to jest myśleć tylko o swojej dupie 
- Chyba jesteś śmieszny. Narażałam się dla was! Dałam się postrzelić DLA WAS - każde słowo wypowiadała coraz głośniej i wyraźniej. 
- Jak dla nas? Chyba dla siebie. Przez twoje głupie myślenie zginęła Perrie i odszedł przez to Zayn. Przez twoją głupotę prawie nie zginęła Ronnie. Nadal mówisz, że nie martwisz się tylko o siebie? 
Adrianne momentalnie pobladła na moje słowa. Musiała się podtrzymać stołu gdy kolejne słowa trafiały w nią niczym pociski.
- Nie pomyślałam o tym, że mogłam...
- Nie pomyślałaś, bo jesteś tempą suką bez serca. Miałaś w dupie nawet swoją własną siostrę. - wypluwałem z siebie zdania coraz to gorsze, coraz bardziej przesiąknięte jadem. - Nie przewidziałaś nawet tego, że Veronica będzie chciała się zabić? Gdyby nie ja i nie Calum, nie miałabyś do kogo wrócić rozumiesz? Jesteś nic nie warta, mówisz o rodzinie, ale prawdę mówiąc jesteś egoistką i nawet nie zasługujesz, żeby żyć, szkoda, że rzeczywiście wtedy nie umarłaś. - kipiałem ze złości dysząc wściekle. Dopiero gdy skończyłem i wyrzuciłem z siebie wszystko co trzymałem w środku, uświadomiłem sobie co właściwie narobiłem. Ronnie siedziała skulona na krześle. Płakała. Próbowała unikać wzroku Adrianne, która w tym momencie opadła na krzesło mrugając nadmiernie. Próbowała przetworzyć to co właśnie usłyszała, próbowała rozgryźć czy to co wykrzyczałem jest prawdą. Wzrok dziewczyny padł na zabandażowane nadgarstki młodszej z O'Connor i wtedy każdy szczegół wydawał się jej chyba pasować do siebie.
- Ver....
- Przepraszam - wyszlochała młodsza siostra, patrząc na Adrianne tak żałosnym, smutnym wzrokiem, jakiego w życiu nie widziałem. Nigdy nie dostrzegłem takiego bólu w czyichś oczach jak w jej w tym momencie.
Jedyne co zrobiła O'Connor to poderwała się z krzesła, które z hukiem opadłon a podłogę i wybiegła z kuchni. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie nieco zdezorientowani i zszokowani. Nie takiej reakcji się spodziewałem. Myślałem, że się popłacze, przytulając siostrę i zacznie ją przepraszać. A ona tak po prostu wyszła, a raczej wyleciała z tej kuchni bez słowa. Veronica siedziała przez chwilę również oszołomiona nagłym zerwaniem się siostry, po czym również wyszła z pomieszczenia, nie patrząc na żadną osobę tutaj. Interesowała ją tylko i wyłącznie Adrianne, co wkurwiało mnie najbardziej. Była w nią tak ślepo zapatrzona, że nie dostrzegała, jak bardzo ta idiotka spierdoliła jej psychikę.
Z czystej ciekawości opuściłem kuchnię, rozglądając się po salonie. Ver stała w drzwiach, prowadzących do ogrodu, wypatrując siostry, ale zaraz wróciła do środka, nadal mając łzy w oczach. Z jednej strony chciałem je otrzeć, jednak z drugiej byłem wkurwiony jej chorobliwą miłością do swojej siostry, która nie potrafiła nawet się nią porządnie zaopiekować i pozwoliła jej prawie odebrać sobie życie. Pusta suka.
- Adrianne! - Zawołała Veronica, prawdopodobnie zdzierając sobie gardło. Przyglądąłem jej się, stojąc bezczynnie w miejscu. Nie wiedziałem jak mam zareagować i co robić. Kilka osób weszło do salonu.
- Gdzie ona jest? - zapytał wiecznie martwiący się o O'Connor, Tomlinson, na co dziewczyna odpowiedziała, że nie ma jej w ogrodzie i nie wie gdzie zniknęła.
Pokręciłem głową i po chwili dołączyłem się do poszukiwań starszej z sióstr, która zapewnie zaszyła się w kącie któregoś pokoju, a teraz w nim siedzi i ryczy. Szukałem jej tylko dlatego, że nie chciałem zostać zamordowany przez resztę, bo i tak mają mi za złe to, co wykrzyczałem przedtem prosto w jej twarz. Jednak nic nie poradzę, że jej nienawidzę i mam kurwa dość z całego serca tego jak się zachowuje.


________________________________________
Hej, hej skarbeczki :*
Co tam u was? U mnie trochę się pozmieniało, zaczęłam studia co mnie kompletnie nadal przeraża. Przezywam to też za bardzo bo to jednak jest początek życia samemu, jeszcze tym gorzej, że poszłam do dużego miasta sama, bez nikogo znajomego i daleko od rodziny ;( Jest mi ciężko, ale mam nadzieję, że to jakoś będzie, musi być.
Rozdział był już napisany dawno, lecz nie miałyśmy głowy go poprawić i wstawić. Poza tym sami widzicie jak spadła wasza aktywność pod rozdziałami. Ostatni rozdział ma tylko 35 wyświetleń. Ehh.
JAK NA RAZIE NIESTETY ZAWIESZAMY NASZĄ DZIAŁALNOŚĆ. Ronnie niesety chyba straciła ochotę na prowadzenie SMR, na pisanie i też nie mogę tego ukryć trochę straciłyśmy kontakt, sama mogłabym to pociągnąć, ale niestety SMR to nie tylko ja, ale również i Weronika. Przykro mi to pisać, bo włożyłyśmy tyle serducha w ten blog. Jak a razie nie mówię kiedy wrócimy, ale mogę wam obiecać, że powrócimy, bo jak kiedyś pisałam mamza dużo pomyśłów na ciąg dalszy.
No cóż, nie będę się rozpisywać już dłużej.
KOMENTUJCIE, ROZSYŁAJCIE ZNAJOMYM I ZOSTAŃCIE Z NAMI MAM NADZIEJĘ< ŻE NIE OPUŚCICIE NAS I BĘDZIECIE NA NAS CZEAKAĆ :*

Buziaki :* A&W



CZYTASZ? POZOSTAW PO SOBIE ŚLAD

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Rozdział 58.

