środa, 10 sierpnia 2016

Rozdział 47 cz.1

Perspektywa Louis'a


Mając czoło przyłożone do szachownicy ułożonej z gładkich klawiszy; białych oraz czarnych, znużony wciskałem w kółko ten sam przycisk. Jaki był mój cel poprzez robienie tego? Cóż, próbowałem jakoś przypomnieć sobie melodię, która ugrzęzła mi w podświadomości tak głęboko i daleko, że pomimo, że już tydzień minął od jej śmierci ja nadal nie mogłem wydobyć. Dokładnie, tyle już siedzę nad tym walonym fortepianem, którego jakimś cudem wnieśliśmy do mojego pokoju, po tym jak Ronnie wybuchła płaczem, błagając, by zabrać je z salonu. Sam odczuwałem ból patrząc na nie. Wiedząc, że siedziała tak jak ja teraz, że grała na nim pochłonięta tylko i wyłącznie muzyką. To mnie zabijało i było możliwie najgorszym uczuciem w moim życiu. Odczucie pustki tak głębokie, tak nie pojęte. Nawet po zabójstwie moich rodziców nie czułem się tak okropnie.Przymknąłem znowu oczy z bezsilności. Nie dawałem rady. Zawsze, gdy zamykałem oczy czy spałem widziałem ją upadającą na beton, pasma krwi, ale również uśmiech, kiedy umierając patrzyła na bezpieczną siostrę. Zabijał mnie ten widok. Zabijał mnie brak jej. Warknąłem przeciągle odrywając palca od gnębionego klawisza i zwijając dłoń w pięść upuściłem ją z impetem, uderzając wszystkie przyciski na raz, przez co w pokoju rozbrzmiały dźwięki nieprzyjemne dla ucha. Miałem już dość. Kate co chwila przychodziła, chcąc ze mną porozmawiać, ale ja zawsze zbywałem ją w ten sam sposób, więc często to ona mówiła za mnie, próbując w ten sposób chyba odciągnąć moje myśli od Ann. Nie potrzebowałem psychologa, potrzebowałem zemsty, krwawej jak nigdy dotąd zemsty. Nie chciałem się powstrzymywać i wcale bym tego nie robił gdybym spotkał chuja, który pociągnął za spust oraz samego Sean'a.Należało im się za całe to popieprzone bagno, w które teraz wpędzili Veronice. Od tygodnia, po tym jak próbowała się zabić przestała kontaktować z rzeczywistością.​ Z tego co mówi Kate, to nie jest z nią najlepiej. Cały czas siedzi na łóżku Irwina - bo chłopak po jej próbie samobójczej postanowił, że nie odstąpi jej na krok, gdyż nie chciał ryzykować - i nie odzywa się nawet słowem. Chociaż podobno nie jest już tak jak na początku, że w ogóle nie reagowała na nic. Teraz już przynajmniej odpowiadała, zwracała uwagę na niektóre rzeczy. Kate mówiła również, że nie chciała jeść. Wszyscy starali się jak mogli, by chociaż zjadła jedną kromkę, jeden kęs, ale na próżno. Nie jadła praktycznie nic, co mnie, jak i wszystkich martwiło. Jeśli dalej tak pójdzie zagłodzi się na cholerną śmierć. Chociaż mam nadzieję, że Irwin do tego nie dopuści już, bo odejście Adrianne dotknęło również jego i z pewnością nie pozwoli odejść jej siostrze. Zwłaszcza kiedy znaczy ona dla niego, z tego co widzę, całkiem sporo. Nie da się nie zauważyć, że dzięki niej Ashton zmienia się tak właściwie na dobre, co jest, można powiedzieć przełomem. Nie mam pojęcia co ma w sobie ta dziewczyna i czym różni się od innych, ale chłopak najwyraźniej to coś zauważył.Mimowolny, nieznaczny uśmiech wpłynął na moje usta na samą myśl, że nasz stary dobry Ash wróci dzięki, tylko i wyłącznie tej niskiej brunetce o wyraziście zielonych oczach, które od czasu do czasu nawet przy nim były wesołe. Próbując odciągnąć myśli od rzeczywistości znowu zacząłem poruszać opuszkami palców po klawiszach, ale nadal nie mogłem odblokować wspomnienia, kiedy dziewczyna zagrała mi swoją piosenkę. Miała co prawda napisany tekst w swoim pamiętniku. Nawet więcej kiedy mi to śpiewała, ale nic poza nim nie zostawiła. Żadnych nut, żadnych wskazówek, jakby pozostawiła to celowo. Pokręciłem z nikłym rozbawieniem głową, kiedy przez mój umysł przeszła myśl, że nawet zza grobu chciała mi dopiec, lecz zaraz zrzedła mi mina przypominając sobie, że nawet nie została pochowana, że nawet nie wiadomo co zrobiono z jej ciałem.
Boże, jak to wszystko jest pochrzanione. Czemu tak wiele trzeba w życiu poświęcić? Ludzkie życie za inną duszę. Miłość, poświęcenie i rodzina, to powinny być wartości. Nie żadna władza czy kasa. Już od dziecka mama mi to wpajała i podążałem przez życie kierując się nimi, ale dopiero teraz w pełni zrozumiałem ich prawdziwy sens i zobaczyłem osobę, która w pełni nimi żyła. Wiedziałem, że prawdopodobnie została brutalnie potraktowana przez kogoś, ale mimo iż swoim zachowaniem próbowała wszystkich od siebie odsunąć to nie porzuciła miłości do swojej siostry. Była niezwykle odważna i czytając raz za raz wersy jej piosenki wiedziałem, że coś w jej postawie się zmieniało, że chciała się otworzyć, ale broniła się przed tym uczuciem. Broniła się przed samą sobą. Wiedziałem też że planowała oddać życie za siostrę już wcześniej. Zadecydowała pewnie o tym kiedy porwali Ronnie żądając wymiany. Sam fakt, że zostawiła pamiętnik w moim pokoju świadczyć musiał o czymś, tylko nie wiem co chciała mi przez niego powiedzieć. Przez kilka pierwszych dni nie widziałem w tym nic, na przemian decydowałem się i rezygnowałem z dokończenia jej dzieła, aż w końcu potok słów sam ze mnie wypłynął. Dopisałem wszystko to co chciałem dopisać, lecz nie miałem melodii, by w pełni dokończyć dzieło.
