wtorek, 20 czerwca 2017

Rozdział 57.

*Perspektywa Dylana*

 Kiedy opuściliśmy w końcu piwnicę Kate zaprowadziła mnie do łazienki, bym mógł się odświeżyć, dała mi również ubrania któregoś z chłopaków. Po tych kilku dniach miło było w końcu się wykąpać i wskoczyć w czyste ciuchy, serio. Patrząc w lustro, aż przeraziłem się na widok mojego odbicia. Nie zrobiłem tego przed kąpielą, gdyż wiedziałem, że sam zacząłbym chyba wrzeszczeć, jednak po prysznicu moja twarz wcale nie wyglądała lepiej, ale nic na to nie poradzę. Gotowy przeczesałem ponownie swoje lekko wilgotne i przydługie włosy, po czym wyszedłem z łazienki, kierując się na dół, gdzie zastałem tylko Hayden, siostry, Tomlinsona, Kate, Harry'ego oraz tego blondaska - Hemmingsa. Reszta najwidoczniej była za bardzo zmęczona natłokiem informacji i udała się do siebie. Usiadłem koło Hayden, która od razu się we mnie wtuliła. Sam przyciągnąłem ją do siebie, zmykając na moment powieki. Brakowało mi tej chwili.
- Nic cię nie boli? - Usłyszałem nagle głos po mojej prawej stronie, dlatego otwierając oczy, spojrzałem na zatroskaną Veronicę.
- Kate wcześniej zaserwowała mi silne leki, chyba nadal działają - uśmiechnąłem się lekko do niej, próbując ją jakoś do tego przekonać.
Próbowała odwzajemnić uśmiech, lecz wyszedł z niego jakiś dziwny grymas, a dziewczyna spuściła głowę. Chyba wyczuła, że wcale nie mówię prawdy, a wszystko boli mnie jakbym miał za chwilę umrzeć.
- Będzie dobrze, wyliże się z tego - dopowiedziała Hayden, zerkając na Veronicę.
Dziewczyna jedynie przytaknęła bez słowa i wtuliła się w bok swojej siostry. Wyglądała teraz tak bezbronnie. Wychudzona, przygnębiona, bez większych chęci do życia. Nigdy do tej pory nie widziałem Ronnie w takim stanie. Zawsze była zadowolona z życia, radosna, uśmiechnięta i wszędzie było jej dosłownie pełno. Brakowało mi starej dobrej Ver. Wierzę, że dojdzie do siebie po jakimś czasie. Adrianne jej pomoże, ja również bym chciał, ale sama powiedziała, że potrzebuje czasu, by sobie wszystko poukładać w głowie, więc nie będę napierał. Po prostu się odsunę i zaczekam aż młodsza siostra wróci do siebie. Jednak na pewno nie zrezygnuję z pilnowania jej i czuwania nad bezpieczeństwem tej dwójki.
Brunetka zerknęła nagle na nas nieodgadnionym wzrokiem, a między jej brwiami pojawiła się drobna zmarszczka. Zlustrowała mnie oraz Hayden uważnym wzrokiem, jeżdżąc nim od naszych stóp do głów. O co jej chodzi? Dziwnie się zachowuje.
- Wy jesteście razem?
Oh... A więc to chodziło jej po głowie przez tą ciągnącą się nieubłaganie chwilę. Westchnąłem przeciągle i spojrzałem na Hay siedzącą tuż przy mnie. Dziewczyna jedynie ledwie widocznie skinęła głową, odpowiadając tym samym na moje nieme pytanie.
- Chcieliśmy wam to powiedzieć, ale... Jakoś nie było okazji ostatnimi czasy - uśmiechnąłem się niezręcznie, pocierając palcami swój kark, po czym zlustrowałem spojrzeniem wszystkie osoby, które siedziały w salonie.
- Cooo - odezwała się nagle starsza z sióstr. - Spędziłam z wami 2 tygodnie i tego nie zauważyłam? - powiedziała oburzona, patrząc to na jedno to na drugie.
- Ups? - powiedzieliśmy w tym samym czasie z Hay.
- Ja wam dam ups. - Na początku była poważna, mordując nas spojrzeniem, ale zaraz wybuchła śmiechem. Ach, ta Ann. Uwielbiałem ją taką; uśmiechniętą, nie odpychającą nikogo, nie zamykającą się w sobie. Najcudowniejsza rzecz na świecie jej uśmiech i nie mówię tu tylko o uśmiechu na ustach. Mówię o śmiejących się oczach, w których tańczą iskierki szczęścia. W pewnym momencie spojrzała przed siebie i od razu zamilkła, odwracając szybko głowę w bok. Mój wzrok spoczął od razu w to samo miejsce, które jeszcze chwilę temu wpatrywała się Adrianne, a raczej na osobę. Louis siedział przygarbiony, a jego oczy utkwione były w jej osobie. Mogłem nawet z tej odległości zobaczyć w jego spojrzeniu ból. Cierpiał, było to widać, na pierwszy rzut oka. Widziałem to samo kiedy mnie katował. Kiedy bił za każdym razem, gdy powiedziałem coś związanego ze "śmiercią" Ann. Nie wiem co się wydarzyło pomiędzy ta dwójką, ale teraz przeze mnie się to popsuło. Zdążyłem też dowiedzieć się, że Louis wcale nie jest jej obojętny. Przez cały pobyt w tej chacie, w której ją ukrywaliśmy dużo mi opowiadała o wszystkim. O tym jak trafiły do Tomlinsona, jak Irwin je traktował, co się działo podczas tych dwóch miesięcy. Nie stroniła mi od szczegół. Wiedziała przecież, że i tak wszystkiego prędzej czy później się dowiem.
- Więc... My chyba będziemy się zbierać - westchnąłem przeciągle. - Lepiej, żebyśmy zdążyli dojechać do domu zanim nas noc zastanie - rozejrzałem się po salonie po wszystkich przygnębionych twarzach.
- Nie - pokręcił lekko głową Tomlinson. - Zostańcie na noc. Jest już i tak późno - uśmiechnął się słabo, lecz widziałem, że ten uśmiech był wymuszony. Chciał, byśmy zostali, ale nie miał siły nawet na szczery uśmiech.
- Powinniście zostać - przytaknęła Adrianne słowom chłopaka.
- Lepiej, żeby było więcej osób w razie, gdyby miało ci się coś stać - dodała ledwie słyszalnie Veronica, a jej słaby głos mnie już do końca odwiódł od powrotu do domu.
Zerknąłem na Hayden pytająco, na co brunetka niemalże od razu skinęła głową z uśmiechem, a jej ręce owinęły się wokół mojego ramienia. Uśmiechnąłem się lekko i musnąłem wargami jej czoło.
- Skoro wszystko ustalone możemy się położyć? To krzesło było dosyć niewygodne jeśli chodzi o zasypianie - wzruszyłem lekko ramionami, próbując obrócić sytuację w jakiś nieudany żart.
No cóż, rzeczywiście był nieudany, bo nikomu w tej chwili nie było do śmiechu. Nic dziwnego, Veronica ma zapewne skruszoną psychikę, a między Adrianne i chłopakiem panuje jakieś dziwne napięcie, sam nie wiem czym spowodowane.
- My też już pójdziemy do pokoju - mruknęła Ann, wstając nagle z kanapy, przez co zdezorientowana niespodziewanym ruchem siostry Ver prawie padła na kanapę. Brązowooka chwyciła dłoń młodszej z rodzeństwa, po czym obydwie żegnając się z nami, udały się schodami na piętro.
- Uhm, a my gdzie możemy się przespać? - zapytała moja dziewczyna, również wstając z kanapy.
- Możecie zająć mój pokój, chyba trafisz, Hayden - odezwał się Tomlinson, patrząc na dziewczynę.
- Tak, dzięki. - Mówiąc to, pociągnęła mnie za rękę na górę.
Kiedy dotarliśmy do pokoju Louis'a. Hayden od razu rzuciła się na łóżko i nim się obejrzałem spała sobie smacznie przytulona bo mojego boku. A ja? A ja nie mogłem znaleźć wygodnej pozycji. Przewalałem się z jednego boku na drugi. Oj, coś czuję, że tej nocy nie za wiele sobie pośpię.
Nie mam pojęcia ile tak się przekręcałem i wierciłem, ale w pewnym momencie wstałem po cichu tak, by nie budzić śpiącej dziewczyny. Zszedłem na dół z zamiarem napicia się czegoś.
Najlepiej mleka albo herbaty. Może to by mi cokolwiek dało, pomogło zasnąć, chociaż wątpię. Zwykłe mleko cudów nie czyni. Wolałbym raczej jakieś tabletki nasenne, jednak nie zamierzam grzebać im po szafkach.
Chwyciwszy się poręczy, zszedłem powoli na parter. Zmarszczyłem zdziwiony brwi, gdy zauważyłam, że z salonu bije delikatna żółta poświata. W końcu był środek nocy, kto mógł nie spać prócz mnie? Wychyliłem głowę przez drzwi, omiatając wzrokiem ciemne pomieszczenie. Na kanapie dostrzegłem śpiącego Tomlinsona... Jednak nie był sam. Kto by się tego spodziewał. Siedząca na podłodze O'Connor opierała się plecami o stolik, a jej ramiona były ciasno owinięte wokół zgiętych, przyciśniętych do piersi kolan. Wpatrywała się w śpiącego chłopaka jak w obrazek. Zapewne chciała coś do niego powiedzieć, porozmawiać z nim.
Pokręciłem głową z niedowierzaniem i wycofałem się ostrożnie, by mnie nie zauważyła, po czym wszedłem do kuchni i zacząłem robić dwie herbaty w dużych kubkach. Postawiłem je delikatnie na stole, by nie narobić zbyt wiele hałasu. Zerknąłem z powrotem do salonu; nic się nie zmieniło, Adrianne nadal siedziała w bezruchu, a jej wzrok wlepiony był w Louisa. Z cichym westchnieniem pstryknąłem palcami, by zwrócić jej uwagę na swoją osobę. Niemalże od razu odwróciła głowę w stronę drzwi, patrząc na mnie wielkimi oczami, a jej oddech gwałtownie przyspieszył. Kiwnąłem głową w stronę kuchni i bez słowa wróciłem do niej, biorąc w dłonie jeden z kubków.
Nie minęła chwila, a dziewczyna pojawiła się w kuchni. Powoli usiadła na krześle naprzeciwko mnie i patrząc się tępo w kłębek pary unoszący się nad gorącą cieczą, pochwyciła naczynie w obie ręce. Na początku żadne z nas się nie odzywało. Pozwoliliśmy, by nasze myśli przejęły tę chwilę, a ja mogłem się jej przyjrzeć lepiej. Wory pod oczami były widoczne, ale nie z powodu niewyspania, martwiła się za bardzo, a podejrzewam, że teraz obwiniała się zarówno za stan Veronici jak i mój, ale to nie było jej winą. Próbowała ochronić siostrę... Co prawda, nie przemyśleliśmy tego, że młodsza z sióstr będzie chciała odebrać sobie życie, ale na szczęście żyje i jej samobójstwo, skończyło się tylko na próbie. Jestem ciekaw, czy powiedzieli jej o tym, co Ronnie próbowała zrobić, lecz myśląc nad tym dłużej, zapewne nie. Nie chcieli dokładać do ognia, już i tak wystarczająco się wycierpiały.
Wziąłem dużego łyka herbaty i dopiero wtedy podjąłem próbę rozmowy.
- Wiesz, że nie musiałaś ścinać włosów? - zapytałem cicho, tak by nikogo nie zbudzić, a zwłaszcza chłopaka, który spał na kanapie zaraz za ścianą.
Adrianne spojrzała na mnie zdezorientowana,​ tak jakby nie usłyszała pytania. Miałem zamiar już ponowić je, ale w końcu się odezwała.
- Musiałam - powiedziała twardo, po czym kontynuowała - Jeśli ktoś z gangu Parkera by mnie zauważył, istnieje większe prawdopodobieństw​o, że poznałby mnie po włosach.
- Och, to dlatego, je wyprostowałaś? - zapytałem, lecz ona tylko skinęła głową.
Westchnąłem przeciągle, nie wiedząc jaki temat jeszcze powinienem poruszyć w tej chwili, bo chciałem powiedzieć jej tak wiele.
- Wiesz, Adrianne... - Podniosłem wzrok na dziewczynę. Wpatrywała się w swój kubek, z którego wciąż unosiły się kłęby gorącej pary. Wyglądała na spokojną, a jednocześnie czymś zakłopotaną. - Chciałem z tobą porozmawiać o Louisie.
- Chyba nie ma o czym rozmawiać - rzuciła niemal od razu po moich słowach, nie pozwalając mi kontynuować. Mimo to ja i tak postanowiłem drążyć temat.
- Patrzysz na to w zły sposób, Ann. Widziałaś jak się zachowywał? Można wyczuć z kilometra patrząc na was, że wcale nie jesteście sobie obojętni. I ty o tym doskonale wiesz.
Przerwałem na chwilę, czekając na jakąś reakcję, odpowiedź z jej strony, ale się przeliczyłem.
- Nie możesz być na niego wściekła za to co mi zrobił. Uwierz, sam postąpiłbym tak samo gdyby chodziło o kogoś, na kim mi zależy. Nie rozumiesz? On cały ten czas uważał, że rozmawia z mordercą...
- Dość, Dylan - przerwała mi, łamiącym się głosem. - Wystarczy. Wiem, że nie miał pojęcia, ale to ty chyba nie rozumiesz, że on prawie cię zabił - warknęła nieco głośniej, lecz zaraz dopowiedziała o wiele ciszej. - Byłby dla mnie nikim, gdyby to zrobił. Nie ważne co ja czułabym do niego i co on do mnie. Byłby po prostu nikim. - podniosła na mnie spojrzenie zaszklonych oczu, a mnie dosłownie coś ścisnęło za serce. Poczułem ten paskudny uścisk w klatce piersiowej. Ten widok zawsze mnie bolał. - Nie chcę czuć się w taki sposób - dodała nagle.