Perspektywa Veronici


Obudziło mnie słońce, czym się mega zdziwiłam, pierwszy raz od... Huh, sama nie wiem kiedy czułam się wypoczęta i wyspana. Przekręciłam się na bok, otwierając przy tym oczy. Dziwne. Ostatni raz spałam tu przed.. Przed tym jak próbowałam... O kuźwa. Poderwałam się nagle do pozycji siedzącej. Spojrzałam w bok, ale nikogo oprócz mnie tam nie było. Czyli to wszystko mi się śniło? Nie możliwe. Nawet nie patrząc na to, że jestem tylko w majtkach i koszulce, wybiegłam z pokoju. Najpierw wpadłam do łazienki, zastając tam dziewczynę. Wyszeptałam jej imię, ale zaraz mina mi zrzedła, ponieważ na środku pomieszczenia stała Hayden, a nie moja Addie. 
- Ver, słoneczko, wyglądasz strasznie blado, coś się stało? - zapytała zmartwiona. Przez chwilę patrzyłam na nią tępo, a w oczach zaczęły zbierać mi się łzy. To mi się tylko śniło. 
- Hej, Ronnie - widząc, że zaczynam płakać szybko do mnie podeszła. - Co się stało? 
- Ann... - zaczęłam, lecz ona mi od razu przerwała, cicho się śmiejąc. 
- Oj, głuptasku, Ann jest na dole. 
- Co? - odsunęłam się, patrząc na nią jak na głupią.
- No co, co. Jest na dole, Ann żyje i wcale ci się to nie śniło - powiedziała, jakby czytała w moich myślach. Patrzyłam się nadal na nią przez chwilę, po czym odwróciłam się uśmiechnięta z zamiarem zejścia na dół, lecz głos Hay zatrzymał mnie w miejscu. - Tylko po cichu, bo jeszcze śpi. 
- Jak to śpi? Czemu na dole? - zapytałam, lecz ona tylko się uśmiechnęła i wróciła do robienia sobie makijażu.
Aha, okey? Kompletnie zdezorientowana wyszłam z łazienki, a następnie udałam się szybkim krokiem na parter, wpadając jak burza do salonu. Na jednej z kanap ujrzałam Tomlinsona, który obejmował kogoś ramionami. Podeszłam bliżej stając nad kanapą od razu dostrzegając moją siostrzyczkę, która spała spokojnie wtulona w tors chłopaka. Odetchnęłam z wielką ulgą, bo cieszyło mnie, że to wszystko mi się nie śniło i Adrianne naprawdę tu jest. Poza tym wyglądali uroczo wtuleni w siebie na kanapie, z której Addie prawie spadała, ale Lou mocno ją trzymał. Mimowolnie na moje usta wkradł się lekki uśmiech, gdy tak na nich patrzyłam. Nie chcąc zakłócać ich snu, wycofałam się cicho z salonu i powędrowałam do kuchni, z której przyciągał jakiś ładny zapach. Mieszanka kawy i czegoś słodkiego, ale nie bardzo wiedziałam czego. Weszłam do pomieszczenia, a mój wzrok niemal od razu przykuł goły tyłek chłopaka stojącego przy kuchence.
- Calum - jęknęłam zniesmaczona, odwracając wzrok i dodatkowo zasłaniając sobie oczy dłonią. - Nie mieszkasz tu sam, mógłbyś założyć przynajmniej bokserki.
Brunet roześmiał się dźwięcznie, zerkając na mnie przez ramię i wziął łyka kawy, którą sobie zrobił.
- Jestem u siebie, no nie? - zachichotał cicho, na co parsknęłam, wywracając oczami. - Poza tym wszyscy jeszcze śpią.
- Ale idź coś ubierz, nie mam zamiaru cię oglądać w tym stanie - burknęłam i wyminęłam go, wyciągając z szafki płatki kukurydziane. - Mam ciekawsze rzeczy do oglądania niż to.
- Na przykład? - uniósł brew ze śmiechem, zerkając na mnie.
- Po prostu idź się ubierz! - odparłam zażenowana, nie wiedząc już co powiedzieć. Chłopak na moje słowa jedynie wyszedł z kuchni, a ja spokojnie mogłam zrobić sobie śniadanie. Kiedy podgrzałam siebie mleko i dosypałam do nich płatków, usiadłam zadowolona i zaczęłam jeść.
- Miło widzieć, że w końcu coś jesz i to z własnej woli - podskoczyłam przestraszona, słysząc za sobą czyiś głos. Osoba zaśmiała się na moją reakcje i już wiedziałam, że nowo przybyły to Ashton. Dlatego nawet nie fatygowałam się z odwróceniem się tylko dalej jadłam swoje śniadanie.
- Wyspałaś się? - zapytał w chwili kiedy zajął miejsce na przeciwko mnie. Spojrzałam na niego, skanując jego twarz. Szukałam w niej coś na kształt kpiny czy też sarkazmu, lecz go nie znalazłam. Zamiast tego widziałam troskę, trochę zamaskowaną, lecz ją dostrzegłam.
- Szczerze to nie pamiętam kiedy tak dobrze spałam - uśmiechnęłam się do niego, biorąc kolejną łyżkę do buzi.
- To dobrze - odwzajemnił gest, po czym wstał od stołu i nalał sobie kawy do dużego kubka. Kiedy miał już wracać z powrotem na swoje miejsce, spojrzał na mnie, pokazując jednocześnie na kubek.
- Chcesz? - W odpowiedzi tylko pokręciłam głową.
Uśmiechnął się lekko i zasiadł na krześle. On coś się dzisiaj za bardzo uśmiecha. Uderzył się w głowę czy jak? Wzruszyłam tylko ramionami i dokończyłam posiłek. Wstałam, podchodząc do blatu. Chwyciłam gąbkę, po czym zaczęłam myć miskę oraz łyżkę. Leżało też w zalewie parę innych naczyń, więc i je postanowiłam zmyć. Nuciłam sobie cicho jakąś piosenkę, poruszając przy tym biodrami. Nawet nie zwracałam uwagi, że nie jestem sama w kuchni. Nagle poczułam na sobie czyjeś dłonie. A mając na myśli 'czyjeś dłonie', miałam na myśli Ashton'a. Pisnęłam w momencie, kiedy obrócił mnie przodem do siebie.
- Wiesz, że kusisz ruszając tak tyłeczkiem, kiedy na sobie masz tylko majtki i koszulkę - zeskanował mnie swoimi zniewalającymi tęczówkami, zatrzymując się dłużej na mojej koszulce, po czym się odezwał, oblizując przy tym usta. - Myśl, że nie masz nic pod tą bokserką...
Otworzyłam szerzej oczy, a moje usta delikatnie się rozchyliły, jednak nie wypadła z nich żadna obelga w stronę blondyna. Położyłam jedynie dłonie na jego klatce, chcąc go odsunąć nieco dalej, jednak on ani drgnął.
- Naruszasz moją przestrzeń... Osobistą. - Złączyłam moje wargi z powrotem, podnosząc lekko głowę i tym samym spojrzenie, kierując je na jego jasne, roześmiane oczy.
- Nad jeziorem ci to nie przeszkadzało - zaśmiał się cicho, lustrując mnie badawczym wzrokiem, a przed oczami momentalnie pojawił mi się moment, gdy siedzieliśmy na kocu przy białej, zniszczonej altance.
- Byłam bardziej ubrana.
- I mokra. - Na jego ustach pojawił się ten chytry uśmiech, który mimo wszystko lubiłam, ale pojawiał się zawsze, kiedy Irwin miał w głowie jakieś nieczyste myśli.
- Zaraz ty będziesz mokry - parsknęłam i odwróciłam się z powrotem tyłem do niego, kontynuując mycie naczyń.
- No nie powiem, podoba mi się ten pomysł. - Pochylił się nieco bardziej i oparł brodę o moje ramię, na co westchnęłam cicho.
Niech on sobie już pójdzie, ja chcę tylko pozmywać. Miałam wrażenie, że ludzie czytają mi dzisiaj w myślach, bo do kuchni wszedł Harry w samych dresach i omiótł nas podejrzliwym wzrokiem. Irwin uniósł ręce w geście obrony i odsunął się ode mnie, po czym wrócił do picia swojej kawy. Styles zaś zabrał się za robienie śniadania. Czy nikt w tym domu nie wie co to znaczy słowo koszulka? Żaden z chłopaków chyba tego nie znał, gdyż każdy kto tu chodził z rana był właśnie bez niej! Sapnęłam głośno, po czym nawet nie zwracając uwagi na nikogo, szybko udałam się do pokoju Irwina, gdzie przez ostatnie tygodnie była moja walizka. Boże, chyba będę musiała poprosić kogoś, żeby mi ją przeniósł i może w końcu się rozpakujemy. Wpadłam do pokoju, zabierając w drodze do jego łazienki pierwsze lepsze ciuchy, które wpadły mi do rąk. Wzięłam szybki prysznic i parę minut później już stałam przed dużym lustrem, patrząc na swoje odbicie. Wyglądałam strasznie. Podkrążone oczy. Zapadnięte kości policzkowe. Szara cera. Wyglądałam jak duch i tak się wtedy czułam. Teraz jest lepiej. Będzie lepiej. Musi być. Poprawiłam rękawy koszuli, zakrywając przy tym bandaż, który nadal spoczywał na moim nadgarstku. Nawet nie miałam ochoty patrzeć na rany, które sobie zrobiłam z rozpaczy i nie chcę, by Ann o nich wiedziała. Lepiej, żeby nie wiedziała co próbowałam zrobić. Obwiniałaby się o to. A nie chcę, żeby czuła się winna. Rzuciłam ostatni raz na siebie spojrzeniem, po czym wyszłam z pomieszczenia i o mało nie upadłam, wpadając na kogoś. Wyciągnęłam rękę do przodu, w ostatniej chwili łapiąc osobę przede mną za przedramię. W innym wypadku na pewno bym miała niemiłe spotkanie z podłogą.
- Ronns, a ty co tu robisz? - spojrzałam na blondaska. Hemmo stał przede mną z wielkim bananem na ustach. Przytuliłam go delikatnie, przez co na początku się spiął, ale zaraz również objął mnie ramieniem.
- Co tam, pingwinku? Jak się dzisiaj czujesz?
- Znacznie lepiej, Luke. Wiesz, teraz jak wiem, że ona żyje i tu jest - uśmiechnęłam się ponownie na wspomnienie o siostrze.
- Teraz już wszystko się jakoś ułoży, zobaczysz - posłał mi ten jego promienny uśmiech, gładząc dłonią moje plecy. Nie potrafiłam słowami wyrazić jak wdzięczna byłam temu chłopakowi za wszystko co dla mnie zrobił. Mimo, że znaliśmy się ledwie dwa miesiące on traktował mnie prawie tak jak kiedyś Dylan. Jak młodszą siostrę, a to było jedno z najlepszych uczuć na świecie, bo wiedziałam, że mogę na nim polegać.
- Na pewno - odwzajemniłam lekko uśmiech, siląc się na niego ma tyle, ile mogłam.
- Nie jesteś głodna? - zerknął na mnie z góry badawczym wzrokiem. Wiedział doskonale, że mogłam skłamać na wiele sposobów, odpowiadając na to pytanie, bo z jedzeniem do tej pory było u mnie tragicznie. Pokręciłam lekko głową.
- Jadłam już śniadanie - odsunęłam się lekko od niego, zadzierając głowę w górę. - Pomógłbyś mi z walizką?
- Jasne, pingwinku - uśmiechnął się szerzej, więc chyba mi uwierzył, co do śniadania. Blondyn wyminął mnie i wszedł do pokoju Ashtona, by zabrać z niego moją walizkę. Wziął w rękę moja torbę, mimo iż nie była wielka i tak była ciężka, a ja pewnie nawet bym jej stąd nie wyniosła, dlatego cieszę się że wpadłam na blondaska. Kiedy mieliśmy zamiar wyjść na korytarz w drzwiach stanął właściciel pokoju. Na początku był zdziwiony, widząc nas we dwójkę u niego, lecz gdy tylko zmierzył nas wzrokiem i spostrzegł walizkę, którą niósł Hemmo od razu spojrzał na nas wściekłe. Momentalnie podszedł do blondyna, wyrywając mu z ręki moją własność.
- Ashton, co ty odwalasz? - odezwał się Luke, a ja tylko patrzyłam, nie mając pojęcia co się właściwie teraz dzieje.
- Walizka zostaje tutaj, razem z Veronicą. - warknął, odkładając, a raczej rzucając ją z powrotem tam gdzie leżała.