Ponownie spojrzałem na zeszyt leżący przede mną, omiotłem spojrzeniem litery w nadziei, że wpadnie mi coś do głowy, ale kogo ja oszukiwałem, robię to od kilku dni i nie przynosi to żadnego efektu, więc czemu miałoby tym razem pomóc.
- Jesteś żałosny Lou - syknąłem na siebie, po czym wstałem gwałtownie od instrumentu przewracając przy tym stołek.
- Kto cię tak brutalnie okłamuje? - Usłyszałem za sobą. Przestraszony odwróciłem się momentalnie w stronę intruza i dostrzegłem dobrze znaną mi postać, ale nie odpowiedziałem nic, nie widziałem w tym celu. Zadawałem sobie tylko pytanie ile tu stał oraz jak wszedł do pokoju skoro zamknąłem go na klucz? A może jednak nie zamknąłem? - Były otwarte jeśli nad tym się zastanawiasz - uśmiechnął się widząc moje zdziwienie.
No tak, potrafił rozczytać mnie podobnie jak moja siostra. Nie dziwne skoro razem się wychowaliśmy. Skinąłem tylko głową. Dopiero wtedy brunet rozejrzał się dookoła i krzywiąc się lekko, zatrzymał spojrzenie ponownie na mojej osobie.
- Tornado tędy przeszło? Stary tu jest większy syf niż wtedy jak Ver rozwaliła cały pokój Kate. - Wzruszyłem ramionami sam rzucając okiem na pomieszczenie. Rzeczywiście nie wyglądało to najlepiej. Ubrania były porozrzucane po podłodze, tak samo jak zgniecione i porwane kartki papieru. Odłamki szkła po lustrze w łazience również znajdowały się na ziemi, tworząc ścieżkę do pokoju obok. Szklane ozdoby, które Kate ustawiła w moim pokoju także się na niej znajdowały, tyle tylko, że przy ścianie, na której je roztrzaskałem.
- Rzeczywiście jest gorzej - przytaknąłem pierwszy raz zabierając głos. Nawet brudne talerze po posiłku były ustawione przy drzwiach do pokoju. Boże, ostatni raz taki syf był u mnie jak miałem 16 lat i mama się na mnie wkurzała.- Dobra, stary trzeba to ogarnąć, ale najpierw choć na obiad. Może warto coś zjeść, wyglądasz jak kawał gówna - zażartował, lecz mi nie było do śmiechu.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że tak się czuję, przyjacielu - odparłem ponuro ruszając w stronę wyjścia.
- A może byś się tak ubrał? - zakpił pokazując na mnie palcem, więc przystanąłem i spojrzałem w dół.
Sam miałem ochotę się roześmiać, gdyż miałem tylko gacie na sobie. Nic więcej. Pokręciłem głową z niedowierzaniem.​​ Byłem aż tak zagłębiony we własnym umyśle, że nie zwróciłem na to uwagi. Bez pośpiechu wciągnąłem na biodra przetarte na jednym kolanie dresy i pierwszą lepszą koszulkę z długimi rękawami, które podwinąłem do łokci. Wyminąłem Stylesa, czując jak klepie mnie pokrzepiająco po plecach. Posłałem mu wdzięczny uśmiech i zszedłem na bosaka do kuchni. Gdy pojawiłem się w drzwiach momentalnie wszystkie spojrzenia wylądowały na mnie, a w pomieszczeniu zapanowała cisza, mimo iż przed moim wejściem również nie było jakoś głośno.
- Cześć - posłałem przyjaciołom wymuszony uśmiech i zająłem wolne miejsce przy stole.
Gotujący obiad Liam razem z Caroline zerknęli na mnie przez ramię i także uśmiechnęli się jakby pocieszająco. Chyba wszyscy wiedzą, a raczej domyślają się jak uderzyło we mnie zdarzenie z minionego tygodnia. Po chwili przed moim nosem wylądował talerz pełen spaghetti. Przyznam, pachniało wyśmienicie, ale z racji mojego braku apetytu na mojej twarzy pojawił się nieznaczny grymas. Nie chciałem zachowywać się jednak jak rozwydrzony bachor, musiałem się z tym wszystkim uporać. Zabrałem się więc za jedzenie usilnie wkładając je w siebie. Mój wzrok cały czas utkwiony był w talerzu, a mimo to wiedziałem, że wszyscy zerkają na mnie co jakiś czas. Przetarłem przemęczoną twarz dłonią i wstałem od stołu, gdy skończyłem posiłek. Włożyłem brudne naczynie do zlewu, a gdy już chciałem je pozmywać Caroline pojawiła się obok mnie i złapała za ramię. Spojrzałem na nią kątem oka pytająco.
- Odpuść, ja to zrobię - uśmiechnęła się krzywo i kiwnęła głową w stronę mojej siostry, zapewne oczekując ode mnie, że z nią porozmawiam. Kiedyś na pewno będę musiał to zrobić, ale nie wiem czy na razie mam o czym rozmawiać. Odwróciłem się od Caro i z zamiarem opuszczenia kuchni skierowałem się do wyjścia na dwór.
- Tommo - usłyszałem za sobą jej głos, ale nie odwróciłem się ani nie zatrzymałem. Jedyne co zrobiłem to skinąłem głową, by poszła za mną. Nie chciałem mieć widowni, wiedziałem, że się martwili o mnie, ale nie chciałem im pokazywać tego jak naprawdę ze mną jest. Kiedy moja bosa stopa dotknęła zieleni przeszedłem jeszcze parę kroków aż w końcu usiadłem po turecku na trawie, a zaraz koło mnie po jednej stronie usiadła siostra, a po drugiej Harry - co mnie wcale nie zdziwiło. Chwilę tak siedzieliśmy w zupełnej ciszy, można było tylko usłyszeć śpiewy ptaków gdzieś w oddali, oraz szum wody w oczku wodnym kilka metrów dalej. Ja nie zbyt kwapiłem do rozmowy, a oni po prostu próbowali w jak najdelikatniejszy sposób ubrać myśli w słowa.- Kate uważa, że musisz wyjść gdzieś w końcu z domu - wystrzelił nagle Hazz patrząc to na mnie to na swoją ukochaną.