- Ja mu wybaczyłem, w pewnym sensie. Ty też powinnaś - rzekłem cicho, łapiąc ją za dłoń, lecz dziewczyna nie zareagowała w żaden sposób, tak jakby w ogóle nie słyszała tego co do niej powiedziałem. 
- Adrianne...
- Powinieneś się już położyć - wypaliła nagle, nawet nie dając mi dokończyć. Zabrała rękę z mojego uścisku.
- Ale Ann...
- Mówię serio, Dylan - idź - powiedziała to, już nawet na mnie nie patrząc. 
Westchnąłem ciężko, ale wstałem z krzesła jak najciszej i zabierając kubek ze sobą, wyszedłem z kuchni na korytarz, ale nie poszedłem od razu do pokoju. Stanąłem i patrzyłem na salon. Czekając na to co zrobi teraz Addie. Zastanawiałem się czy wróci na podłogę i będzie całą noc siedzieć przed śpiącym Louisem czy wróci do swojej siostry. Nie musiałem długo czekać, gdyż brunetka pojawiła się w salonie. Najpierw stała chwilę patrząc na Tommo, a potem ku mojemu zdziwieniu położyła się delikatnie na kanapie wtulając się w niego. Na początku Lou obudził się przestraszony, ale widząc co się dzieje i kto przerwał mu sen uspokoił się. Objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza, lecz zaraz przerwał ją szloch dziewczyny i słowa Louis'a
- Już przy tobie jestem, nie płacz, kochanie.
Potem już nie wiem co się działo, gdyż wróciłem do łóżka z myślą, że tych dwoje na prawdę ma się ku sobie. 

________________________________________________
Kochani, patrzcie co dla was mamy!
Nowy rozdział. 
Tak tak znowu miesiąc prawie no ale.. heh 
Dobra nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. 
Co sądzicie o rozdziale? Podoba się?
Mi bardzo bo Lann *,*
Za tydzień zaczynacie wakacje. Jak się z tym czujecie?
Jakieś plany? Ja to pracuję już od maja więc moje wakacje będą pracowite :D
Chciałabym jeszcze podzękować za to że jesteście, komentujecie i wg :*
No to co nie będę wam tu już zanudzać. 
Komentujcie, udostępniajcie, polecajcie :*
Do kolejnego skarbeczki :*
Buziaki :* A

Siema, ludzie! :D
Jak wam leci końcówka szkoły? Luz czy cisną was do samego końca? x3
Dobra, co do rozdziału... Ta końcówka, awwh! ❤ cudowna, prawda? #LannMoment tak bardzo
Uwielbiam tą dwójkę, wy też? *-* (ale i tak zawsze będę shippować Ashtonicę, hehe)
W każdym razie zbliżamy się powoli do 50k wyświetleń i pomyślałyśmy nad jakimś specialem dla was. Czego oczekujecie, co chcielibyście zobaczyć na tym blogu? ^^ 
Dobra, uciekam, nikt nie lubi notek na 20 linijek, hahah.
Do następnego, kochani!
Całusy :* W. 

Jeśli czytasz, zostaw komentarz :*

środa, 31 maja 2017

Rozdział 56.