- Chyba sobie żartujesz! - Luke parsknął śmiechem, patrząc na niego z kpiną. Chyba się przesłyszałam, prawdę mówiąc. Jak to zostaję tutaj. Z nim?
- Stul pysk, młody. Nie ty tu decydujesz!
- To ona podejmuje decyzje gdzie będzie spała! - krzyknął niebieskooki, już kompletnie wprowadzony z równowagi.
- Będzie. Spała. Tutaj. - Ashton każde słowo zaakcentował z osobna. Znowu powrócił ten sam zimny i bezwzględny dupek Irwin.
- Nie będę tu spała, Ash - przymknęłam oczy, mówiąc to ściszonym głosem. Bałam się. A sądząc po chwilowej ciszy obaj dobrze mnie słyszeli. Uchyliwszy powiekę, spojrzałam kątem oka na chłopaków. Luke patrzył na mnie z troską i dumą, że postawiłam się Irwinowi, za to ten drugi zabijał mnie spojrzeniem.
- Zapomnij, kurwa! - wrzasnął i gdyby nie stojący obok Luke już dawno, by do mnie doskoczył.
- Co tu się dzieje, słychać was w całym domu. - Do pomieszczenia wbiegł Louis, a zaraz za nim Adrianne. Oboje byli ubrani w piżamy i można było zauważyć, że dopiero co się obudzili. Najprawdopodobniej przez nasze krzyki, a raczej tej dwójki koło mnie. Irwin zmierzył nowo przybyłych wzrokiem. Od razu było widać malującą się na jego twarzy kpinę.
- Idź się dalej zabawiaj, to nie twoja sprawa, Tommo.
- Znowu przeginasz, Irwin - ryknął zły szatyn, lecz zaraz przeniósł na mnie swoje spojrzenie, mówiące bym powiedziała co właśnie ma tu miejsce.
- Ashton chce, bym u niego spała, wpadł w szał jak zobaczył, że chciałam przenieść walizkę na górę. - wyjaśniłam, unikając spojrzenia blondyna.
- Dobre, Irwin. Zapomnij o tym. - Do rozmowy wtrąciła się Ann i już czułam, że nie skończy się to zbyt dobrze.
- Nie wtrącaj się, kurwa - wysyczał Ashton. - Idź zabawiaj się z Louisem, bo tylko puszczanie się cię obchodzi. Myślisz, że zakręcisz dupą i wszystko będzie dobrze. Cudownie? Bo wielka pani wróciła do nas łaskawie.
- Hamuj się - warknął Tommo, stając w obronie mojej siostry, lecz ta nie zamierzała odpuścić.
- Pieprz się - wysyczała, podchodząc do niego bliżej i policzkując go. Jego głowa odskoczyła lekko w bok. To trwało dosłownie moment. Irwin wyciągnął ręce, chwytając Ann za gardło. Brunetka szarpiąca się, okładająca Irwina pięściami. Luke i Louis doskakujący do nich...
Hemmo złapał Ashtona, odciągając go od mojej siostry, a Lou oplótł ją mocno w pasie uniemożliwiając jej ruchów.
- Masz ją zostawić w spokoju! Co ty od niej chcesz? Nie dość już się przez ciebie wycierpiała! - krzyczała, ciągle się szarpiąc. Była wściekła, a wściekła Ann to niebezpieczna Ann.
- Chuj cię to obchodzi!
- To moja siostra, złamasie! Obchodzi mnie bardziej niż moje życie! - krzyknęła Ann, próbując się wyrwać z objęć Tomlinsona, lecz ten trzymał ją mocno, nie pozwalając, by się rzuciła na blondyna.
- Miałaś ją w dupie! To ja się nią opiekowałem, kiedy postanowiłaś sobie zniknąć! To ja się o nią martwiłem, kiedy...
- Ashton! - krzyknęłam w końcu. Chłopak momentalnie na mnie spojrzał, a ja niewiele myśląc podeszłam do niego, szepcząc na tyle cicho, by tylko on mnie usłyszał:
- Uspokój się zanim powiesz za dużo.
Chwilę jeszcze na niego patrzyłam, po czym odwróciłam się ignorując zarówno Irwina jak i trzymającego go Hemmingsa.
Podeszłam do Adrianne i biorąc ją za rękę wyszłyśmy z pokoju.
- Dziwka - syknął pod nosem, gdy już byłyśmy na korytarzy, lecz doskonale go słyszałyśmy. Adrianne już miała się wracać, lecz usłyszeliśmy charakterystyczny odgłos uderzenia i zaraz po tym jęk Irwina.
- Mówiłem kurwa żebyś się hamował.
Nie minęła chwila, a podszedł do nas wciąż wkurzony Louis i objął Adrianne w barkach, przyciągając ją delikatnie do siebie. Moje usta rozciągnął słaby, gdy chłopak złożył czuły pocałunek na jej czole. Wyglądali naprawdę uroczo razem. Przełknęłam cicho ślinę, przymykając oczy. W mojej głowie teraz działo się tak dużo, nie potrafiłam poskładać pojedynczych zdarzeń i słów w logiczną całość. O co tak właściwie chodziło Ashtonowi? Dlaczego tak desperacko próbował mnie zatrzymać w swoim pokoju, skoro wróciła Adrianne? Ja wiem, rozumiem, że to on opiekował się mną cały ten czas, gdy Ann zniknęła i to właśnie Irwin był, można powiedzieć, moją podporą. Ale jedynie fizyczną. Wykonywał za mnie prawie wszystkie czynności, od jedzenia, przez ubieranie mnie aż po kąpiel. Robił to wszystko, bo byłam wrakiem samej siebie i nie byłam w stanie sama sobie poradzić. Z pewnością ma wyrzuty do mojej siostry o to co zrobiła i o to w jakim stanie byłam przez dwa tygodnie. Widzę, że mu zależy, ale kiedy zachowuje się w ten sposób mam ochotę jedynie uciec od niego jak najdalej. Po czym przypominam sobie momenty, w których był całkiem inny, na przykład nad jeziorem i zastanawiam się co jest z nim nie tak.
- Veronica, halo. - Ktoś machnął mi dłonią przed twarzą, przez co się lekko wzdrygnęłam. Podniosłam głowę, zwracając uwagę na zmartwionego Luke'a, który się we mnie wpatrywał.
- Chcesz herbaty? -  Kiwnęłam delikatnie głową w odpowiedzi, posyłając mu wdzięczny uśmiech. Zerknęłam na moją siostrę, która siedziała na miejscu obok mnie. Rozmawiała o czymś z Louisem. Zorientowałam się, że gadali o tej kłótni, kiedy z ust Tomlinsona wyleciało właśnie imię blondyna. Nie chciałam słuchać, jak go obrażają, chociaż mieli powody, by to robić. Bawiłam się swoimi palcami, wyginając je w różne strony.
- Na co masz ochotę?
- Nie jestem głodna, ten pajac mi odebrał apetyt - burknęła Adrianne, na co pokręciłam głową z rozbawieniem. Będzie go obrażać jeszcze przez kolejny tydzień po tej sprzeczce.
- Musisz coś zjeść - westchnął ciężko Louis, posyłając mi proszące spojrzenie, gdy Ann już zaczęła protestować.
- Zjedz coś, Addie, proszę - zerknęłam na nią skruszonym wzrokiem. Przez chwilę siostra się we mnie wpatrywała z doskonale widoczną złością, bo wiedziała, że w końcu moje spojrzenie ją złamie. Zazwyczaj tak było.
- Wystarczą kanapki.
Uśmiechnęłam się nieco szerzej na jej odpowiedź, po czym chwyciłam jej dłoń, zamykając ją w swoich. Gładziłam kciukiem wierzch jej ręki, gdy Luke postawił przede mną duży kubek, nad którym unosił się kłębek pary. Podziękowałam mu i oparłam się o ramię Ann, wtulając w nie policzek.
- Ty powinnaś coś zjeść, Ver. Chyba nie wiesz jak chuda jesteś - mruknęła niezadowolona, głaszcząc mnie po policzku.
- Już jadłam śniadanie - odparłam, przymykając oczy i wtulając polik w jej ciepłą dłoń.