- Tak.. Tak właśnie uważam - przytaknęła zaraz dodając - pomyślałam, że możecie pójść na strzelnice czy no na wyścigi...
- Ale ja się z nią nie zgodziłem - przerwał jej karcąc ją wzrokiem - Po dłuższej kłótni zgodziła się ze mną, że potrzeba ci najpierw porządnej przejażdżki, a potem imprezy.
Kathrin westchnęła cicho, ale skinęła głową na słowa Stylesa. Patrzyłem raz na chłopaka, raz na moją siostrę.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - mruknąłem niepewnie. Być może i przejażdżka choć na chwilę odciągnie moje myśli od Adrianne, ale... impreza? Wątpię, by to mogło jakkolwiek mi pomóc w zapomnieniu. Już widzę siebie na niej; siedzącego samotnie, pijącego drinka, podczas gdy tłum ludzi tańczy, a ja zagłębiam się w swoim umyśle wygrzebując na wierzch bolesne myśli i wspomnienia.
- Louis, potrzebna ci jakaś odskocznia od tego wszystkiego, jesteś przemęczony - odparł Styles. Wciąż mnie to mimo wszystko nie przekonywało.
- Jazda jest w porządku, nad imprezą się zastanowię - mruknąłem niewyraźnie i wstałem powoli z ziemi. Poczułem po chwili drobną dłoń na ramieniu. Odwróciłem głowę zerkając na zmartwioną Kate. - Dam sobie radę, spokojnie, Katy - wymusiłem krzywy uśmiech i skierowałem się z powrotem do środka.
Idąc bezszelestnie do swojego pokoju usłyszałem błagalny głos Irwina. Zmarszczyłem brwi i stanąłem w drzwiach pokoju blondyna uchylając je lekko. Chłopak siedział zgarbiony z talerzem spaghetti na kolanach i nawiniętym na widelec makaronem, którym próbował nakarmić skuloną przy ścianie dziewczynę. Ashton zerknął na mnie kątem oka i westchnął ciężko.
- Veronica, proszę, zjedz coś - wymamrotał trzymając wolną dłoń na jej kolanie i głaszcząc je kciukiem.
Oczywiście nie doczekał się żadnej reakcji, nawet na niego nie patrzyła, a jej wzrok utkwiony był w ścianę za nim. Nie sądziłem, że serio jest z nią tak źle jak mówiła Kate, ale rzeczywiście dziewczyna była w opłakanym stanie. Bluzka, którą miała na sobie wisiała na niej jak na wieszaku, albo i nawet gorzej. Czy to możliwe, że w jeden tydzień aż tak schudła? Jeszcze jak tak dalej pójdzie to serio się wygłodzi na śmierć. Od razu niesamowity ból przeszył moje ciało. Poczułem się okropnie z tą świadomością, że ja zachowywałem się jak, ktoś kto stracił kogoś ważnego, gdzie prawda była zupełnie inna. Moja zaduma, moja żałoba jest niczym w porównaniu z Ver, która straciła cały swój świat, swój powód do istnienia. Nic nie mogło się z tym równać, a ja doszedłem do tego dopiero teraz patrząc na dziewczynę.
- Ronnie proszę Cię chociaż jeden widelec, przecież ty się zagłodzisz... - Znowu przez ciszę przebił się błagalny szept Irwina.
Westchnąłem ciężko, kiedy i tym razem mu się nie udało. Dodatkowo brunetka pokręciła głową patrząc na blondyna, jednak nie odezwała się ani słowem. Niepewnym chwiejnym krokiem podszedłem do łóżka, obok którego uklęknąłem na jedno kolano i położyłem dłoń na szczupłym, a raczej wychudzonym ramieniu Veronici. Ta zerknęła na mnie kątem oka. Jej wzrok nie był już tak pusty, jak wtedy gdy patrzyła na Ashtona. Przepełniał go ból, cierpienie, strata, tęsknota... Dosłownie miliard negatywnych emocji naraz. Nie widziałem w jej mocno zielonych tęczówkach ani grama szczęścia. Brakowało tylko, by leciały z nich łzy.