*Perspektywa Adrianne*

- Loueh, musimy zejść do reszty - wyszeptałam, podpierając się na łokciu koło niego. Ten tylko westchnął, całując mnie leniwie i wstając z łóżka, nałożył na siebie wymięty t-shirt.
- Skoro musimy, to zapraszam - ukłonił się, otwierając przede mną na oścież drzwi. Zachichotałam na ten gest i wyszłam z pokoju. Zaczekałam, aż chłopak zamknie drzwi i podając mu swoją rękę, zeszliśmy po schodach. Gdy weszliśmy powoli do salonu, wszyscy już tam na nas czekali. Dosłownie wszyscy, bo nawet i Caleb z Hannah znajdowali się w domu. Kiedy ich spojrzenia skierowały się na mnie, wszyscy rozszerzyli swoje oczy jak i usta w zdziwieniu.
- O mój Boże - wyszeptała Rose, opadając na kanapy podobnie jak Hannah. Reakcja każdego z osobna na pojawienie się mojej osoby była inna. Luke śmiał się przez łzy (nie był zaskoczony teraz, ale gdy zawołała go Kate, upadł aż na kolana i zaczął wzywać Boga, przepraszając go za wszystkie rozwalone przez niego auta), Calum, Mike i Caroline stali wmurowani, nie wiedząc co począć. Kate, płacząc wtuliła się w Harrego, który zachowywał spokój, ale było widać w jego oczach niepewność. Niall wraz z Liamem rozejrzeli się po pokoju, krzycząc, że to nie jest śmieszne i jeśli to jakaś ukryta kamera to niech lepiej przestaną. Irwin jak zawsze się nie odezwał i prawie nie wzruszony patrzył na moją siostrzyczkę z troską, ciągle śledząc jej poczynania, lecz Veronica patrzyła się na mnie z szerokim uśmiechem, malującym się na jej bladej, szczupłej twarzy. Jedyną osobą, która zrobiła pierwszy krok ku mnie był Caleb; podbiegł do mnie i zamykając mnie w szczelnym uścisku, podniósł do góry.
- Ty żyjesz - szepnął mi na ucho. Zachichotałam przez łzy i wtuliłam się w niego mocno, zamykając przy tym oczy. Dopiero po jakimś czasie poczułam jak inni do nas dołączyli, przytulając mnie i Cala. Byłam naprawdę szczęśliwa w tym momencie, widząc ich wszystkich. Czułam się tak... Jak w domu. Wreszcie chciana gdziekolwiek, bez wrażenia - które towarzyszyło mi bez przerwy od długiego czasu - że jestem tu bo muszę. Odczuwałam prawie to co reszta z nich na co dzień; jestem w rodzinie. Jednak prawie robi wielką różnicę, bo nie mogę porównać tego co przeżyłam tutaj w ciągu tego krótkiego okresu w moim życiu do tego, co oni wszyscy przeszli przez prawdopodobnie całe lata. Mimo wszystko i tak ta chwilowa sytuacja, ten grupowy uścisk sprawił, że kolejna fala łez napłynęła mi do oczu. Oni naprawdę byli zadowoleni z mojego powrotu, a przecież jeszcze dwa miesiące temu nie wiedziałam o ich istnieniu. Z wzajemnością właściwie.
Po kilku długich minutach wszyscy zajęliśmy miejsca na kanapach, jednak niektórzy - wciąż bardzo poruszeni tym, co się stało - stali z nerwowymi minami, wpatrując się we mnie uważnie z wyczekiwaniem.
- Nie wiem od czego mam zacząć... - westchnęłam ciężko.
- Najlepiej od początku - rzucił jeden z chłopaków. Wydaje mi się, że Harry. A może Liam? Sama nie wiem, dosyć dawno nie słyszałam ich głosów.
- Od początku? - szepnęłam do siebie. - Pamiętacie jak dzień przed tą akcją pojechaliśmy do magazynów, żebyście omówili cały plan? Cóż wtedy też siedziałam w naszej części i pojawił się Dylan. Na początku chciałam go dosłownie zabić, ale szybko odwiódł mnie od tego. Dylan wiedział o zamiarach Seana. Wiedział o wszystkim. Omówiliśmy wtedy plan. Sporządziłam substancję, która wstrzymuje prace serca na kilka minut. W końcu chemia się na coś przydała - zaśmiałam się na co Veronica mi zawtórowała. - Dostałam też od niego kamizelkę kuloodporną. Plan był prosty. Zakładam kamizelkę, biorę kapsułkę z substancją do buzi i rozgryzam kiedy Dylan do mnie strzeli....
- Ale przecież O'Brien oddał dwa strzały - przerwał mi nagle Caleb. Spojrzałam na niego z lekkim grymasem, po czym zdjęłam bluzę zostając w samej czarnej bokserce.
- To prawda - przytaknęłam - pierwszy strzał był w kamizelkę w serce, a drugi w rękę - wskazałam na zszycie na lewym ramieniu, krzywiąc się przy tym. Nie powiem, bo bolało cholernie, ale cóż na to poradzę. Wszyscy na ten widok wciągnęli ze świstem powietrze.
- Zajebię go - Louis już wstał, jednak skutecznie go powstrzymałam.
- Spokojnie rycerzu, to był mój pomysł, żeby wyglądało wiarygodniej, Dylan próbował mnie od tego odwieść, ale..
- ...ale jesteś za bardzo uparta - dokończyła za mnie Ronnie. Uśmiechnęłam się do niej. Tak dobrze mnie znała. Powróciłam wzrokiem na resztę i znowu miałam zacząć mówić, ale Mike nagle wstał, wyrzucając ręce w powietrze.
- Dlaczego nam nie powiedziałaś? Inaczej byśmy to rozegrali!
- Stul pysk i pozwól jej dokończyć. - Tommo podniósł rękę, by uciszyć czerwonowłosego. Ścisnęłam delikatnie jego dłoń, niemo dziękując mu za to. Dopiero gdy odwzajemnił uścisk podniosłam wzrok na resztę i zaczęłam mówić.
- Nie byłoby to wtedy tak realne, gdybyście wiedzieli o tym od początku. Tak to uwierzyli w to. Nie mają żadnych podejrzeń - przerwałam, czekając na jakąś reakcję z ich strony.
- Ma rację. Gdybyśmy byli wtajemniczeni, od razu by wiedzieli, że to fałsz. Zwłaszcza, że mieliśmy podsłuch. - Jako pierwsza odezwała się Caroline.
- Dokładnie - westchnęłam ciężko, po czym kontynuowałam swoją wypowiedz. - Wszystko było zaplanowane, dopięte na ostatni guzik. Tylko nasza trójka o tym wiedziała. Hayden czekała na nas w lesie w samochodzie - mówiłam spokojnie, tłumacząc kolejne szczegóły, lecz Tomlinson nagle się wyprostował jak poparzony.
- Hayden? Ona była w to zamieszana? - parsknął, zaciskając znacznie mocniej dłoń na mojej. Wyrwałam ją z uścisku, widząc, że Louis jest (nie mam pojęcia dlaczego) zły, a raczej wkurzony i zaraz zmiażdżyłby mi rękę.
- Tak. Hayden przyjechała tutaj nie bez powodu - wyjaśniłam z cichym westchnieniem. - Mówiła, że wyłączy kamery lub system zabezpieczeń i sprawdzi czy dostaliście moją wiadomość... A także czy wykryliście wszystkie pluskwy, bym mogła spokojnie wrócić.
Lou przymknął oczy, chowając twarz w dłoniach, jak ja przed momentem. Obydwoje nie radziliśmy sobie z tą sytuacją. Ale co w tym dziwnego? Takie rzeczy nie zdarzają się zwyczajnym ludziom, takim jak ja i moja siostra. Chociaż, biorąc pod uwagę to, czego dowiedziałyśmy się o naszym ojcu, nie można stwierdzić, że nasze życie jest tak całkiem zwyczajne. Przynajmniej już nie.
- Gdzie byłaś przez te trzy tygodnie? - zapytał siedzący naprzeciwko mnie Luke, który był ewidentnie zaciekawiony całą zaistniałą sytuacją.
- W jakiejś niewielkiej chatce, sama nie wiem w jakiej miejscowości. Miejsce z dala od dosłownie wszystkiego. Praktycznie z niej nie wychodziłam, drzwi były zabarykadowane, a okna przyciemniane - pokręciłam lekko głową. - Nikt w końcu nie mógł się dowiedzieć, że żyję. Ale Dylan i Hayden o mnie dbali jak mogli.
Veronica siedząca po prawej oparła policzek o moje ramię, wtulając się we mnie z przygnębionym wzrokiem. Uśmiechnęłam się pokrzepiająco i pogłaskałam ją delikatnie po nieco przetłuszczonych włosach. Swoją drogą, nie wiem co tu się działo podczas mojej nieobecności, ale moja siostra wygląda jak siedem nieszczęść i przysięgam, że jeśli Irwin bądź ktokolwiek inny ją skrzywdził, odpowie za to. Nie żal mi złamać jeszcze jednej ręki jeśli chodzi o nią i jej bezpieczeństwo.

- W każdym razie, wszyscy cieszymy się, że do nas wróciłaś. - Jak zawsze radosna Kathrin posłała mi uśmiech, zerkając na resztę, a wszyscy jej zgodnie przytakiwali.
- Bez ciebie było nudno, prawda Irwin? - zaśmiał się Harry, patrząc na Ashtona, który parsknął cichym śmiechem, wywracając przy tym oczami.
- Ograniczcie te czułości, bo mi się łezka w oku zakręci - dogryzł jak zawsze złośliwy blondyn.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem na ich zachowanie. Mimo wszystko... Są w porządku, naprawdę w porządku. Objęłam szatynkę ramieniem, tuląc ją mocno. Nie minęła chwila, a jej chudziutkie ramię owinęło się wokół mnie. Boże, ona naprawdę przerażająco schudła. To okropne. Muszę o nią zadbać, bo widzę, że kędzierzawemu to ewidentnie nie wychodziło do tej pory. 