Ponownie zapadła cisza, a może to ja nie rejestrowałam żadnych rozmów. Po prostu siedziałam napawając się bliskością siostry. Kiedy już wmusiła w siebie kanapki uszykowane przez Tomlinsona wstała od stołu i zabierając moją walizkę pociągnęła mnie bez słowa do naszego pokoju.

Tam postawiłyśmy ją na ziemi  postanowiłyśmy się rozpakować i trochę posprzątać, skoro zamierzamy tu zabawić jeszcze dłużej.
Podczas tych paru godzin, śmiałyśmy się, wygłupiałyśmy i śpiewałyśmy, tak jak za dawnych czasów. Szczerze mówiąc brakowało mi tego. Tej wolności, tego beztroskiego poczucia, że ona tu jest i zawsze będzie.


_________________________________________
Witajcie świnki moje kochane :*
Tak wiemy, że okropnie zwlekamy z rozdziałami, lecz nie ma zbytnio czasu, staramy się, ale sami widzicie jak to wychodzi. Ronnie była na wakacjach i nadal je ma, a ja siedzę w pacy a jak z niej wracam to jest to przed północą i jestem zmęczona, albo koło 18 ale już nic mi się nie chce i idę spać. Poza tym aktywność tu też nas nie motywuje. Wyświetlenia pod ostatnim rozdziałem aż bolą i tylko jedna kochana osóbka skomentowała rozdział. No ale cóż też pewnie nie macie czasu.
No nic to chyba pozostało mi się pożegnać i do następnego :* 
Komentujcie, rozsyłajcie, tweetujcie oraz polecajcie znajomym!
Buziaki :* A.

PS. ROZDZIAŁ NIE JEST DO KOŃCA SPRAWDZONY. I JAK DOBRZE WIDZICIE BRAKUJE NOTKI WERONIKI, NIESTETY MOJA KOCHANA RONNIE NIE MA CZASU BY TO UCZYNIC, ALE STWIERZIŁAM, ŻE NALEŻY WAM SIĘ W KOŃCU ROZDZIAŁ. GDY VER JUZ WRÓCI, POPRAWI ROZDZIAŁ I DODA NOTKĘ. CAŁUJE WAS ZA NIĄ. KOCHAMY WAS A&W




CZYTASZ? PROSZE SKOMENTUJ.
TO MEGA MOTYWUJE :*



wtorek, 20 czerwca 2017

Rozdział 57.