- Wiesz, że to nic nie pomoże, nie zwróci ci jej. Zastanów się czy byłaby szczęśliwa widząc cię w tym stanie, czy byłaby uśmiechnięta widząc jak się wyniszczasz. Chciałaby tego? - szepnąłem patrząc prosto w jej smutne oczy, które się zaszkliły od moich słów, a twarz wygiął nieszczęsny grymas. Pokręciła głową ledwie widocznie i wzięła głęboki wdech powoli wypuszczając powietrze z płuc, po czym otworzyła delikatnie wargi biorąc do ust nawinięty makaron na widelec. Uśmiechnąłem się do niej smutno kiwając przy tym głową. Widziałem też jak Ash zdziwiony otwiera szeroko oczy, ale zaraz oprzytomniając sięgnął po kolejną porcję i ponownie wysunął w stronę dziewczyny. Wpychała w siebie na siłę, było to widać gołym okiem, no ale co poradzić, musiała coś jeść. Wstając poklepałem Irwina po plecach szepcząc ledwie słyszalnie "nie ma za co" i wiedząc, iż już nie jestem potrzebny poszedłem do siebie przygotować się na wieczór, ale też i posprzątać ten syf w pokoju.
Kiedy wczołgałem się po schodach zauważyłem, że drzwi od mojej sypialni są otworzone, a z nich dobiega ciche podśpiewywanie. Ze zdumieniem przystanąłem opierając się o framugę. W środku tak jak przypuszczałem krzątała się moja kochana siostra sprzątając rzeczy porozrzucane po pokoju. Wiem, że nie powinienem stać tak bezczynnie łępiąc się na nią, ale była taka szczęśliwa, mogąc się czymś zająć, więc jak ten palant stałem przyglądając się jej. W pewnym momencie przystanęła kiedy dotarła do fortepianu, na którym pozostawiłem otwarty pamiętnik Ann. Kate subtelnie wzięła go do ręki czytając wersy na otwartej stronie. Widziałem jak z każdą mijającą chwilą łzy zbierają się w jej oczach, zaś jej dłonie zaczynają drżeć. Odwróciłem głowę wbijając wzrok we framugę drzwi obok mnie, lecz doskonale mogłem usłyszeć jak cicho pociąga nosem i przekłada kolejną kartkę. Opuściłem powieki, a głęboki wdech wypełnił moje płuca, by po chwili powoli cicho je opuścić. Nienawidziłem patrzeć na moją siostrę w tym stanie, to był jeden z najgorszych widoków jakich mogłem doświadczyć. Płacz kogoś, na kim ci cholernie zależy i ten bolesny uścisk na sercu, kiedy łzy lecą po jej policzkach. Chrząknąłem cicho, przenosząc smutne spojrzenie na brunetkę, która jak widać nie spodziewała się nikogo w tym momencie. Pośpiesznie odłożyła notes na miejsce i wytarła dłońmi oczy. Kathrin podniosła głowę, patrząc na mnie zaszklonymi oczami. Mimowolnie posłałem jej słaby uśmiech i stawiając kilka kroków w przód stanąłem obok niej. Brunetka niemal od razu objęła mnie szczupłymi ramionami i przylgnęła do mojego torsu. Zrobiłem to samo, głaszcząc ją uspokajająco po włosach.
- O kim jest ten tekst? - szepnęła ledwie słyszalnie. Dopiero po chwili zorientowałem się o co mnie zapytała. Zerknąłem na nią, po czym po prostu pokręciłem głową wzdychając. Znała odpowiedź na to pytanie bardzo dobrze, ale chyba nie dopuszczała do siebie tej myśli.
- To jest piękne Loueh - pociągnęła nosem.
- To tylko tekst, Katy - westchnąłem. - Tylko tekst bez melodii, której nie mogę sobie przypomnieć - wyznałem głaszcząc dleikatnie jej policzek, by zetrzeć mokre stróżki po łzach.
- Na pewno sobie w końcu przypomnisz, a wtedy to będzie najpiękniejsza piosenka na świecie - uśmiechnęła się smutno, po czym dodała nieco ciszej załamanym głosem - szkoda tylko, że jedno z was nawet nie będzie miało okazji, by ją zaśpiewać.
Staliśmy tak dosyć długo. Ona wtulona we mnie, ja po prostu z zamkniętymi oczami nucąc coś, by ją uspokoić, ale nie dawało to najmniejszego efektu. Z każdą chwilą moja koszulka robiła się coraz bardziej mokra, ale mi to nie przeszkadzało. Nadal stojąc w miejscu głaskałem jej plecy z policzkiem wtulonym w jej włosy.12:38- Nie płacz, skarbie. Wszystko będzie... w porządku. - Odsunąłem ją delikatnie od siebie i posłałem jej ledwie widoczny, wymuszony uśmiech, który miał sprawić, by choć odrobinę uwierzyła w moje słowa. Jednak tak naprawdę sam w nie nie wierzyłem. Doskonale wiedziałem tak jak ona, że nic już nie będzie tak jak przedtem.
- Damy sobie jakoś radę - zapewniłem ją ponownie.
Brunetka chwilę wpatrywała się w moje oczy jakby chciała wyczytać z nich czy aby na pewno wiem co właśnie wychodzi z moich ust. Byłem tego świadom, lecz te słowa nie miały najmniejszego sensu. Przytaknęła niepewnie i ostatni raz przytuliła mnie mocno nim wyszła zostawiając mnie samego w pokoju. Westchnąłem bezradnie przecierając zmęczoną twarz dłońmi. Naprawdę potrzebowałem oderwać się od tego wszystkiego choć na chwilę, zapomnieć na parę minut i po prostu poczuć jakby nic się nie stało, jakby wszystko było... Dobrze. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, bym mógł się tak poczuć, lecz warto próbować, bo jeśli dalej tak pójdzie to skończę jak Veronica, która jest dosłownie wrakiem człowieka. 