- Jak twoja ręka? - zapytała się nagle szeptem moja siostra. Splotłam z nią dłonie i unosząc na wysokości naszych oczu ścisnęłam delikatnie jej rękę.
- W porządku. Dwa dni temu zdjęli mi gips, ale mam jakiś niedowład. Nie widział tego żaden lekarz i wątpię, że zobaczy, ale czasami nie mogę zacisnąć w pięść dłoni - skończyłam, lecz widząc wyraz twarzy Ronnie szybko dodałam: - zdarzyło się to jak na razie raz, więc może będzie dobrze. 
Uśmiechnęłam się, co dosyć niepewnie odwzajemniła. 
- Może wszystko wróci w końcu do normy - odezwał się nagle Calum, patrząc na Veronicę. Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc co ma na myśli. 
- O co ci konkretnie chodzi? - zapytałam niepewnie, bojąc się usłyszeć to co ma mi do powiedzenia. Chłopak wziął głęboki wdech po czy zaczął mówić.
- Po tym jak Ronnie się... - nie dokończył, gdyż Rose walnęła go w żebra, przez co zamilkł.
- Ronnie co? - spojrzałam na ich dwójkę zdezorientowana, oczekując odpowiedzi.
Dziewczyna westchnęła ciężko i kontynuowała za niego:
- Nie chcieliśmy ci o tym mówić, ale skoro już zaczął... - mruknęła, niemalże zabijając swojego chłopaka wzrokiem. - Ronnie zamknęła się w sobie po tym, jak odeszłaś. Z nikim nie rozmawiała, nie kontaktowała zupełnie, nie chciała też i jeść. Bardzo, ale to bardzo się odcięła od otaczającego ją świata - dokończyła, już patrząc na mnie, a ja... mnie zamurowało. To dlatego tak schudła, dlatego wygląda tak blado. Moja biedna Veronica. Przytuliłam ją mocniej do siebie. Nie pozwolę na to, by kolejny raz to się stało, nie tym razem.
 Oparłam policzek o jej głowę, jeżdżąc dłonią po jej ramieniu. Większość z nich nadal wpatrywała się we mnie, a niektórzy po prostu zerkali na siebie nawzajem lub siedzieli w bezruchu ze spojrzeniem wbitym w podłogę bądź własne dłonie. Nieco się wzdrygnęłam, gdy całkowitą ciszę przerwał dźwięk trzaskających drzwi wejściowych. Nie minęła chwila, a do salonu weszła Hayden.
- Hej, wybaczcie za spóźnienie, ten samochód jest coraz gorszy - rzuciła praktycznie obojętnym tonem, poprawiając rękawy skórzanej kurtki, którą miała na sobie.
Uniosłam nieco brwi ze śmiechem. Nie miałam pojęcia, że Carte również tu będzie.
- Co ty tu robisz, Hayden? - zapytał jakby niczego nieświadomy Caleb, zerkając na dziewczynę, która właśnie podeszła do reszty.
- No cóż, chyba też powinnam w tym uczestniczyć, skoro pomogłam to zaplanować - wzruszyła ramionami ze śmiechem, zerkając kolejno na ich wszystkich. - Więc Ann już wam wyjaśniła co się działo przez ten czas?
Większość z nich w odpowiedzi skinęła głowami.
- A nie przyjechałaś z Dylanem? - zerknęłam za nią, by upewnić się czy aby na pewno brunet nie jest z nią.
Carte spojrzała na mnie ze skonsternowaniem wypisanym na twarzy. Uhm, powiedziałam coś nie tak czy...?
- To ty nie wiesz?
- Nie wiem czego? - zmarszczyłam brwi, nie wiedząc kompletnie o co chodzi. Czy jednak Sean się dowiedział i zabił Dylana? No ale wtedy Hayden by płakała, a ona tryska energią. Więc o co może jej chodzić? Hayden niepewnie spojrzała po wszystkich, a na koniec wbiła wzrok w Louisa. Poczułam od razu jak jego mięśnie się spinają. Złapałam go za dłoń i lekko ścisnęłam, lecz nadal patrzyłam się na dziewczynę przede mną wyczekując odpowiedzi.
- Chyba nie ja powinnam ci to powiedzieć - syknęła chyba nieświadoma, iż to robi.
- Okey - przeciągnęłam znacznie samogłoski, rozglądając się po pomieszczeniu. - Więc kto będzie łaskaw mi to powiedzieć?
Zapadła kompletna cisza. Och, tego się nie spodziewałam. Co zrobili? Mam szykować się na najgorsze?
- Lou? - spojrzałam na niego, lecz ten spuścił wzrok.
- No właśnie, Lou - Hayden również na niego patrzyła, lecz ona robiła to z doskonale widoczną kpiną.
Tommo westchnął tylko i podniósł się z kanapy, a za nim uczyniła to reszta familii włącznie ze mną. Skierowaliśmy nasze kroki ku piwnicy, w której szczerze mówiąc wcześniej nigdy nie byłam. Szłam ostatnia dlatego też dopiero gdy wszyscy weszli do pomieszczenia, rozchodząc się po nim, zobaczyłam coś co nawet mi się w głowie nie mieściło. Na samym środku pokoju stało krzesło, a na nim brunet w przesiąkniętym krwią, rozerwanym ubraniu. Jego ręce i nogi pokrywały siniaki oraz plastry, co równało się z ranami. Najgorzej chyba wyglądała jego twarz oraz dłoń, na której spoczywał czerwony od krwi bandaż
- Mój Boże - szepnęłam, ciągle stojąc zszokowana tym widokiem.
- Zanim zaczniesz krzyczeć wiedz, że... - Zacisnęłam pięść, patrząc morderczo na Caleba.
Przetarł twarz dłońmi, wzdychając ciężko, lecz już nie dokończył tego co zaczął mówić, zaś za niego przemówił Harry, który do tej pory milczał.
- Nie mieliśmy pojęcia, że żyjesz, jasne? Myśleliśmy, że naprawdę zrobił to, co zrobił i...
- I to wam dało prawo do tego, żeby tak go potraktować?! - krzyknęłam, tracąc już cierpliwość do nich oraz ich durnych tłumaczeń, wbijając wkurzony wzrok w Stylesa. Ten pod wpływem mojego spojrzenia spuścił głowę, nie chcąc być ofiarą mojego morderczego spojrzenia.
- Ann... - zaczęła Kate, ale jej przerwałam.
- Co Ann, do cholery jasnej?
- Przecież go nie zabiliśmy - odezwał się nagle ktoś, lecz nie zarejestrowałam kto. 
- Jesteście śmieszni. Powinnam wam za to dziękować? - spytałam z kpiną. Nikt już się nie odezwał. - Tak myślałam - prychnęłam, patrząc na wszystkich wręcz z odrazą.
- Kto to zrobił? - zapytałam, jednak jak zawsze odpowiedziała mi cisza. Co z tymi ludźmi jest nie tak. Tacy groźni i języka w gębach nagle zapomnieli? - KTO. TO. ZROBIŁ.
- Adrianne - zaczął Louis, lecz jemu również nie pozwoliłam dokończyć swojej wypowiedzi.
- Odpowiedz na głupie pytanie. Czy tak trudno to zrobić? - Patrzyłam na niego, ciągle wyczekując odpowiedzi, ale ona nie nadchodziła. Louis natomiast stał, nie wiedząc co zrobić, był spięty i zdenerwowany, to było pewnie. - Louis... - ponagliłam go. Dopiero wtedy zrobił krok w moją stronę, wypowiadając moje imię z bólem, a ja od razu domyśliłam się o co chodzi.
- Jak mogłeś! - krzyknęłam, robiąc krok w tył.
- Ann, ja nie chciałem.. - zaczął, podchodząc do mnie z zamiarem dotknięcia mnie, lecz ja odepchnęłam jego rękę, ponownie się cofając.
- Nie dotykaj mnie! - ryknęłam, co spowodowało, że chłopak stanął w miejscu z zawieszoną ręką w powietrzu. Na jego twarzy malował się smutek i cierpienie, ale jakoś mało mnie to w tym momencie obchodziło. Żałował czy nie, to nie zmieniało faktu, iż to uczynił, dlatego też nie zwracając na nikogo, a zwłaszcza na niego uwagi podeszłam do Dylana. Najpierw odwiązałam jego ręce, a potem nogi. Nie odzywał się ani słowem podczas gdy to robiłam, czułam tylko jego spojrzenie na sobie tak jak i na innych. 
- Ann, spójrz na mnie - szepnął mój zmasakrowany przyjaciel. Podniosłam głowę, patrząc na niego. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego iż płaczę, dopiero gdy Dylan otarł moje policzki uzmysłowiłam to sobie. Klęczałam przed nim, zalewając się łzami. To moja wina, gdybym nie wypaliła z tym pomysłem to nic by się nie stało. Nie musiałby tak cierpieć.
- Przepraszam - szepnęłam do niego. - Tak bardzo cię przepraszam, Dylan - wyszlochałam, spuszczając głowę i przymknęłam powieki. Próbowałam zatrzymać łzy, jednak one wciąż nieubłaganie i uparcie spływały po moich zaczerwienionych policzkach. - Nie wiedziałam, że to tak się skończy. Wiesz, że nie pozwoliłabym na to nigdy w życiu. - Położyłam dłoń na kolanie chłopaka ze spazmatycznym westchnieniem, które wyrwało się z moich ust. Zacisnęłam lekko palce na jego nodze, po czym podniosłam z powrotem rozmazany wzrok wyrażający jedynie skruchę i żal. Nie wiedziałam co mam zrobić. Było mi tak cholernie źle z tym co się stało.
- Wiem to doskonale, Ann. Nie obwiniaj się, wyjdę z tego. - Na jego pokiereszowanej twarzy pojawił się nikły, pokrzepiający uśmiech, który miał być zapewnieniem jego słów i pewnego rodzaju obietnicą.
Oparłam czoło o kolano bruneta, a jego dłoń po krótkiej chwili znalazła się na mojej głowie, głaszcząc mnie po włosach, bym mogła się stopniowo i powoli uspokajać. Nie wiem ile tak trwaliśmy. Kilka minut, a może pół godziny? Kompletnie zapomniałam, że w ogóle mamy towarzystwo. Dopiero gdy poczułam kolejną dłoń na moich plecach podskoczyłam, uświadamiając to sobie. Podniosłam lekko głowę, patrząc na moją siostrę, która klękała koło mnie.
- Pierwszą osobą, której należą się przeprosiny jest Veronica - odezwał się Dylan przerywając ciszę, co chwila zakłócaną przez mój szloch.
Zmarszczyłam brwi i zerknęłam na niego, przecierając zaszklone oczy wierzchem dłoni.
- Racja, przeżyła tu najwięcej złego...
- To też, Adrianne. Jednak chodzi mi o to, co mówiłem. - Dylan podniósł głowę, patrząc pewnym, jednak przepraszającym spojrzeniem na Veronicę. Ten wzrok był u chłopaka naprawdę częsty... Pokazywał jak zdeterminowany jest Dylan, a jednocześnie wyrażał tak jakby szacunek. Sama nie wiem, ale jego spojrzenie było naprawę wymowne, nie musiał dodawać żadnych słów.
- Pamiętam doskonale każde słowo, które wypowiedziałem wtedy do ciebie, Ver. Wiem, że zraniło cię to dogłębnie i nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo tego żałuję.
- Wyglądałeś na pewnego swoich słów - wyszeptała cicho moja siostrzyczka, zaciskając palce na swoich ramionach. Robiła to zawsze, gdy się bała lub czymś stresowała.
O'Brien pokręcił delikatnie głową.

- Przepraszam cię, Veronica. Jestem świadom, że w tamtej chwili wbiłem ci nóż w plecy, ale musiałem mówić takie paskudne rzeczy, byście uwierzyli, że jestem gnojem bez serca i nie żałuję tego, że zabiłem Adrianne. Ale znamy się tyle lat, Ver... Proszę, nie skreślaj tego wszystkiego co mamy na straty. Nie po tym, co już z waszą dwójką przeszedłem. Wciąż jesteś dla mnie jak siostra. - Na samym końcu jego głos się załamał, a spojrzenie powędrowało na podłogę. - Obie jesteście - dodał po chwili. Uśmiechnęłam się słabo, patrząc na nich. Kochałam ich całym sercem i wiedziałam, że są moją rodziną.

- Wybaczam ci Dylan, wybaczyłam chyba nawet już dawno, lecz musisz mi... - przerwała, sięgając po jego rękę, tą na której nie spoczywał bandaż. - musisz dać mi czas, bym mogła to wszystko sobie poukładać w głowie.
- Będę czekał tyle ile będzie trzeba.