*Perspektywa Dylana*

 Kiedy opuściliśmy w końcu piwnicę Kate zaprowadziła mnie do łazienki, bym mógł się odświeżyć, dała mi również ubrania któregoś z chłopaków. Po tych kilku dniach miło było w końcu się wykąpać i wskoczyć w czyste ciuchy, serio. Patrząc w lustro, aż przeraziłem się na widok mojego odbicia. Nie zrobiłem tego przed kąpielą, gdyż wiedziałem, że sam zacząłbym chyba wrzeszczeć, jednak po prysznicu moja twarz wcale nie wyglądała lepiej, ale nic na to nie poradzę. Gotowy przeczesałem ponownie swoje lekko wilgotne i przydługie włosy, po czym wyszedłem z łazienki, kierując się na dół, gdzie zastałem tylko Hayden, siostry, Tomlinsona, Kate, Harry'ego oraz tego blondaska - Hemmingsa. Reszta najwidoczniej była za bardzo zmęczona natłokiem informacji i udała się do siebie. Usiadłem koło Hayden, która od razu się we mnie wtuliła. Sam przyciągnąłem ją do siebie, zmykając na moment powieki. Brakowało mi tej chwili.
- Nic cię nie boli? - Usłyszałem nagle głos po mojej prawej stronie, dlatego otwierając oczy, spojrzałem na zatroskaną Veronicę.
- Kate wcześniej zaserwowała mi silne leki, chyba nadal działają - uśmiechnąłem się lekko do niej, próbując ją jakoś do tego przekonać.
Próbowała odwzajemnić uśmiech, lecz wyszedł z niego jakiś dziwny grymas, a dziewczyna spuściła głowę. Chyba wyczuła, że wcale nie mówię prawdy, a wszystko boli mnie jakbym miał za chwilę umrzeć.
- Będzie dobrze, wyliże się z tego - dopowiedziała Hayden, zerkając na Veronicę.
Dziewczyna jedynie przytaknęła bez słowa i wtuliła się w bok swojej siostry. Wyglądała teraz tak bezbronnie. Wychudzona, przygnębiona, bez większych chęci do życia. Nigdy do tej pory nie widziałem Ronnie w takim stanie. Zawsze była zadowolona z życia, radosna, uśmiechnięta i wszędzie było jej dosłownie pełno. Brakowało mi starej dobrej Ver. Wierzę, że dojdzie do siebie po jakimś czasie. Adrianne jej pomoże, ja również bym chciał, ale sama powiedziała, że potrzebuje czasu, by sobie wszystko poukładać w głowie, więc nie będę napierał. Po prostu się odsunę i zaczekam aż młodsza siostra wróci do siebie. Jednak na pewno nie zrezygnuję z pilnowania jej i czuwania nad bezpieczeństwem tej dwójki.
Brunetka zerknęła nagle na nas nieodgadnionym wzrokiem, a między jej brwiami pojawiła się drobna zmarszczka. Zlustrowała mnie oraz Hayden uważnym wzrokiem, jeżdżąc nim od naszych stóp do głów. O co jej chodzi? Dziwnie się zachowuje.
- Wy jesteście razem?
Oh... A więc to chodziło jej po głowie przez tą ciągnącą się nieubłaganie chwilę. Westchnąłem przeciągle i spojrzałem na Hay siedzącą tuż przy mnie. Dziewczyna jedynie ledwie widocznie skinęła głową, odpowiadając tym samym na moje nieme pytanie.
- Chcieliśmy wam to powiedzieć, ale... Jakoś nie było okazji ostatnimi czasy - uśmiechnąłem się niezręcznie, pocierając palcami swój kark, po czym zlustrowałem spojrzeniem wszystkie osoby, które siedziały w salonie.
- Cooo - odezwała się nagle starsza z sióstr. - Spędziłam z wami 2 tygodnie i tego nie zauważyłam? - powiedziała oburzona, patrząc to na jedno to na drugie.
- Ups? - powiedzieliśmy w tym samym czasie z Hay.
- Ja wam dam ups. - Na początku była poważna, mordując nas spojrzeniem, ale zaraz wybuchła śmiechem. Ach, ta Ann. Uwielbiałem ją taką; uśmiechniętą, nie odpychającą nikogo, nie zamykającą się w sobie. Najcudowniejsza rzecz na świecie jej uśmiech i nie mówię tu tylko o uśmiechu na ustach. Mówię o śmiejących się oczach, w których tańczą iskierki szczęścia. W pewnym momencie spojrzała przed siebie i od razu zamilkła, odwracając szybko głowę w bok. Mój wzrok spoczął od razu w to samo miejsce, które jeszcze chwilę temu wpatrywała się Adrianne, a raczej na osobę. Louis siedział przygarbiony, a jego oczy utkwione były w jej osobie. Mogłem nawet z tej odległości zobaczyć w jego spojrzeniu ból. Cierpiał, było to widać, na pierwszy rzut oka. Widziałem to samo kiedy mnie katował. Kiedy bił za każdym razem, gdy powiedziałem coś związanego ze "śmiercią" Ann. Nie wiem co się wydarzyło pomiędzy ta dwójką, ale teraz przeze mnie się to popsuło. Zdążyłem też dowiedzieć się, że Louis wcale nie jest jej obojętny. Przez cały pobyt w tej chacie, w której ją ukrywaliśmy dużo mi opowiadała o wszystkim. O tym jak trafiły do Tomlinsona, jak Irwin je traktował, co się działo podczas tych dwóch miesięcy. Nie stroniła mi od szczegół. Wiedziała przecież, że i tak wszystkiego prędzej czy później się dowiem.
- Więc... My chyba będziemy się zbierać - westchnąłem przeciągle. - Lepiej, żebyśmy zdążyli dojechać do domu zanim nas noc zastanie - rozejrzałem się po salonie po wszystkich przygnębionych twarzach.
- Nie - pokręcił lekko głową Tomlinson. - Zostańcie na noc. Jest już i tak późno - uśmiechnął się słabo, lecz widziałem, że ten uśmiech był wymuszony. Chciał, byśmy zostali, ale nie miał siły nawet na szczery uśmiech.
- Powinniście zostać - przytaknęła Adrianne słowom chłopaka.
- Lepiej, żeby było więcej osób w razie, gdyby miało ci się coś stać - dodała ledwie słyszalnie Veronica, a jej słaby głos mnie już do końca odwiódł od powrotu do domu.
Zerknąłem na Hayden pytająco, na co brunetka niemalże od razu skinęła głową z uśmiechem, a jej ręce owinęły się wokół mojego ramienia. Uśmiechnąłem się lekko i musnąłem wargami jej czoło.
- Skoro wszystko ustalone możemy się położyć? To krzesło było dosyć niewygodne jeśli chodzi o zasypianie - wzruszyłem lekko ramionami, próbując obrócić sytuację w jakiś nieudany żart.
No cóż, rzeczywiście był nieudany, bo nikomu w tej chwili nie było do śmiechu. Nic dziwnego, Veronica ma zapewne skruszoną psychikę, a między Adrianne i chłopakiem panuje jakieś dziwne napięcie, sam nie wiem czym spowodowane.
- My też już pójdziemy do pokoju - mruknęła Ann, wstając nagle z kanapy, przez co zdezorientowana niespodziewanym ruchem siostry Ver prawie padła na kanapę. Brązowooka chwyciła dłoń młodszej z rodzeństwa, po czym obydwie żegnając się z nami, udały się schodami na piętro.
- Uhm, a my gdzie możemy się przespać? - zapytała moja dziewczyna, również wstając z kanapy.
- Możecie zająć mój pokój, chyba trafisz, Hayden - odezwał się Tomlinson, patrząc na dziewczynę.
- Tak, dzięki. - Mówiąc to, pociągnęła mnie za rękę na górę.
Kiedy dotarliśmy do pokoju Louis'a. Hayden od razu rzuciła się na łóżko i nim się obejrzałem spała sobie smacznie przytulona bo mojego boku. A ja? A ja nie mogłem znaleźć wygodnej pozycji. Przewalałem się z jednego boku na drugi. Oj, coś czuję, że tej nocy nie za wiele sobie pośpię.
Nie mam pojęcia ile tak się przekręcałem i wierciłem, ale w pewnym momencie wstałem po cichu tak, by nie budzić śpiącej dziewczyny. Zszedłem na dół z zamiarem napicia się czegoś.
Najlepiej mleka albo herbaty. Może to by mi cokolwiek dało, pomogło zasnąć, chociaż wątpię. Zwykłe mleko cudów nie czyni. Wolałbym raczej jakieś tabletki nasenne, jednak nie zamierzam grzebać im po szafkach.
Chwyciwszy się poręczy, zszedłem powoli na parter. Zmarszczyłem zdziwiony brwi, gdy zauważyłam, że z salonu bije delikatna żółta poświata. W końcu był środek nocy, kto mógł nie spać prócz mnie? Wychyliłem głowę przez drzwi, omiatając wzrokiem ciemne pomieszczenie. Na kanapie dostrzegłem śpiącego Tomlinsona... Jednak nie był sam. Kto by się tego spodziewał. Siedząca na podłodze O'Connor opierała się plecami o stolik, a jej ramiona były ciasno owinięte wokół zgiętych, przyciśniętych do piersi kolan. Wpatrywała się w śpiącego chłopaka jak w obrazek. Zapewne chciała coś do niego powiedzieć, porozmawiać z nim.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem i wycofałem się ostrożnie, by mnie nie zauważyła, po czym wszedłem do kuchni i zacząłem robić dwie herbaty w dużych kubkach. Postawiłem je delikatnie na stole, by nie narobić zbyt wiele hałasu. Zerknąłem z powrotem do salonu; nic się nie zmieniło, Adrianne nadal siedziała w bezruchu, a jej wzrok wlepiony był w Louisa. Z cichym westchnieniem pstryknąłem palcami, by zwrócić jej uwagę na swoją osobę. Niemalże od razu odwróciła głowę w stronę drzwi, patrząc na mnie wielkimi oczami, a jej oddech gwałtownie przyspieszył. Kiwnąłem głową w stronę kuchni i bez słowa wróciłem do niej, biorąc w dłonie jeden z kubków.
Nie minęła chwila, a dziewczyna pojawiła się w kuchni. Powoli usiadła na krześle naprzeciwko mnie i patrząc się tępo w kłębek pary unoszący się nad gorącą cieczą, pochwyciła naczynie w obie ręce. Na początku żadne z nas się nie odzywało. Pozwoliliśmy, by nasze myśli przejęły tę chwilę, a ja mogłem się jej przyjrzeć lepiej. Wory pod oczami były widoczne, ale nie z powodu niewyspania, martwiła się za bardzo, a podejrzewam, że teraz obwiniała się zarówno za stan Veronici jak i mój, ale to nie było jej winą. Próbowała ochronić siostrę... Co prawda, nie przemyśleliśmy tego, że młodsza z sióstr będzie chciała odebrać sobie życie, ale na szczęście żyje i jej samobójstwo, skończyło się tylko na próbie. Jestem ciekaw, czy powiedzieli jej o tym, co Ronnie próbowała zrobić, lecz myśląc nad tym dłużej, zapewne nie. Nie chcieli dokładać do ognia, już i tak wystarczająco się wycierpiały.
Wziąłem dużego łyka herbaty i dopiero wtedy podjąłem próbę rozmowy.
- Wiesz, że nie musiałaś ścinać włosów? - zapytałem cicho, tak by nikogo nie zbudzić, a zwłaszcza chłopaka, który spał na kanapie zaraz za ścianą.
Adrianne spojrzała na mnie zdezorientowana,​ tak jakby nie usłyszała pytania. Miałem zamiar już ponowić je, ale w końcu się odezwała.
- Musiałam - powiedziała twardo, po czym kontynuowała - Jeśli ktoś z gangu Parkera by mnie zauważył, istnieje większe prawdopodobieństw​o, że poznałby mnie po włosach.
- Och, to dlatego, je wyprostowałaś? - zapytałem, lecz ona tylko skinęła głową.
Westchnąłem przeciągle, nie wiedząc jaki temat jeszcze powinienem poruszyć w tej chwili, bo chciałem powiedzieć jej tak wiele.
- Wiesz, Adrianne... - Podniosłem wzrok na dziewczynę. Wpatrywała się w swój kubek, z którego wciąż unosiły się kłęby gorącej pary. Wyglądała na spokojną, a jednocześnie czymś zakłopotaną. - Chciałem z tobą porozmawiać o Louisie.
- Chyba nie ma o czym rozmawiać - rzuciła niemal od razu po moich słowach, nie pozwalając mi kontynuować. Mimo to ja i tak postanowiłem drążyć temat.
- Patrzysz na to w zły sposób, Ann. Widziałaś jak się zachowywał? Można wyczuć z kilometra patrząc na was, że wcale nie jesteście sobie obojętni. I ty o tym doskonale wiesz.
Przerwałem na chwilę, czekając na jakąś reakcję, odpowiedź z jej strony, ale się przeliczyłem.
- Nie możesz być na niego wściekła za to co mi zrobił. Uwierz, sam postąpiłbym tak samo gdyby chodziło o kogoś, na kim mi zależy. Nie rozumiesz? On cały ten czas uważał, że rozmawia z mordercą...
- Dość, Dylan - przerwała mi, łamiącym się głosem. - Wystarczy. Wiem, że nie miał pojęcia, ale to ty chyba nie rozumiesz, że on prawie cię zabił - warknęła nieco głośniej, lecz zaraz dopowiedziała o wiele ciszej. - Byłby dla mnie nikim, gdyby to zrobił. Nie ważne co ja czułabym do niego i co on do mnie. Byłby po prostu nikim. - podniosła na mnie spojrzenie zaszklonych oczu, a mnie dosłownie coś ścisnęło za serce. Poczułem ten paskudny uścisk w klatce piersiowej. Ten widok zawsze mnie bolał. - Nie chcę czuć się w taki sposób - dodała nagle.

- Ja mu wybaczyłem, w pewnym sensie. Ty też powinnaś - rzekłem cicho, łapiąc ją za dłoń, lecz dziewczyna nie zareagowała w żaden sposób, tak jakby w ogóle nie słyszała tego co do niej powiedziałem. 
- Adrianne...
- Powinieneś się już położyć - wypaliła nagle, nawet nie dając mi dokończyć. Zabrała rękę z mojego uścisku.
- Ale Ann...
- Mówię serio, Dylan - idź - powiedziała to, już nawet na mnie nie patrząc. 
Westchnąłem ciężko, ale wstałem z krzesła jak najciszej i zabierając kubek ze sobą, wyszedłem z kuchni na korytarz, ale nie poszedłem od razu do pokoju. Stanąłem i patrzyłem na salon. Czekając na to co zrobi teraz Addie. Zastanawiałem się czy wróci na podłogę i będzie całą noc siedzieć przed śpiącym Louisem czy wróci do swojej siostry. Nie musiałem długo czekać, gdyż brunetka pojawiła się w salonie. Najpierw stała chwilę patrząc na Tommo, a potem ku mojemu zdziwieniu położyła się delikatnie na kanapie wtulając się w niego. Na początku Lou obudził się przestraszony, ale widząc co się dzieje i kto przerwał mu sen uspokoił się. Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza, lecz zaraz przerwał ją szloch dziewczyny i słowa Louis'a
- Już przy tobie jestem, nie płacz, kochanie.
Potem już nie wiem co się działo, gdyż wróciłem do łóżka z myślą, że tych dwoje na prawdę ma się ku sobie. 