Przebrałem się w bardziej wyjściowe rzeczy, ujarzmiłem swoje lekko przetłuszczone włosy i zszedłem na parter, gdzie czekał już na mnie Styles opierając się o framugę drzwi garażowych.
Wpatrywał się we mnie pytającym wzrokiem, prawdopodobnie chcąc upewnić się czy aby na pewno jestem w stanie i chcę tam jechać. Ledwie widocznie skinąłem głową, po czym wsiadłem do samochodu. Niespiesznie wyjechałem na, o dziwo, pustą ulicę.



~~*~~


Droga do klubu nie była taka zła, zajechaliśmy jeszcze na tor gdzie oczywiście wygrałem z Hazzą i naszym kumplem Tomem. Nie twierdzę, że się w ogóle nie starali, bo robili to aż nad to. Zawsze byli pogodzeni, że dadzą dupy, ale tym razem wiedzieli, iż muszą się postarać, bo potrzeba mi ostrej rywalizacji. A teraz zaledwie godzinę później już siedziałem w loży po dwunastym shocie a muzyka dosłownie rozrywała mi bębenki. Nie musieliśmy też się kłopotać z wychodzeniem na szluga, gdyż wszyscy dosłownie palili tam gdzie stali, nawet jakieś laski tańczyły z fajkami w ryjach, więc jak kto wolał.- Cześć przystojniaku - usłyszałem koło swojego ucha jakiś bełkotliwy głos. Odwróciłem głowę w tamtym kierunku i można powiedzieć, że od razu tego pożałowałem. Miała więcej lakieru na włosach niż moje auto. Tapetę chyba nakładała szpachlą, a ubrana była jak po prostu dziwka, która właśnie wyszła z burdelu. Nie chciałem tak zareagować, nawet nie chciałem jej w myślach obrażać, ale obrzydzały mnie takie laski.
- Wybacz, ale jestem zajęty - odparłem niechętnie lustrując jej sztuczną twarz wzrokiem.
- Oh, daj spokój, kochanie. To tylko niewinna zabawa - uśmiechnęła się szeroko ukazując perfekcyjnie proste i białe zęby.Pokręciłem głową odwracając przy okazji spojrzenie od niej. Nie chciałem i nie miałem ochoty myśleć o żadnej dziewczynie. Jeszcze nie. Wziąłem do ręki kieliszek wypełniony po brzegi czystą wódką i wlałem w siebie całą jego zawartość ignorując ponowne pieczenie w gardle. Brązowooka przejechała powoli palcem po moim torsie przygryzając pomalowaną na bordowo wargę. Moją twarz wykrzywił grymas. Chwyciłem ją lekko za nadgarstek odsuwając od siebie jej idealnie wypielęgnowaną rękę.
- Spadaj, maleńka. Ten przystojniak jest mój. - Usłyszałem głos tuż obok siebie, a zaraz po tych słowach miejsce obok mnie lekko się zapadło, a czyjaś dłoń wylądowała na moim kolanie. Zerknąłem na nią i miałem ochotę się roześmiać widząc zniesmaczoną minę blondyny na widok Stylesa.
- Pieprzone geje - mruknęła i momentalnie wstała z kanapy prawdopodobnie idąc na dalsze łowy.
- Nie ma sprawy, kochanie - zaszczebiotał Hazza, na co dostał łokciem między żebra, ale zaraz oboje śmialiśmy się donośnie. Kochałem go za to naprawdę, był już naszą rodziną w momencie jak zamieszkał wtedy z nami i byłby nawet gdyby nie chodził z moją siostrą.- Chodź do baru - poleciłem pokazując na puste kieliszki przed nami. Ten tylko skinął głową i wstając z kanapy ruszył wraz ze mną w stronę wskazaną przeze mnie. Kiedy stanęliśmy i zamówiliśmy kolejne szoty u barmana rozejrzałem się dokładnie po lokalu. Przemierzałem wzrokiem przez spocone sylwetki tańczących, schlanych typów i lasek rozmawiających blisko kibli i nie wiedząc kiedy mój wzrok znalazł osobę, której od dawna wie widziałem teraz tylko pytanie czy mój mózg nie płata mi figli i nie zaczynam mieć zwidów przez nawał emocji i alkoholu płynącego w moim organizmie.