_____________________________________________

Witamy, witamy.
Oto kolejny rozdział. Jak wam się podoba. Ann wyjawiła co się naprawdę stało i kto jej w tym pomagał. Zdziwieni troszkę?
Dziękujemy z całego serduszka wszystkim osóbkom, które z nami są, czytają i komentują. Dajecie dużo motywacji. Wiem, że rozdział pojawił się miesiąc później, ale sami rozumiecie. 16 maja miałam ostatni egzamin. No i wakacje! Znaczy teraz do pracy, no ale wolę pracować niż chodzić i się użerać w szkole xD
Co do następnego, nie mamy pojęcia kiedy się pojawi, będę cisnąć zarówno siebie jak i Ronnie, żeby pojawił się on tak za 2 tygodnie, ale niczego nie obiecuję.
No dobrze, więc komentujcie, podawajcie dalej, polecajcie swoim znajomym :*
Kocham :* A.

No siemanko, kochani ^^
Mój Boże, kocham całym sercem tą ostatnią scenę, Dyl i siostry, awwwh! *,*
Ogólnie rozdział wyszedł w miarę długi, tylko szkoda, że aż tyle musieliście na niego czekać. Przepraszamy za to serdecznie. Ale hej! Wakacje tuż, tuż, jeszcze tylko kilkanaście dni szkoły i dwa słodkie miesiące bez męczarni. Ahh, nie mogę się doczekać.
A wam jak mijają ostatnie dni szkolne? Zawaleni nauką i poprawkami czy luzik? (Jeśli ta druga opcja to zazdroszczę jak nie wiem, haha).
No to... Dziękujemy, że wciąż z nami jesteście i przypominamy, że możecie nam wysyłać fan-arty, tweetować z hashtagiem #ShowMeRealityFF no a przede wszystkim komentować i głosować w ankiecie na waszego ulubionego bohatera! ^^ Co do ankiety, nie jestem w stanie już niestety dodać do niej Hayden czy Seana, bo musiałabym usunąć aktualną i zrobić nową ankietę ;c

sobota, 29 kwietnia 2017

Rozdział 55.

Rozdział dedykujemy osóbkom, które z nami są i komentują :*



*Perspektywa Veronici*


Westchnęłam cicho, siedząc prawie że nieruchomo ze wzrokiem wlepionym w ekran. Czas mijał tak niemiłosiernie wolno, jak przez ostatnie... Dwa tygodnie? Trzy? Nie wiem, nie mam pojęcia. Nawet nie potrafię powiedzieć, która jest godzina, a czasami określić czy jest dzień, czy noc. Czuję się jak w zamkniętej klatce, izolatce w szpitalu psychiatrycznym, do którego zapewne powinnam trafić. Ale przecież ze mną jest wszystko w porządku. Jestem zdrowa, normalna... Dobra, może nie do końca. Jednak co w tym dziwnego? Odebrano mi wszystko. Dosłownie wszystko, co dla mnie było najważniejsze. Pozostawili mnie z niczym, nie mam nawet chęci do życia. Nie widzę już sensu, po co żyć, skoro nie mam dla kogo?


Oparłam głowę o ścianę, przymykając oczy. Ashton siedział obok mnie, a w telewizji leciał jakiś denny film, który nie miał dla mnie żadnego znaczenia. Nawet nie wiedziałam jaki jest tytuł. Słyszałam urywki dialogów, ale nie mogłam wyłapać sensu słów, wypowiadanych przez tych ludzi na ekranie. Docierały do mnie, ale co oznaczały? Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Chcę do Adrianne. Mam tego wszystkiego dosyć. Nie potrafię tak, wykończę się psychicznie. Zresztą już nie jestem prawie zdolna do wykonania podstawowych czynności. Praktycznie wszystko robi za mnie Irwin. Zachowuje się jak niańka, odkąd prawie udało mi się popełnić samobójstwo. Nie chciałam tu być, nadal nie chcę. Wyrwanie się z tego świata byłoby chyba najlepszym rozwiązaniem. Ale co ja mogę, gdy jestem prawie że uwiązana do tego łóżka i przez całą dobę obserwowana przez blondyna?
A skoro już o nim mowa, kątem oka zauważyłam jak mi się dyskretnie przypatruje tym swoim... Niby zmartwiony, niby zatroskanym wzrokiem. Gówno prawda. Zajmował się mną tylko po to, by nie mieć wyrzutów sumienia, że chciałam się przez niego zabić. Stara się teraz dać mi to złudne poczucie jakiejś tam wartości, bezpieczeństwa, sama nie wiem, do jasnej cholery. Niech da mi spokój. Niech wszyscy dadzą mi święty spokój. Chcę tylko jednej osoby u swojego boku, której już nie ma i nie wróci.
Moje powieki z powrotem opadły, a ja poczułam delikatny ruch po swojej lewej. On się musi uspokoić, przecież nie mdleję ani nie umieram, Boże najdroższy.
Ni stąd, ni zowąd do moich uszu dobiegł huk z wnętrza domu. Wzdrygnęłam się, otwierając gwałtownie oczy i od razu przerzuciłam spojrzenie na zamknięte drzwi. Natomiast brązowooki siedzący obok mnie prawie od razu zerwał się z łóżka jak poparzony, chcąc wyjść z pokoju.
- Spokojnie! Nic się nie stało, potknęłam się tylko! - Usłyszeliśmy wołanie którejś z dziewczyn, jednak nie mam pojęcia do kogo konkretnie należał głos. Przestałam je rozróżniać.
Ashton pokręcił głową z westchnieniem i wrócił na swoje miejsce na łóżku, splatając dłonie na brzuchu. Ponownie nastała kompletna cisza w pokoju. Ale jak to on - musiał ją (niestety) przerwać.
- Nie podoba ci się film? - wymamrotał, prawdopodobnie nie wiedząc jak zacząć rozmowę. A raczej monolog, bo nie zamierzałam mu odpowiedzieć. Przekręciłam jedynie głowę w jego stronę i wbiłam obojętne spojrzenie w jego jasne oczy, by dać mu znak, że przynajmniej go słucham. - Masz zamiar się do mnie odezwać, Veronica? - zadał kolejne pytanie, a ja wciąż milczałam skanując wzrokiem jego oczy. Mogłam je swobodnie narysować z najmniejszymi szczegółami, znałam je tak dobrze. Te drobne, czerwone żyłki, orzechowe tęczówki, które czasami dawały poblask złota, nie wiadomo skąd. Zazwyczaj zwężone źrenice i wielkie wory pod oczami. - Nic nie zdziałasz w ten sposób... Wiesz, że chcę ci pomóc. Tylko musisz zacząć do mnie mówić.
Pokręciłam lekko głową, którą po chwili spuściłam, wpatrując się w swoje wychudzone nogi. Złapałam za wisiorek na szyi, obracając go w palcach, a nieprzyjemne ukłucie sprawiło ból w sercu. Tak bardzo chcę, by wróciła. To nie jest w porządku. Potrzebuję jej.
Nikt nie zrozumie jaki ból mieści się w moim sercu. Irwin też stracił siostrę, ale on ma dla kogo żyć. Ma tu swoją rodzinę. Ja nie mam nikogo. Nie mam dla kogo żyć. Jestem tu z ich woli. Po co ja im tutaj? Sama nie wiem. Nagle poczułam uścisk na ramieniu. Oderwałam wzrok od wisiorka i przeniosłam go na osobę, która nadal mnie dotykała. Irwin mierzył mnie wzrokiem przez chwilę po czym skinął głową ku drzwiom, dlatego też i tam spojrzałam. Dopiero teraz zobaczyłam stojących tam Kate i Luke'a. Oboje uśmiechali się przez łzy. Nie rozumiałam co się dzieję, patrzyłam na nich zdezorientowana, marszcząc przy tym brwi. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo i stanęli oboje bokiem, dzięki czemu miałam lepszy widok na to, co znajdowało się za nimi - a raczej kto. Była to bardzo szczupła dziewczyna, włosy w kolorze brązu sięgały jej ledwo do ramion. Nieznajoma podniosła na mnie wzrok a ja momentalnie wciągnęłam ze świstem powietrze. To niemożliwe. Ja znowu śnię. Znowu postradałam zmysły. Te same piwne tęczówki, ten sam uśmiech.
- Adrianne - wyszeptałam zanosząc się płaczem. Dziewczyna również wyszeptała moje imię i obie rzuciłyśmy się biegiem w swoją stronę. Padłam w jej objęcia i dopiero kiedy moje ciało zderzyło się z jej uwierzyłam, że moja siostrzyczka żyje, że jest tu ze mną cała i zdrowa. 
 Płakałyśmy obie. Tak bardzo mi jej brakowało. Nie mam pojęcia ile tak stałyśmy, czas zatrzymał się na tym momencie, który mógł już trwać zawsze. Teraz już nigdy nie wypuszczę jej z mych ramion. Nie ponownie. Oderwałam się na chwilę od niej, by spojrzeć na jej twarz. Tak dawno jej nie widziałam. Mimo to nic się nie zmieniła, przynajmniej dla mnie. Nadal była śliczną, wysoką brunetką o ciemnobrązowych, teraz zaszklonych oczach i mokrych policzkach, a także cudownym, szerokim uśmiechu. Nie miałam pojęcia jak się zachować, co zrobić czy powiedzieć, więc po prostu stałam tak wtulona w nią, ona we mnie, a trzy pary oczu były wlepione w naszą dwójkę. Nie przeszkadzało mi to, teraz liczyła się tylko ona i to, że ją odzyskałam, choć dawno straciłam nadzieję.
- Wszystko wam wyjaśnię później, w porządku? - szepnęła ledwie słyszalnie do mojego ucha, a ja zacisnęłam mocniej ramiona wokół niej. Nie chciałam jej puszczać, nie teraz, kiedy do mnie wróciła. - Pozwól mi iść, skarbie. Tym razem wrócę znacznie szybciej - cmoknęła mnie w czubek głowy. Odsunęłam się od niej po dłuższej chwili z przeciągłym westchnieniem, patrząc na nią z dołu przybitym wzrokiem. Uśmiechnęła się lekko, próbując jakoś mnie pocieszyć, ale ledwie co udało mi się unieść kąciki ust.
Jeszcze za nim wyszła z pokoju, odwróciła się do Kate i kazała zgromadzić wszystkich w salonie, nie mówiąc jednocześnie, że żyje, na co czarnowłosa skinęła porozumiewawczo głową.