________________________________________________
Kochani, patrzcie co dla was mamy!
Nowy rozdział. 
Tak tak znowu miesiąc prawie no ale.. heh 
Dobra nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. 
Co sądzicie o rozdziale? Podoba się?
Mi bardzo bo Lann *,*
Za tydzień zaczynacie wakacje. Jak się z tym czujecie?
Jakieś plany? Ja to pracuję już od maja więc moje wakacje będą pracowite :D
Chciałabym jeszcze podzękować za to że jesteście, komentujecie i wg :*
No to co nie będę wam tu już zanudzać. 
Komentujcie, udostępniajcie, polecajcie :*
Do kolejnego skarbeczki :*
Buziaki :* A

Siema, ludzie! :D
Jak wam leci końcówka szkoły? Luz czy cisną was do samego końca? x3
Dobra, co do rozdziału... Ta końcówka, awwh! ❤ cudowna, prawda? #LannMoment tak bardzo
Uwielbiam tą dwójkę, wy też? *-* (ale i tak zawsze będę shippować Ashtonicę, hehe)
W każdym razie zbliżamy się powoli do 50k wyświetleń i pomyślałyśmy nad jakimś specialem dla was. Czego oczekujecie, co chcielibyście zobaczyć na tym blogu? ^^ 
Dobra, uciekam, nikt nie lubi notek na 20 linijek, hahah.
Do następnego, kochani!
Całusy :* W. 

Jeśli czytasz, zostaw komentarz :*

środa, 31 maja 2017

Rozdział 56.

*Perspektywa Adrianne*

- Loueh, musimy zejść do reszty - wyszeptałam, podpierając się na łokciu koło niego. Ten tylko westchnął, całując mnie leniwie i wstając z łóżka, nałożył na siebie wymięty t-shirt.
- Skoro musimy, to zapraszam - ukłonił się, otwierając przede mną na oścież drzwi. Zachichotałam na ten gest i wyszłam z pokoju. Zaczekałam, aż chłopak zamknie drzwi i podając mu swoją rękę, zeszliśmy po schodach. Gdy weszliśmy powoli do salonu, wszyscy już tam na nas czekali. Dosłownie wszyscy, bo nawet i Caleb z Hannah znajdowali się w domu. Kiedy ich spojrzenia skierowały się na mnie, wszyscy rozszerzyli swoje oczy jak i usta w zdziwieniu.
- O mój Boże - wyszeptała Rose, opadając na kanapy podobnie jak Hannah. Reakcja każdego z osobna na pojawienie się mojej osoby była inna. Luke śmiał się przez łzy (nie był zaskoczony teraz, ale gdy zawołała go Kate, upadł aż na kolana i zaczął wzywać Boga, przepraszając go za wszystkie rozwalone przez niego auta), Calum, Mike i Caroline stali wmurowani, nie wiedząc co począć. Kate, płacząc wtuliła się w Harrego, który zachowywał spokój, ale było widać w jego oczach niepewność. Niall wraz z Liamem rozejrzeli się po pokoju, krzycząc, że to nie jest śmieszne i jeśli to jakaś ukryta kamera to niech lepiej przestaną. Irwin jak zawsze się nie odezwał i prawie nie wzruszony patrzył na moją siostrzyczkę z troską, ciągle śledząc jej poczynania, lecz Veronica patrzyła się na mnie z szerokim uśmiechem, malującym się na jej bladej, szczupłej twarzy. Jedyną osobą, która zrobiła pierwszy krok ku mnie był Caleb; podbiegł do mnie i zamykając mnie w szczelnym uścisku, podniósł do góry.
- Ty żyjesz - szepnął mi na ucho. Zachichotałam przez łzy i wtuliłam się w niego mocno, zamykając przy tym oczy. Dopiero po jakimś czasie poczułam jak inni do nas dołączyli, przytulając mnie i Cala. Byłam naprawdę szczęśliwa w tym momencie, widząc ich wszystkich. Czułam się tak... Jak w domu. Wreszcie chciana gdziekolwiek, bez wrażenia - które towarzyszyło mi bez przerwy od długiego czasu - że jestem tu bo muszę. Odczuwałam prawie to co reszta z nich na co dzień; jestem w rodzinie. Jednak prawie robi wielką różnicę, bo nie mogę porównać tego co przeżyłam tutaj w ciągu tego krótkiego okresu w moim życiu do tego, co oni wszyscy przeszli przez prawdopodobnie całe lata. Mimo wszystko i tak ta chwilowa sytuacja, ten grupowy uścisk sprawił, że kolejna fala łez napłynęła mi do oczu. Oni naprawdę byli zadowoleni z mojego powrotu, a przecież jeszcze dwa miesiące temu nie wiedziałam o ich istnieniu. Z wzajemnością właściwie.
Po kilku długich minutach wszyscy zajęliśmy miejsca na kanapach, jednak niektórzy - wciąż bardzo poruszeni tym, co się stało - stali z nerwowymi minami, wpatrując się we mnie uważnie z wyczekiwaniem.
- Nie wiem od czego mam zacząć... - westchnęłam ciężko.
- Najlepiej od początku - rzucił jeden z chłopaków. Wydaje mi się, że Harry. A może Liam? Sama nie wiem, dosyć dawno nie słyszałam ich głosów.
- Od początku? - szepnęłam do siebie. - Pamiętacie jak dzień przed tą akcją pojechaliśmy do magazynów, żebyście omówili cały plan? Cóż wtedy też siedziałam w naszej części i pojawił się Dylan. Na początku chciałam go dosłownie zabić, ale szybko odwiódł mnie od tego. Dylan wiedział o zamiarach Seana. Wiedział o wszystkim. Omówiliśmy wtedy plan. Sporządziłam substancję, która wstrzymuje prace serca na kilka minut. W końcu chemia się na coś przydała - zaśmiałam się na co Veronica mi zawtórowała. - Dostałam też od niego kamizelkę kuloodporną. Plan był prosty. Zakładam kamizelkę, biorę kapsułkę z substancją do buzi i rozgryzam kiedy Dylan do mnie strzeli....
- Ale przecież O'Brien oddał dwa strzały - przerwał mi nagle Caleb. Spojrzałam na niego z lekkim grymasem, po czym zdjęłam bluzę zostając w samej czarnej bokserce.
- To prawda - przytaknęłam - pierwszy strzał był w kamizelkę w serce, a drugi w rękę - wskazałam na zszycie na lewym ramieniu, krzywiąc się przy tym. Nie powiem, bo bolało cholernie, ale cóż na to poradzę. Wszyscy na ten widok wciągnęli ze świstem powietrze.
- Zajebię go - Louis już wstał, jednak skutecznie go powstrzymałam.
- Spokojnie rycerzu, to był mój pomysł, żeby wyglądało wiarygodniej, Dylan próbował mnie od tego odwieść, ale..
- ...ale jesteś za bardzo uparta - dokończyła za mnie Ronnie. Uśmiechnęłam się do niej. Tak dobrze mnie znała. Powróciłam wzrokiem na resztę i znowu miałam zacząć mówić, ale Mike nagle wstał, wyrzucając ręce w powietrze.
- Dlaczego nam nie powiedziałaś? Inaczej byśmy to rozegrali!
- Stul pysk i pozwól jej dokończyć. - Tommo podniósł rękę, by uciszyć czerwonowłosego. Ścisnęłam delikatnie jego dłoń, niemo dziękując mu za to. Dopiero gdy odwzajemnił uścisk podniosłam wzrok na resztę i zaczęłam mówić.
- Nie byłoby to wtedy tak realne, gdybyście wiedzieli o tym od początku. Tak to uwierzyli w to. Nie mają żadnych podejrzeń - przerwałam, czekając na jakąś reakcję z ich strony.
- Ma rację. Gdybyśmy byli wtajemniczeni, od razu by wiedzieli, że to fałsz. Zwłaszcza, że mieliśmy podsłuch. - Jako pierwsza odezwała się Caroline.
- Dokładnie - westchnęłam ciężko, po czym kontynuowałam swoją wypowiedz. - Wszystko było zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. Tylko nasza trójka o tym wiedziała. Hayden czekała na nas w lesie w samochodzie - mówiłam spokojnie, tłumacząc kolejne szczegóły, lecz Tomlinson nagle się wyprostował jak poparzony.
- Hayden? Ona była w to zamieszana? - parsknął, zaciskając znacznie mocniej dłoń na mojej. Wyrwałam ją z uścisku, widząc, że Louis jest (nie mam pojęcia dlaczego) zły, a raczej wkurzony i zaraz zmiażdżyłby mi rękę.
- Tak. Hayden przyjechała tutaj nie bez powodu - wyjaśniłam z cichym westchnieniem. - Mówiła, że wyłączy kamery lub system zabezpieczeń i sprawdzi czy dostaliście moją wiadomość... A także czy wykryliście wszystkie pluskwy, bym mogła spokojnie wrócić.
Lou przymknął oczy, chowając twarz w dłoniach, jak ja przed momentem. Obydwoje nie radziliśmy sobie z tą sytuacją. Ale co w tym dziwnego? Takie rzeczy nie zdarzają się zwyczajnym ludziom, takim jak ja i moja siostra. Chociaż, biorąc pod uwagę to, czego dowiedziałyśmy się o naszym ojcu, nie można stwierdzić, że nasze życie jest tak całkiem zwyczajne. Przynajmniej już nie.
- Gdzie byłaś przez te trzy tygodnie? - zapytał siedzący naprzeciwko mnie Luke, który był ewidentnie zaciekawiony całą zaistniałą sytuacją.
- W jakiejś niewielkiej chatce, sama nie wiem w jakiej miejscowości. Miejsce z dala od dosłownie wszystkiego. Praktycznie z niej nie wychodziłam, drzwi były zabarykadowane, a okna przyciemniane - pokręciłam lekko głową. - Nikt w końcu nie mógł się dowiedzieć, że żyję. Ale Dylan i Hayden o mnie dbali jak mogli.
Veronica siedząca po prawej oparła policzek o moje ramię, wtulając się we mnie z przygnębionym wzrokiem. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco i pogłaskałam ją delikatnie po nieco przetłuszczonych włosach. Swoją drogą, nie wiem co tu się działo podczas mojej nieobecności, ale moja siostra wygląda jak siedem nieszczęść i przysięgam, że jeśli Irwin bądź ktokolwiek inny ją skrzywdził, odpowie za to. Nie żal mi złamać jeszcze jednej ręki jeśli chodzi o nią i jej bezpieczeństwo.