_____________________________________________
KOOOOCCCHHHHANI!
Mamy rozdział, po ciężkich zmaganiach, ale jest! Jak wam się podoba?
Piszcie śmiało, kogo zobaczył Lou? Jak myślicie?
Wg wbiliście 30 tys wyświetleń i jeszcze te 6 komentarzy pod rozdziałem rany ludziska dziękujemy :* Kochamy was bardzo i nawet nie wiecie jak bardzo
Kolejny mam nadzieję, że się pojawi w miarę szybko, chociaż nie wiem, bo ja pracuję i jeszcze telefon mi się zepsuł, więc he he nie mam na czym pisać wg. Gosz no ja bez telefonu to jak bez rąk ;-;
No dobra powiedzcie jeszcze jak tam u was? Ostatnie 3 tyg wolnego? Jakieś palny? Bo ja załamana jestem tym że tak mało zostało i do szkoły ;(
Do dobra, pytajcie bohaterów, komentujcie, przekazujcie, polecajcie i tweetujcie, bo na twitterze się nic nie dzieje, moi drodzy! >> #ShowMeRealityFF << tweetujcie niech więcej osób się o nas dowie :* Lov ya all
Buziaki:* A.



Dzień doberek albo dobry wieczór, kochani moi. 
Wiemy, znowu się spóźniłyśmy z rozdziałem. Problem w tym, że mamy mało czasu na pisanie, a nie mamy prawie nic napisanego na zapas, co dla nas jest dosyć niekomfortową sytuacją. Przynajmniej dla mnie, nie cierpię pisać na bieżąco, to jednak jest trochę taki stres. No ale dobra, nie nudzę nie marudzę.
Ten rozdział, a raczej ta część to taka przejściowa, w drugiej będzie więcej akcji.
"A kiedy druga część?", no cóż mamy trochę napisane już, więc postaramy się być punktualnie. Także prosimy komentujcie kochani, to naprawdę dużo, a motywacja.
Przy okazji tweetujcie! :D #ShowMeRealityFF
Do następnego, buziaki :*
W.

Czytasz? Proszę pozostaw komentarz :*

wtorek, 19 lipca 2016

Rozdział 46.

*Perspektywa Ashtona*

Rozbudzony przetarłem zmęczone powieki i spojrzałem z przymrużonymi oczami na wyświetlacz mojej komórki. Prawie druga w nocy. Mlasnąłem głośno, czując nieprzyjemną suchość w ustach. Nigdy nie miałem nic do picia w pokoju, bo w sumie rzadko się przebudzałem w nocy, ale skoro już się stało, to muszę się napić. Leniwie zszedłem z łóżka i skierowałem się do kuchni, starając się być najciszej jak potrafię. Nie chciałem obudzić nikogo w domu. Otworzyłem lodówkę, a światło wydobywające się z niej dosłownie mnie oślepiło. Nie zauważyłem niestety wody mineralnej, której poszukiwałem, więc chwyciłem pierwszą z brzegu butelkę i odkręciłem. Już brałem ją do ust, kiedy kompletnie niespodziewanie usłyszałem krzyk. Po kilku sekundach dopiero dotarło do mnie do kogo on należał. W tempie ekspresowym odstawiłem butelkę na blat, nie biorąc ani łyka i pognałem na piętro o mało nie wywalając się na schodach. Wpadłem niczym huragan do pokoju Veronici, widząc jak brunetka dosłownie dusi się łzami. Usiadłem obok niej i prędko wziąłem w ramiona. Dziewczyna otworzyła oczy szeroko, gwałtownie nabierając powietrza w płuca. Spojrzała na mnie wielkimi oczyma, w których zebrała się kolejna fala łez i zaraz przyozdobiła jej rozgrzane policzki. Oddychała szybko i nierównomiernie, cicho szlochając. Chciałem przyciągnąć ją do siebie, ale odepchnęła mnie, wycofując się w kąt łóżka. Otoczyła się ramionami i kołysząc się w przód i w tył wpatrywała się w przestrzeń za mną. Ponad to światło wpadające przez okno oświetlało ledwie jej bladą jak upiór twarz. Wyglądała okropnie. Wyciągnąłem ku niej dłoń, ale ta znowu zaczęła się cofać, pomijając już zupełnie fakt, że nie miała już dokąd, gdyż jej plecy przylegały z całym naciskiem na ścianę.
- Ronnie - szepnąłem w przestrzeń, chcąc by rozpoznała w ciemnościach mój głos, lecz ona znowu jakby coś usłyszała z boku.