*tu możecie wyłączyć piosenkę, by lepiej wczytać się w tekst*

*Perspektywa Adrianne*

Wchodziłam cicho po schodach, sama nie wierząc iż to robię. Czemu niby aż tak mi zależy na tym, żeby go zobaczyć? Jest irytujący i wybuchowy jak każdy tutaj. Ale podczas tych dwóch tygodni, gdy go nie widziałam, coś się we mnie poruszyło. Poniekąd brakowało mi jego.. Jego całego. 
Gdy pokonywałam kolejne stopnie, nie mogłam złapać oddechu. Opłakiwał mnie? Tęsknił? Co zrobi, kiedy wejdę? Czy znienawidzi mnie za to, że upozorowałam swoją śmierć, że naraziłam ich wszystkich i nikomu o tym nie powiedziałam? Każdy krok w stronę jego pokoju był udręką, miałam ochotę uciec, schować się, bo znowu bałam się zranienia. Chyba się zakochałam, pomimo iż nie mogłam. Ciężko mi było przyznać to przed samą sobą. Czemu po prostu nie mogłam wyłączyć tego głupiego pokrętła z napisem uczucia? Dlaczego nie mogłam nadal udawać obojętnej wobec niego? Odpowiedź była chyba zbyt łatwa, po prostu zależy mi na nim. Pomimo tego, że próbowałam być zimną suką, on nie poddawał się i dalej próbował mi pomóc. Każda nasza sprzeczka, kłótnia zbliżała mnie do niego i nie mogłam od tego uciec... Nawet po części nie chciałam.
Wzięłam głęboki wdech, potem jeszcze jeden i kolejny. Wiedziałam, że musi to nadejść, bo przecież nie mogłam tak nagle zrezygnować z czegoś na czym mi zaczęło zależeć. Dlatego też licząc do dziesięciu, by się uspokoić, pokonywałam mozolnie kolejne stopnie.
- Weź się w garść, Adrianne! - syknęłam do siebie, ale jakoś nic to nie dało, ponieważ znajdowałam się już przed jego drzwiami, a serce coraz bardziej podchodziło mi do gardła. Cholera, za moment zemdleję. Podniosłam drżącą rękę z zamiarem położenia jej na klamce, ale nagle ją zatrzymałam w połowie drogi. Czy to jest... Czy to jest moja piosenka?
Melodia zaczęła płynąć z lekko uchylonych drzwi, na które nawet wcześniej nie zwróciłam uwagi. Zdezorientowana po cichu pchnęłam powłokę, by nie narobić hałasu. To co tam zobaczyłam poruszyło moje serce. Louis bez koszulki, siedział przed fortepianem. Wygrywał dobrze znaną mi melodię oraz jego głos roznosił się po pomieszczeniu niosąc słowa, które napisałam przed "śmiercią". Doskonale znałam każdy najmniejszy szczegół tej zwrotki, w końcu nie jeden raz śpiewałam ją, kiedy mnie nie było. Pozwalało mi to pozostać przy zdrowych zmysłach. Zamykając oczy, wsłuchiwałam się w jego aksamitny głos, lecz nadal nie zdradziłam swojej obecności.


"Stoję na środku zupełnie sama.
Opuszczona przez wszystkich,
Zdradzona przez świat.
Zaufać się boję, gdy patrzę w otchłań.
Jak mam to zrobić, skoro tak łatwo jest upaść?
Próbowałam być silna,
Nie ufać nikomu.
Podążałam przez życie samotnie,
Lecz dość już chowania.
Pora opuścić cień,
Rozświetlić szarość,
Zburzyć mur.
Chcę byś mnie usłyszał,
Pomógł odnaleźć skradzioną część.
Chcę byś odłożył ciężar zranionego serca.
Nie znam cię,
Ale potrzebuję odkupienia,
Więc rozkuj kajdany.
Uwolnij mnie z objęć ciemności 
I przywróć to co zostało zabrane.
Za długo się bałam,
Za długo czekałam.
Biorę ostatni wdech,
Tego właśnie pragnę.
Chcę byś pokazał mi rzeczywistość"

Podejrzewałam, że z zakończeniem tych słów fortepian umilknie, lecz Louis zmienił nieznacznie tempo i zaczął dalej śpiewać, jak mniemam refren.


"Pozostały tylko puste słowa na wietrze zapisanych stron,

Nie wypowiedziane myśli,

Stłumione krzyki,

Rozmazane obrazy,

A w sercach żal.

I tak jak na deszczu łza,

Stoję tu sam.

Bez ciebie. Twojego uśmiechu,

Bez twojego dotyku"


Łzy automatycznie napłynęły mi do oczu, kiedy znowu grał wolniej, a głos zaczął mu się łamać wyśpiewując dopisane przez niego wersy.


"Podam Ci dłoń,
Tylko złap ją mocno.
Pomogę Ci wstać,
Tylko pozwól mi na to.
Zabrać ból,
Odebrać strach,
Przywrócić nadzieję.
Tego bym chciał,
Lecz jest już za późno.
Odeszłaś nim zdążyłem
Wgłębić się w twoje tajemnice.
Powiedz mi tylko czy byłem dość blisko?

Mógłbym udawać że to mnie nie boli.
Próbowałem jakoś z tym żyć, lecz bez silnej woli
Upadam co raz, lecz tego nie widzisz,
Bo nadal nie mogę uwierzyć,
Ale tak niestety bywa.
Miałaś kawałek ziemi,
Dziś skrawek nieba.

Teraz siedzę przed fortepianem,
Wylewając złość i pustkę w cząstkę ciebie.
Dlaczego to robię?
Nie pytaj,
To zbyt skomplikowane.
Może chcę wierzyć że,
zatrzymam cię jakoś przy sobie?
Chciałbym żeby było inaczej,
Chciałbym żebyś żyła,
Bo nawet jeśli tego nie wiedziałaś
Posiadałaś moje serce"

Teraz nie szczędziłam sobie łez. Poczułam, że to jest odpowiedź na moją zwrotkę. Na moje słowa wypowiedziane do niego. Śpiewał teraz refren i wiedziałam, że będzie chciał zaśpiewać coś dalej. Czułam to, lecz nie dałam mu nawet zacząć trzeciej strofy. Odepchnęłam się od ściany i na drżących nogach stawiałam powolne kroki, cały czas obserwując bruneta. Dopiero kiedy skończył, ja drżącym głosem weszłam w melodię śpiewając. Początkowo muzyka zanikła, a Louis odwrócił się przestraszony w moją stronę, lecz nie przerywałam. 


"Ciężko jest uciekać,
Teraz już to wiem.
Strach nas czyni słabymi.
Ja nie boję się,
Póki ze mną stoisz,
Chroniąc mnie przed złem.
Mam nadzieję wzlecieć,
Ujrzeć starą mnie.
Wiem, że...
Podniesiesz z każdego upadku,
W swojej dłoni zamykając mnie
(W swojej dłoni ukrywając mnie)

Wzięłam głęboki wdech robiąc przerwę i dopiero teraz zorientowałam się, że Louis wstał od fortepianu wychodząc mi na przeciw. Dotknął delikatnie mojego policzka jakby bał się, że pod wpływem jego dotyku zniknę rozpływając się w powietrzu. Przymknęłam na ten gest oczy, dalej śpiewając.

"Dlatego stań razem ze mną,
Zamknij oczy swe,
Poczuj to gdzieś na serca dnie
I po prostu kochaj mnie.
Bo ja oddałam nieświadomie całą siebie"

Z końcem tych słów otworzyłam oczy i teraz zatracając się w błękicie tęczówek chłopaka, śpiewaliśmy razem refren. Nasze głosy zmieszane razem idealnie się wypełniały dając jedną spójną całość.

"Pozostały tylko puste słowa na wietrze zapisanych stron,
Nie wypowiedziane myśli,
Stłumione krzyki,
Rozmazane obrazy,
A w sercach żal.
I tak jak na deszczu łza,
Stoję tu sam
Bez ciebie. Bez twojego uśmiechu,
Twojego dotyku"

- Zupełnie sama. Bez ciebie. Ty beze mnie** - wyśpiewałam, kończąc tym naszą wspólną piosenkę.