- W każdym razie, wszyscy cieszymy się, że do nas wróciłaś. - Jak zawsze radosna Kathrin posłała mi uśmiech, zerkając na resztę, a wszyscy jej zgodnie przytakiwali.
- Bez ciebie było nudno, prawda Irwin? - zaśmiał się Harry, patrząc na Ashtona, który parsknął cichym śmiechem, wywracając przy tym oczami.
- Ograniczcie te czułości, bo mi się łezka w oku zakręci - dogryzł jak zawsze złośliwy blondyn.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem na ich zachowanie. Mimo wszystko... Są w porządku, naprawdę w porządku. Objęłam szatynkę ramieniem, tuląc ją mocno. Nie minęła chwila, a jej chudziutkie ramię owinęło się wokół mnie. Boże, ona naprawdę przerażająco schudła. To okropne. Muszę o nią zadbać, bo widzę, że kędzierzawemu to ewidentnie nie wychodziło do tej pory. 

- Jak twoja ręka? - zapytała się nagle szeptem moja siostra. Splotłam z nią dłonie i unosząc na wysokości naszych oczu ścisnęłam delikatnie jej rękę.
- W porządku. Dwa dni temu zdjęli mi gips, ale mam jakiś niedowład. Nie widział tego żaden lekarz i wątpię, że zobaczy, ale czasami nie mogę zacisnąć w pięść dłoni - skończyłam, lecz widząc wyraz twarzy Ronnie szybko dodałam: - zdarzyło się to jak na razie raz, więc może będzie dobrze. 
Uśmiechnęłam się, co dosyć niepewnie odwzajemniła. 
- Może wszystko wróci w końcu do normy - odezwał się nagle Calum, patrząc na Veronicę. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc co ma na myśli. 
- O co ci konkretnie chodzi? - zapytałam niepewnie, bojąc się usłyszeć to co ma mi do powiedzenia. Chłopak wziął głęboki wdech po czy zaczął mówić.
- Po tym jak Ronnie się... - nie dokończył, gdyż Rose walnęła go w żebra, przez co zamilkł.
- Ronnie co? - spojrzałam na ich dwójkę zdezorientowana, oczekując odpowiedzi.
Dziewczyna westchnęła ciężko i kontynuowała za niego:
- Nie chcieliśmy ci o tym mówić, ale skoro już zaczął... - mruknęła, niemalże zabijając swojego chłopaka wzrokiem. - Ronnie zamknęła się w sobie po tym, jak odeszłaś. Z nikim nie rozmawiała, nie kontaktowała zupełnie, nie chciała też i jeść. Bardzo, ale to bardzo się odcięła od otaczającego ją świata - dokończyła, już patrząc na mnie, a ja... mnie zamurowało. To dlatego tak schudła, dlatego wygląda tak blado. Moja biedna Veronica. Przytuliłam ją mocniej do siebie. Nie pozwolę na to, by kolejny raz to się stało, nie tym razem.
 Oparłam policzek o jej głowę, jeżdżąc dłonią po jej ramieniu. Większość z nich nadal wpatrywała się we mnie, a niektórzy po prostu zerkali na siebie nawzajem lub siedzieli w bezruchu ze spojrzeniem wbitym w podłogę bądź własne dłonie. Nieco się wzdrygnęłam, gdy całkowitą ciszę przerwał dźwięk trzaskających drzwi wejściowych. Nie minęła chwila, a do salonu weszła Hayden.
- Hej, wybaczcie za spóźnienie, ten samochód jest coraz gorszy - rzuciła praktycznie obojętnym tonem, poprawiając rękawy skórzanej kurtki, którą miała na sobie.
Uniosłam nieco brwi ze śmiechem. Nie miałam pojęcia, że Carte również tu będzie.
- Co ty tu robisz, Hayden? - zapytał jakby niczego nieświadomy Caleb, zerkając na dziewczynę, która właśnie podeszła do reszty.
- No cóż, chyba też powinnam w tym uczestniczyć, skoro pomogłam to zaplanować - wzruszyła ramionami ze śmiechem, zerkając kolejno na ich wszystkich. - Więc Ann już wam wyjaśniła co się działo przez ten czas?
Większość z nich w odpowiedzi skinęła głowami.
- A nie przyjechałaś z Dylanem? - zerknęłam za nią, by upewnić się czy aby na pewno brunet nie jest z nią.
Carte spojrzała na mnie ze skonsternowaniem wypisanym na twarzy. Uhm, powiedziałam coś nie tak czy...?
- To ty nie wiesz?
- Nie wiem czego? - zmarszczyłam brwi, nie wiedząc kompletnie o co chodzi. Czy jednak Sean się dowiedział i zabił Dylana? No ale wtedy Hayden by płakała, a ona tryska energią. Więc o co może jej chodzić? Hayden niepewnie spojrzała po wszystkich, a na koniec wbiła wzrok w Louisa. Poczułam od razu jak jego mięśnie się spinają. Złapałam go za dłoń i lekko ścisnęłam, lecz nadal patrzyłam się na dziewczynę przede mną wyczekując odpowiedzi.
- Chyba nie ja powinnam ci to powiedzieć - syknęła chyba nieświadoma, iż to robi.
- Okey - przeciągnęłam znacznie samogłoski, rozglądając się po pomieszczeniu. - Więc kto będzie łaskaw mi to powiedzieć?
Zapadła kompletna cisza. Och, tego się nie spodziewałam. Co zrobili? Mam szykować się na najgorsze?
- Lou? - spojrzałam na niego, lecz ten spuścił wzrok.
- No właśnie, Lou - Hayden również na niego patrzyła, lecz ona robiła to z doskonale widoczną kpiną.
Tommo westchnął tylko i podniósł się z kanapy, a za nim uczyniła to reszta familii włącznie ze mną. Skierowaliśmy nasze kroki ku piwnicy, w której szczerze mówiąc wcześniej nigdy nie byłam. Szłam ostatnia dlatego też dopiero gdy wszyscy weszli do pomieszczenia, rozchodząc się po nim, zobaczyłam coś co nawet mi się w głowie nie mieściło. Na samym środku pokoju stało krzesło, a na nim brunet w przesiąkniętym krwią, rozerwanym ubraniu. Jego ręce i nogi pokrywały siniaki oraz plastry, co równało się z ranami. Najgorzej chyba wyglądała jego twarz oraz dłoń, na której spoczywał czerwony od krwi bandaż
- Mój Boże - szepnęłam, ciągle stojąc zszokowana tym widokiem.
- Zanim zaczniesz krzyczeć wiedz, że... - Zacisnęłam pięść, patrząc morderczo na Caleba.
Przetarł twarz dłońmi, wzdychając ciężko, lecz już nie dokończył tego co zaczął mówić, zaś za niego przemówił Harry, który do tej pory milczał.
- Nie mieliśmy pojęcia, że żyjesz, jasne? Myśleliśmy, że naprawdę zrobił to, co zrobił i...
- I to wam dało prawo do tego, żeby tak go potraktować?! - krzyknęłam, tracąc już cierpliwość do nich oraz ich durnych tłumaczeń, wbijając wkurzony wzrok w Stylesa. Ten pod wpływem mojego spojrzenia spuścił głowę, nie chcąc być ofiarą mojego morderczego spojrzenia.
- Ann... - zaczęła Kate, ale jej przerwałam.
- Co Ann, do cholery jasnej?
- Przecież go nie zabiliśmy - odezwał się nagle ktoś, lecz nie zarejestrowałam kto. 
- Jesteście śmieszni. Powinnam wam za to dziękować? - spytałam z kpiną. Nikt już się nie odezwał. - Tak myślałam - prychnęłam, patrząc na wszystkich wręcz z odrazą.
- Kto to zrobił? - zapytałam, jednak jak zawsze odpowiedziała mi cisza. Co z tymi ludźmi jest nie tak. Tacy groźni i języka w gębach nagle zapomnieli? - KTO. TO. ZROBIŁ.