Odwróciła głowę w drugą stronę nagle łapiąc się za nią, po czym wydała z siebie kolejny krzyk. Czy sen nadal trzymał ją w swoich sidłach? Nie myśląc dłużej wskoczyłem na łóżko i po prostu przyciągnąłem ją do siebie, potrząsając jej bezwładnym ciałem.
- Ronnie, obudź się! - wrzasnąłem, co tym razem podziałało. Dziewczyna spojrzała na mnie przerażonym wzrokiem.
- Widziałam, zabili ją, Ashton. Zabili - wyjąkała zanosząc się donośnym płaczem.
- Uspokój się, już dobrze. To był sen - szepnąłem nie zaprzestając jej uspokajać.
Trochę to potrwało zanim przestała płakać, jednak w końcu się udało. Leżała wtulona w mój tors, prawdopodobnie powoli usypiając.
 Siedziałem tak kilka minut kołysząc się w tył i w przód z nadzieją, że Veronica zaśnie z powrotem. Słyszałem jej spokojny już oddech, więc uznałem, że odpłynęła. Cholera, mam nadzieję, że nie przyśni się jej to znowu. Zapewne miała przed oczami scenę, w której jej siostra postrzelona pada na zimny bruk. Po moich plecach przeszedł dreszcz na samo wspomnienie tego. Owinąłem ściślej ramiona wokół niej i pociągnąłem trochę wyżej, tak, że jej głowa oparta była o moje ramię. Trochę bałem się, iż może się obudzić jeszcze raz tej nocy z krzykiem, więc zrobiłem, co uznałem za słuszne, czyli zabrałem ją do swojego pokoju. Ostrożnie kładąc ją na łóżku przykryłem kołdrą. Zwinęła się dosłownie w kulkę, zaciskając piąstkę na pościeli.
Westchnąłem cicho i położyłem się ostrożnie za nią, przyciągając ją do siebie i również okrywając się po klatkę piersiową.









~~*~~

- Ashton, Ronnie nie.. - Wrzask Hemmingsa wyrwał mnie z błogiego snu.
Leniwie otworzyłem oczy patrząc na niego zirytowanym wzrokiem.
- Nie ma jej w pokoju, wiem.
- Czemu ona...? - zapytał mając otwartą buzię i pokazując palcem na coś w kącie pokoju. Zdezorientowany powędrowałem spojrzeniem w tamtym kierunku i sam aż zaniemówiłem. W rogu siedziała skulona dziewczyna, z nogami podwiniętymi pod brodę oraz szczelnie otulona drobnymi ramionami. Wzrok tak jak w nocy miała utkwiony gdzieś w ścianie i praktycznie nie mrugała. Cholera, ile ona tak tam siedziała? Znowu śniła na jawie? Czy jej psychika pokruszyła się niczym rozbita porcelana? Ostrożnie zwlokłem się z łóżka i podchodząc klęknąłem na wprost niej.
- Veronica? - odezwałem się kładąc dłoń na jej kolanie, ale ona ani nie drgnęła, ani nie mrugnęła. Tak jakby znajdowała się w jakimś transie.
- Ronnie, co się dzieje? - Zaraz obok nas pojawił się zmartwiony Luke, ale nawet i on nic nie wskórał. Zupełnie zero reakcji. Co jest kurwa? Spanikowany spojrzałem na blondyna, który już wlepiał przerażony wzrok w moją osobę. Powiedzcie, że to jest jebany sen. Znowu spojrzałem na dziewczynę tym razem potrząsając ją za ramię. Nadal nic. Wiązanka epitetów opuściła moje usta. Co ja mam teraz zrobić.
- Luke, leć po Caluma, już! - wrzasnąłem nawet się nie odwracając.

Blondyn niemal od razu słysząc moje słowa wybiegł z pokoju niczym poparzony. Usiadłem przed Veronicą, przypatrując jej się uważnie. Nie widziałem żadnych zmian na jej ciele, naprawdę zupełnie nic. Żadnych zadrapań, cięć czy siniaków, których szczerze mówiąc się spodziewałem. Cholera, byłem przerażony jej zachowaniem. Nie reagowała na zupełnie nic, jakby żyła w swoim świecie, tam głęboko w głowie, kompletnie zapominając o tym tutaj. Dosłownie po pół minucie jak nie krócej do pokoju wpadli Luke z Calumem. Odwróciłem głowę w stronę Hooda, który patrzył zdezorientowany to na mnie to na nieruchomo siedzącą przede mną dziewczynę.
- Co jej się dzieje? - zapytał, powoli kucając obok mnie.
- Nie mam pojęcia, Calum. Na nic nie reaguje, jakby jej tu nie było. Siedzi tu od nie wiem której godziny w bezruchu, nie odzywa się. Ty mi powiedz co jej jest - westchnąłem, zwracając zbolały wzrok na brunetkę. Martwiłem się o nią i to bardzo, zwłaszcza, że nie wiedziałem co się z nią działo. To z pewnością był problem w jej psychice, ale jak temu zaradzić?
Calum wystawił ostrożnie dłoń w jej stronę i pomachał przed jej oczami. Veronica w żadnym stopniu się nim nie przejęła, jednak zauważyłem, że mrugnęła. Reakcja czysto fizyczna, przecież jest człowiekiem, musi mrugać. Skrzywiłem się nieznacznie, kiedy chłopak położył dłoń na jej skrzyżowanych ramionach, ale także tym nic nie osiągnął.
- Wygląda jak sparaliżowana - mruknął.
- A jaki jest powód tego paraliżu? - Luke stojący za nami prawdopodobnie był teraz nieludzko przerażony i rwał sobie włosy z głowy.
- Nie mam pojęcia. Nie jestem psychologiem ani psychiatrą, nie stwierdzę ci choroby ani tego, co jej się teraz dzieje - pokręcił głową na boki - ale zgaduję, że to minimalna psychoza na tle depresji. Po tym co się stało z pewnością wpadła w pewnego rodzaju depresję, dowodem jest jej próba samobójcza. A z jej zachowania to wnioskuję, że jakieś zaburzenia psychiczne.
- I ty mi tu, że nie jesteś psychiatrą - prychnąłem nawet nie patrząc na przyjaciela. Wzrok miałem cały czas utkwiony w niej. - Co może ją wyciągnąć z tego stanu?
- Nie mam pojęcia, poszukam czegoś w Internecie, ale nie wiem czy będę potrafił jej pomóc. Spróbuj z nią rozmawiać albo chociaż mów do niej, może w końcu zareaguje na coś.
Kiwnąłem głową i podziękowałem mu za pomoc. Brunet opuścił mój pokój, a ja usiadłem tuż obok niej opierając się o ścianę. Delikatnie objąłem zielonooką ramieniem, lecz ta ciągle ani drgnęła. Hemmings także usiadł przed nią na moim miejscu i położył drżącą dłoń na jej ramieniu. Złożyłem długi pocałunek na jej skroni, zastanawiając się co mógłbym zrobić, by się otrząsnęła z tego chorego transu czy cokolwiek to było. Wyglądała niczym zahipnotyzowana.
- Poczekaj - szepnąłem do Luke'a i nie wiem czy to było dobrym pomysłem, ale posadziłem ją sobie na kolanach i mocno przytuliłem. - Veronica, no już, otrząśnij się, wszystko jest w porządku.
- Ronnie, skarbie, spójrz na mnie, proszę - powiedział Luke, patrząc na nią smutno.
Byłem tak bezradny i zdesperowany, żeby jakoś ją z tego wyciągnąć, że zaprezentowałem jedyne, co mi przyszło do głowy, mając gdzieś, że siedzi tutaj Hemmings. Ułożyłem prawą dłoń na jej policzku, zwróciłem ją bardziej ku sobie i po prostu przylgnąłem ustami do jej warg.