Przez pewien czas od zakończenia śpiewania, Louis stał bezruchu skanując mnie wzrokiem. Dopiero teraz mogłam mu się w pełni przyjrzeć. Rozczochrane włosy, jakby dopiero wstał z łóżka. Musiałam walczyć z sobą by nie przeczesać ich swoją dłonią. Wory pod oczami mówiące, że nie sypiał zbyt dobrze. Najbardziej złamał mnie widok przekrwionych oczu i zaschniętych stróżek łez na policzku. Nie mogłam ścierpieć tego widoku. Wyglądał... po prostu strasznie. Wcześniej nie widziałam go w tak opłakanym stanie. A widząc go takiego... Aż tak wpłynęło na niego moje "odejście"?
- Adrianne.- Jego cichy głos wyrwał mnie z zamyślenia. Chłopak patrzył na mnie intensywnie i czego wcześniej nie zauważyłam to jego dłoń wyciągnięta ku mnie, zawieszona w powietrzu, już mnie nie dotykająca. - Jeśli śnię to pozwól mi jeszcze z tobą być choć na parę chwil. Nie daj mi się obudzić.
Te słowa podziałały na mnie niczym młot roztrzaskujący mnie na kawałki. Sprawiły, że to co budowałam przez lata rozsypało się w drobny mak. On myślał, że jestem zjawą, że śni na jawie.
Łzy momentalnie napłynęły mi do oczu. Spuściłam wzrok zaciskając powieki i pokręciłam lekko głową. Dosłownie rozrywała mnie od środka ochota rzucenia mu się na szyję i wykrzyczenia z całych sił, że to nie sen. Że jestem tutaj przy nim i nie zostawię go ponownie. Chciałam teraz tylko i wyłącznie szlochać wtulona w niego mocno. Pragnęłam czuć, że jesteśmy tutaj w tym pokoju razem, a fakt, że uważał mnie tylko i wyłącznie za swoją wyobraźnię dołował mnie jak nic innego.
Po dłuższej chwili podniosłam z powrotem głowę z przeszklonymi oczami, patrząc prosto w jego cudowne tęczówki. Wydawał się taki spokojny, ale jednocześnie zmartwiony i zaniepokojony, prawdopodobnie tym, że zaraz mogę zniknąć. Ale nie ma takiej opcji, jestem tutaj, nie mam zamiaru opuszczać go po raz kolejny.
Wyciągnęłam dłoń przed siebie przykładając ją bardzo delikatnie do jego policzka, który pokrywał kilkudniowy zarost. Przejechałam po nim i po zaschniętych stróżkach pod oczami kciukiem.
- Jestem tu Loueh, naprawdę tutaj jestem - uśmiechnęłam się słabo, próbując nie wypuścić łez na swoje policzki.
Oczy szatyna otworzyły się nieco szerzej, a usta lekko rozchyliły. Zauważyłam cień szczęścia na jego twarzy. Byłam tak wpatrzona w jego oczy, do których powoli wracały iskierki szczęścia, które widziałam przed tym wszystkim, że ledwie zorientowałam się, iż chłopak uchwycił moją twarz w dłonie i czym prędzej pochylił się złączając nasze wargi.
Przymknęłam oczy, rozkoszując się tą chwilą i przyciągnęłam go bliżej siebie, chcąc by trwało to jak najdłużej. Ten pocałunek był przepełniony pasją, będąc jednocześnie tak czuły i delikatny. Niekontrolowany uśmiech rozciągnął moje usta, gdy brunet muskał moje wargi z taką lekkością, jakby sprawiało mu to niesamowitą przyjemność, jakiej jeszcze nigdy nie odczuwał. Właściwie, tak było dla mnie. Ten pocałunek był wspaniały, miałam wrażenie, że w ten sposób każde z nas... Odzyskało jakąś cząstkę siebie z powrotem.





_____________________________________________________
** Show Me Reality - "piosenkę", którą śpiewają Lou i Ann napisałam ja - Ada, więc prosiłabym o nie przywłaszczanie sobie testu. Dziękuję :*


Hej, cześć i siema! Jesteśmy z powrotem z kolejnym rozdziałem. Mam nadzieję, że się cieszycie ^^ Trochę to trwa, ale no sami wiecie - wielkimi krokami idzie koniec roku (przynajmniej dla mnie) i trzeba się trochę podciągnąć.
No w każdym razie... HALO, ANN WRÓCIŁA OMG! Czy tylko ja się tak cieszę?! Tęskniłam za nią jak nie wiem *u* Wreszcie będzie dobrze, czekałam na to tak długo, hahah. Z chęcią poczytam wasze reakcje na jej powrót :D Spodziewaliście się, czy zaczynaliście tracić nadzieję, że wróci? :3
Prosimy was ślicznie o komentowanie, rozsyłanie i tweetowanie z hasztagiem #ShowMeReality! ^^
Dobra nie zanudzam, was dłużej, niżej notka Ann i do następnego rozdziału, kochani.
W.


Siemka świnki moje kochane! 
Guess who's back! YUP, TO JA! Znaczy ja w fanfiku :) Kto za mną tęsknił? Ja bardzo! 
I o Boże! Ta scena Lann, moje serce płacze! 
No to wiecie już dlaczego Kate upuściła tacę. Zobaczyła naszą zmartwychwstałą Addie.
Jejku jak ja się cieszę, że wróciła! Nawet sobie tego nie wyobrażacie! 
No ale nie przeciągając. PISZCIE NAM JAK ZAREAGOWALIŚCIE NA TO!
Poza tym cóż skończyłam szkołę i w czwartek zaczynam maturki. Nie mogę uwierzyć, że tak szybko to minęło, ale co ja mogę na to poradzić. Jak na razie nie boję się matur, ale podejrzewam, że zacznę jak tylko obudzę się w czwartek. 
No dobrze bo się rozgadałam. Trzymajcie za mnie kciuki.
Komentujcie, rozsyłajcie, pytajcie bohaterów i tweetujcie. 
Kocham was mordki :*
A.




Jeśli przeczytałeś,
 pozostaw po sobie komentarz :*

piątek, 7 kwietnia 2017

Rozdział 54.