- Adrianne - zaczął Louis, lecz jemu również nie pozwoliłam dokończyć swojej wypowiedzi.
- Odpowiedz na głupie pytanie. Czy tak trudno to zrobić? - Patrzyłam na niego, ciągle wyczekując odpowiedzi, ale ona nie nadchodziła. Louis natomiast stał, nie wiedząc co zrobić, był spięty i zdenerwowany, to było pewnie. - Louis... - ponagliłam go. Dopiero wtedy zrobił krok w moją stronę, wypowiadając moje imię z bólem, a ja od razu domyśliłam się o co chodzi.
- Jak mogłeś! - krzyknęłam, robiąc krok w tył.
- Ann, ja nie chciałem.. - zaczął, podchodząc do mnie z zamiarem dotknięcia mnie, lecz ja odepchnęłam jego rękę, ponownie się cofając.
- Nie dotykaj mnie! - ryknęłam, co spowodowało, że chłopak stanął w miejscu z zawieszoną ręką w powietrzu. Na jego twarzy malował się smutek i cierpienie, ale jakoś mało mnie to w tym momencie obchodziło. Żałował czy nie, to nie zmieniało faktu, iż to uczynił, dlatego też nie zwracając na nikogo, a zwłaszcza na niego uwagi podeszłam do Dylana. Najpierw odwiązałam jego ręce, a potem nogi. Nie odzywał się ani słowem podczas gdy to robiłam, czułam tylko jego spojrzenie na sobie tak jak i na innych. 
- Ann, spójrz na mnie - szepnął mój zmasakrowany przyjaciel. Podniosłam głowę, patrząc na niego. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego iż płaczę, dopiero gdy Dylan otarł moje policzki uzmysłowiłam to sobie. Klęczałam przed nim, zalewając się łzami. To moja wina, gdybym nie wypaliła z tym pomysłem to nic by się nie stało. Nie musiałby tak cierpieć.
- Przepraszam - szepnęłam do niego. - Tak bardzo cię przepraszam, Dylan - wyszlochałam, spuszczając głowę i przymknęłam powieki. Próbowałam zatrzymać łzy, jednak one wciąż nieubłaganie i uparcie spływały po moich zaczerwienionych policzkach. - Nie wiedziałam, że to tak się skończy. Wiesz, że nie pozwoliłabym na to nigdy w życiu. - Położyłam dłoń na kolanie chłopaka ze spazmatycznym westchnieniem, które wyrwało się z moich ust. Zacisnęłam lekko palce na jego nodze, po czym podniosłam z powrotem rozmazany wzrok wyrażający jedynie skruchę i żal. Nie wiedziałam co mam zrobić. Było mi tak cholernie źle z tym co się stało.
- Wiem to doskonale, Ann. Nie obwiniaj się, wyjdę z tego. - Na jego pokiereszowanej twarzy pojawił się nikły, pokrzepiający uśmiech, który miał być zapewnieniem jego słów i pewnego rodzaju obietnicą.
Oparłam czoło o kolano bruneta, a jego dłoń po krótkiej chwili znalazła się na mojej głowie, głaszcząc mnie po włosach, bym mogła się stopniowo i powoli uspokajać. Nie wiem ile tak trwaliśmy. Kilka minut, a może pół godziny? Kompletnie zapomniałam, że w ogóle mamy towarzystwo. Dopiero gdy poczułam kolejną dłoń na moich plecach podskoczyłam, uświadamiając to sobie. Podniosłam lekko głowę, patrząc na moją siostrę, która klękała koło mnie.
- Pierwszą osobą, której należą się przeprosiny jest Veronica - odezwał się Dylan przerywając ciszę, co chwila zakłócaną przez mój szloch.
Zmarszczyłam brwi i zerknęłam na niego, przecierając zaszklone oczy wierzchem dłoni.
- Racja, przeżyła tu najwięcej złego...
- To też, Adrianne. Jednak chodzi mi o to, co mówiłem. - Dylan podniósł głowę, patrząc pewnym, jednak przepraszającym spojrzeniem na Veronicę. Ten wzrok był u chłopaka naprawdę częsty... Pokazywał jak zdeterminowany jest Dylan, a jednocześnie wyrażał tak jakby szacunek. Sama nie wiem, ale jego spojrzenie było naprawę wymowne, nie musiał dodawać żadnych słów.
- Pamiętam doskonale każde słowo, które wypowiedziałem wtedy do ciebie, Ver. Wiem, że zraniło cię to dogłębnie i nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo tego żałuję.
- Wyglądałeś na pewnego swoich słów - wyszeptała cicho moja siostrzyczka, zaciskając palce na swoich ramionach. Robiła to zawsze, gdy się bała lub czymś stresowała.
O'Brien pokręcił delikatnie głową.

- Przepraszam cię, Veronica. Jestem świadom, że w tamtej chwili wbiłem ci nóż w plecy, ale musiałem mówić takie paskudne rzeczy, byście uwierzyli, że jestem gnojem bez serca i nie żałuję tego, że zabiłem Adrianne. Ale znamy się tyle lat, Ver... Proszę, nie skreślaj tego wszystkiego co mamy na straty. Nie po tym, co już z waszą dwójką przeszedłem. Wciąż jesteś dla mnie jak siostra. - Na samym końcu jego głos się załamał, a spojrzenie powędrowało na podłogę. - Obie jesteście - dodał po chwili. Uśmiechnęłam się słabo, patrząc na nich. Kochałam ich całym sercem i wiedziałam, że są moją rodziną.

- Wybaczam ci Dylan, wybaczyłam chyba nawet już dawno, lecz musisz mi... - przerwała, sięgając po jego rękę, tą na której nie spoczywał bandaż. - musisz dać mi czas, bym mogła to wszystko sobie poukładać w głowie.
- Będę czekał tyle ile będzie trzeba.


_____________________________________________

Witamy, witamy.
Oto kolejny rozdział. Jak wam się podoba. Ann wyjawiła co się naprawdę stało i kto jej w tym pomagał. Zdziwieni troszkę?
Dziękujemy z całego serduszka wszystkim osóbkom, które z nami są, czytają i komentują. Dajecie dużo motywacji. Wiem, że rozdział pojawił się miesiąc później, ale sami rozumiecie. 16 maja miałam ostatni egzamin. No i wakacje! Znaczy teraz do pracy, no ale wolę pracować niż chodzić i się użerać w szkole xD
Co do następnego, nie mamy pojęcia kiedy się pojawi, będę cisnąć zarówno siebie jak i Ronnie, żeby pojawił się on tak za 2 tygodnie, ale niczego nie obiecuję.
No dobrze, więc komentujcie, podawajcie dalej, polecajcie swoim znajomym :*
Kocham :* A.

No siemanko, kochani ^^
Mój Boże, kocham całym sercem tą ostatnią scenę, Dyl i siostry, awwwh! *,*
Ogólnie rozdział wyszedł w miarę długi, tylko szkoda, że aż tyle musieliście na niego czekać. Przepraszamy za to serdecznie. Ale hej! Wakacje tuż, tuż, jeszcze tylko kilkanaście dni szkoły i dwa słodkie miesiące bez męczarni. Ahh, nie mogę się doczekać.
A wam jak mijają ostatnie dni szkolne? Zawaleni nauką i poprawkami czy luzik? (Jeśli ta druga opcja to zazdroszczę jak nie wiem, haha).
No to... Dziękujemy, że wciąż z nami jesteście i przypominamy, że możecie nam wysyłać fan-arty, tweetować z hashtagiem #ShowMeRealityFF no a przede wszystkim komentować i głosować w ankiecie na waszego ulubionego bohatera! ^^ Co do ankiety, nie jestem w stanie już niestety dodać do niej Hayden czy Seana, bo musiałabym usunąć aktualną i zrobić nową ankietę ;c