*Perspektywa Kate*



Hayden wyjechała dwa dni temu, po tym jak Luke przywiózł silnik potrzebny do jej samochodu.
Louis jako pierwszy wyrwał się do naprawy. Nie rozumiałam jego zachowania, choć ostatnimi czasy praktycznie w ogóle go nie rozumiałam. Harry i Ashton oczywiście poszli mu pomóc i dlatego brunetka mogła już wrócić do swoich spraw po dwóch godzinach. Pożegnała się z nami, dziękując i przepraszając jednocześnie. Gdy to wypowiadała w szczególności patrzyła na Tommo stojącego na schodach. Cisnęło mi się na usta, by zapytać co się takiego stało, ale potem nie widziałam już Louisa, po jej wyjeździe. Minęły dwa dni, a mój starszy braciszek nadal nie zszedł chociaż na moment na dół. Znowu zaczęłam się o niego martwić, kilka razy próbowałam z nim porozmawiać, ale nie otworzył mi drzwi za żadnym. Czułam się z tym bezsilnie. Bo co ja mogę zrobić, kiedy on tak uparcie zamyka się w sobie i nie dopuszcza nikogo, żeby z nim porozmawiać? Zależy mi na nim jak na nikim innym, ale nie mam prawa zmuszać go, by się przed kimkolwiek otwierał. Louis jest dorosły, rozważny i umie podejmować decyzje samemu. Był taki odkąd pamiętam; zawsze poważny, konsekwentny i sprawiedliwy. Radził sobie w najtrudniejszych​ sytuacjach, ochrzaniał mnie (i nie tylko), jeśli była taka potrzeba, przywracał nas do porządku podczas niepotrzebnych sporów czy kłótni. Wybierał najrozsądniejsze​ rozwiązania, na które sam wpadał.
Mój kochany braciszek jest piekielnie inteligentny oraz bystry. Nie stracił jeszcze do końca rozumu, chociaż nie widziałam go w podobnym stanie dotychczas. Mam nadzieję, że zrobi to, co uważa za słuszne, opamięta się. Zapomni o Adrianne. W końcu czas leczy rany... Prawda?
Potrząsnęłam gwałtownie głową zszokowana, gdy poczułam na swoim ramieniu dłoń. Momentalnie odwróciłam wzrok w stronę szatynki, stojącej tuż przy mnie.
- Wszystko w porządku, Katy? Gapisz się na to jedzenie od dobrych dwóch minut. - Rose spojrzała na mnie zmartwionym wzrokiem.
- Tak, jest okej. Zamyśliłam się i tyle - uśmiechnęłam się słabo, by zapewnić ją chociaż w jakimś stopniu, iż nic mi nie jest. Każdemu się zdarzy zagłębić w swoich myślach w nieodpowiednim czasie. Zwłaszcza w sytuacji, w której znajdujemy się my.
- No dobrze. Gdybyś chciała pogadać, to wiesz gdzie jestem - poklepała mnie po ramieniu i skierowała się do wyjścia. 
Odprowadziłam ją wzrokiem, wzdychając cicho. Spuściłam z powrotem spojrzenie na tacę z obiadem. No tak, pewnie już wystygło. Włożyłam talerz do mikrofali, czekając niecałą minutę, już tym razem pilnując się, by nie odpłynąć w moje kłębiące się myśli. Z tacą wyszłam z kuchni i powoli skierowałam się na dół, ostrożnie schodząc po schodach, by nie rozlać wody. Otworzyłam łokciem drzwi od piwnicy, a mój wzrok od razu powędrował w stornę siedzącego na środku pomieszczenia bruneta.
- Jak się dzisiaj czujesz? - zapytałam, podchodząc do stolika, na którym położyłam jedzenie. Kątem oka zauważyłam, że chłopak patrzy na mnie spod byka.
- Jak wyglądam, tak się czuję - odpowiedział, wywracając oczyma. No tak, nawet w takich sytuacjach nie przestawał być dupkiem. Prychnęłam pod nosem, przysuwając wolne krzesło do jego i spojrzałam przenikliwie wprost w jego oczy.
- Mógłbyś być milszy. Chyba, że wolisz, by Ash albo Lou do ciebie przychodzili - uśmiechnęłam się sztucznie.
- Nie, już wolę ciebie w roli pielęgniarki - odpowiedział szybko, przez co się zaśmiałam.
- Obyś nie żałował potem tego co powiedziałeś - rzekłam, na co tylko wybałuszył oczy. - No co? Mam lepszego cela jeśli chodzi o rzucanie nożami czy strzelanie. Gdybym chciała cię poharatać, wbiłabym ostrze o milimetr w prawo - wzruszyłam ramionami kontynuując - Lou po prostu ma kiepski refleks. Masz szczęście, że chybił. 
- Żartujesz prawda? - zapytał nieco przerażony, próbując nieudolnie ukryć strach wypisany na jego twarzy, a ja zaczęłam się śmiać. Wcale nie żartowałam, ale nie musi tego wiedzieć.
- Ona nie żartuje. - Rozbrzmiał głos mojego chłopaka, który nawet nie wiem kiedy pojawił się na dole. Nadal się śmiejąc odwróciłam się w jego stronę. 
- Nie strasz chłopaka - zachichotałam.
- Wcale go nie strasze. Ja tylko uświadamiam, by niczego nie objechał. - mówiąc to spojrzał groźnie na Dylana. 
- Hazz, nie musisz się martwić, wiesz, że poradze sobie. 
- Tsa. Ann też tak mówiła. I jak skończyła. - wysyczał patrząc na chłopaka z obżydzeniem.
- Skarbie - podeszłam do loczka kładąc dłoń na jego policzku by na mnie spojrzał. Gdy to uczynił ucałowałam delikatnie jego usta i dopiero wtedy kontynuowałam - Spokojnie. Ann nie była wyszkolona tak jak ja. Nic mi się nie stanie. 
- Nie wiesz tego. Była szkolona przez Briana.... 
- Kochanie - przerwałam mu. - Będę czujna tak? 
Staliśmy tak chwilę patrząc się na siebie intensywnie. Wiem, że nie odpuści zbyt szybko. Zawsze było trudno się nam dogadać w niektórych sprawach, ale koniec końców dochodziliśmy do porozumienia. Często to on ulegał mnie. Nic na to nie poradzę, że nie umie mi odmawiać. Cisza była coraz bardziej doskwierająca, a wyraz twarzy loczka się nie zmieniał. Jego surowy wzrok był wlepiony we mnie. W końcu wyjęczał coś niezrozumiale i wpił się w moje usta. Odwzajemniłam niemal od razu pocałunek pogłębiając go. Kiedy zabrakło nam powietrza chłopak przyłożył swoje czoło do mojego ciężko dysząc.
- Dobrze ufam ci - wyszeptał z lekkim westchnieniem.
- Dziękuję. - Również wyszeptałam dając mu szybkiego buziaka w usta.
- Ym nie chce nic mówić, ale ja nadal tu jestem. - Dylan chrząknął przez co dopiero teraz przypomniałam sobie, że nie byliśmy tu sami. Odsunęłam się niechętnie od mojego chłopaka.
- Pójdę już. Jakby co to czekam w pokoju - poruszył zabawnie brwiami przez co się zaśmiałam. Mój mały, znaczy nie tak mały bo to olbrzym jest, chłopczyk. Kocham go całym sercem. Gdy mój ukochany zniknął z pola widzenia, dopiero wtedy odwróciłam się do bruneta, który dziwnie się do mnie uśmiechał. Aha? Zarumieniłam się nieznacznie, ale zaraz doprowadziłam się do porządku. Odchrząknęłam i podeszłam do niego.
- Dobra koniec tych pogaduszek, trzeba ci zmienić opatrunki - mówiąc to podciągnęłam rękawy i zabrałam się do pracy. Najpierw zdjęłam wszystkie bandaże oraz przyjrzałam się bliżej ranom bruneta. Nie wyglądały za dobrze, ale co w tym dziwnego, skoro Tommo wyżył się na nim tak bardzo, że skatował Dylana na śmierć.
Zużyte opatrunki rzuciłam na tackę i wzięłam do ręki maść. Luke zawsze śmiał się z niej mówiąc, że jest magiczna. Cóż, sama nie wiem jaki był jej skład, ale była bardzo skuteczna i przyspieszała proces gojenia się ran. Wsmarowałam maść w miejsca, które tego potrzebowały i pozostawiłam je bez opatrywania na jakiś czas, by mogła wsiąknąć w poranioną skórę.
Ni stąd, ni zowąd w pomieszczeniu rozbrzmiał głos chłopaka, przez co od razu podniosłam głowę, by na niego spojrzeć.
- Dlaczego mnie nie zabijecie? Dlaczego mnie karmicie i opatrujecie rany?
Wiedziałam po barwie jego głosu, że nie łatwo mu było o to pytać. No bo kto chciałby pytać o to, czemu go po prostu nie zabijemy. Jego tęczówki skanowały uważnie moją twarz. Mogłam bardzo łatwo zobaczyć, że próbował wyczytać odpowiedzi na swoje pytania z mimiki mojej twarzy, spojrzenia, cokolwiek. W jego wzroku dosłownie wypisana była lekka desperacja i ciekawość. Specyficzna ciekawość, bo... Nie każdy chciałby przecież poznać odpowiedź na pytanie, dlaczego nie jest jeszcze martwy.
- Nie jesteśmy takimi potworami na jakich wyglądamy i o nas mówią. To prawda, zabijamy ludzi, jesteśmy bezwzględni, jeśli chodzi o to - odpowiedziałam prawie od razu bez zastawiania się. - Ciebie nie zabiliśmy tylko i wyłącznie ze względu na Veronicę. Za dużo przeżyła, a w jakiś sposób jesteś bliską jej osobą, nawet jeśli zabiłeś jej siostrę. - W co wątpię, bo nie mógłby zabić przyjaciółki. Nadal myślę, że zrobił to ktoś inny, a Dylan został kozłem ofiarnym. Tylko nadal nie rozgryzłam, czemu upiera się, że to on zrobił.
Chłopak obdarował mnie dziwnym spojrzeniem, ale już się nie odezwał. Cóż, nie musi ze mną przecież rozmawiać. Wzruszyłam jedynie ramionami i zajęłam się karmieniem bruneta. Dzisiaj na obiad mieliśmy zapiekankę. Nie jedliśmy razem tak jak zwykliśmy. Od czasu gdy Rose wyjawiła to, co trzymała w sekrecie wszyscy unikamy się jak ognia. Harry przygotował posiłek, zawołaliśmy wszystkich, lecz jakie było nasze rozczarowanie, gdy po kolei w odstępach czasowych członkowie naszej rodziny przychodzili, nakładali sobie jedzenie na talerze i wychodzili, kierując się do swoich pokoi. Gołym okiem każdy z nas z pewnością widział, co się dzieje... Więź między nami słabła z dnia na dzień. Cholera, już nawet nie jadaliśmy razem, co było codzienną tradycją od dobrych kilku lat. Bolało mnie to, bo nasza mała rodzina się rozpadała, a to najgorsze co może nas spotkać. Głównie dlatego, że przez takie coś zaczną się coraz poważniejsze kłótnie. Podobnie jak to było z Perrie. Mieliśmy z nią coraz gorsze kontakty, aż w końcu wszystko się rozpadło. Nie chcę tego powtarzać. Przecież trzymaliśmy się wszyscy razem przez tyle lat, trwaliśmy w najlepszych i najgorszych chwilach, a tu nagle przez jedno wydarzenie, jeden wyjawiony sekret i dwie osoby, które pojawiły się zupełnie znikąd w naszych życiach ma się wszystko rozsypać? Mam nadzieję, że nie tylko ja nie chcę rozpadu tej więzi między nami wszystkimi. Nie mam tego co się dzieje za złe komukolwiek, ale... Mogłoby być inaczej gdyby nie siostry O'Connor. Właściwie to wszystko ma swój cel, może właśnie tak miało być. Miały się pojawić u nas, Louis miał coś poczuć, Adrianne miała zginąć, a Ashton miał przeżyć jakąś wewnętrzną zmianę, której nie spodziewał się nikt.

- Halo? Ziemia do pielęgniarki - odchrząknął Dylan, sprowadzając mnie z powrotem z obłoków. Boże, znowu zaczęłam rozmyślać nad tym wszystkim.
- Przepraszam, ostatnio tak mam - wymamrotałam i wstałam gwałtownie z krzesła, o mało go nie wywalając na podłogę. Zabrałam tacę i z westchnieniem pożegnałam się z Dylanem, mówiąc, by krzyczał, gdyby czegoś potrzebował.
Wychodziłam właśnie z piwnicy z tacą pełną naczyń, miałam właśnie wejść do kuchni, gdy coś mignęło mi koło drzwi. Zatrzymałam się na moment odwracając w tamtą stronę i momentalnie upuściłam tacę. Wszystkie szklane przedmioty rozsypały się w drobny mak po spotkaniu z podłogą a moja ręka powędrowała do ust, które wypowiedziały tylko.
- O mój Boże.


_________________________________________
.HEJ CZEŚĆ CZOŁEM LUDZIE! 
tak jak obiecałyśmy jest rozdział. Trochę krótki, ale przejściowy i musiał się tu znaleźć. Jest naprawdę krótki, ale mamy nadzieję, że nam wybaczycie. 
Jak wrażenia? Jakieś spostrzeżenia coś się właśnie stało? 
Dodajemy dzisiaj tak jak mówiłam na nasze urodziny. 5 ma Ronnie a 6 ja
śmiesznie się złożyło, ale te osoby, które z nami są od początku to o tym wiedzą. 
Także Ronnie jeszcze raz WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO SKARBIE :*
No dobrze, więc nie będę wam tutaj się rozpisywać i zanudzać. Jak zawsze dziękujemy za wyświetlenia, komentarze :* Dziękujemy, że po prostu z nami jesteście :* 
Komentujcie, rozsyłajcie znajomym, zadawajcie pytania w zakładce "Zapytaj Familie" 
i tweetujcie pod #ShowMeRealityFF
Kocham :* A.


No siema!
Wreszcie jest ten rozdział ^^
Ann już powiedziała z jakiej okazji go wstawiamy, więc nie będę się powtarzać. No cóż, dziękujemy, że jesteście i jak zawsze prosimy was o komentowanie, tweetowanie z hasztagiem oczywiście, no i hej! Nadal możecie wysyłać nam wasze fanarty!
Wszystkiego najlepszego także dla ciebie, Addiś! ❤ 
Co do rozdziału, ahh ten nasz Dylan. Lubicie go czy nie?
Okey, to tyle, ja uciekam.
Do następnego, misie! x
W.





Z RACJI, ŻE MAŁO OSÓB KOMENTUJE ZROBIMY MAŁY SZANTAŻYK.


6 KOMÓW POD ROZDZIAŁEM = KOLEJNY ROZDZIAŁ