Czułem pod palcami, a raczej nie czułem żadnej reakcji z jej strony. Nic, zupełnie nic. Jej skóra nawet w minimalnym stopniu nie drgnęła, więc po prostu się odsunąłem od niej. Długo patrzyłem na jej oczy, które w tym momencie były skierowałem ku mnie, tyle że ich wyraz był wciąż pusty. Zupełnie obcy i oddalony od mnie. Gdzieś w środku poczułem nieprzyjemne ukłucie, którego dosyć dawno nie odczuwałem. Czyżbym znowu wracał do siebie? Czy naprawdę ta drobna dziewczyna sprowadzała mnie z powrotem? Nie wiem, nie znałem jeszcze odpowiedzi na to pytanie i biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację sądzę, że jeszcze długo pozostanie to dla mnie zagadką. Kciukiem ciągle gładziłem jej zimny policzek i przymknąłem powieki wzdychając boleśnie. Byłem bezradny i to mnie frustrowało najbardziej. Otworzyłem oczy napotykając niebieskie tęczówki blondyna, który patrzył się jakby nie na mnie, wyraz jego twarzy sugerował, że był zaskoczony i oniemiały. Wcale się mu nie dziwię. Sam byłbym taki na jego miejscu, bo kto w ostatnich latach widział mnie takiego? Zauważyłem, że Luke otworzył usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Jak widać był bardzo zdziwiony.
- Nie gadajmy o tym... Nie teraz - westchnąłem jedynie, gdzieś w środku przeczuwając, iż Hemmings chce zamienić ze mną kilka słów na ten temat.
Odetchnął cicho i kiwnął głową chyba rozumiejąc, że to nieodpowiedni moment na taką rozmowę. Zwiesiłem głowę, opierając brodę o czubek głowy brunetki. Przed oczami dosłownie przeleciało mi kilka chwil, kiedy zabrałem ją nad jezioro. Teraz też siedziała zupełnie nieruchomo na moich kolanach, wtulona we mnie i gdyby nie fakt, że ani trochę nie kontaktowała z rzeczywistością to cieszyłbym się.
- Co zrobimy, jeśli nie wróci do... świadomości? - Usłyszałem ciche pytanie jakby z oddali, bo byłem pogrążony we własnym wyimaginowanym świecie, zupełnie jak Veronica. Tylko że prawdopodobnie ja potrafiłem odróżnić go od rzeczywistości i umiałem do niej wrócić. A z nią coś jest nie tak. - Może zawieziemy ją do szpitala?
- Jeśli będzie trzeba - kiwnąłem głową, wzruszając przy tym ramionami, a z moich ust uleciało kolejne westchnienie. Byłem tak cholernie bezradny głównie dlatego, że nie wiedziałem jak mam ją przywrócić na ziemię. Nawet nie wiedziałem co się z nią dzieje, szlag by to! Przymknąłem na moment oczy i ponownie je otwierając wstałem z nią na rękach na równe nogi, po czym po prostu przeniosłem na łóżko, delikatnie ją na nim sadzając.

Oczywiście podczas tych działań, nawet się nie poruszyła, a co mam dopiero mówić o powiedzeniu  czegokolwiek. Więc tak zupełnie bezradny usiadłem na skraju łóżka i po prostu się na nią patrzyłem. Dopiero teraz zauważyłem jak okropnie wygląda, puste oczy, czerwona od płaczu, a może zmęczenia twarz? Śińce pod oczami pokazywały ile tak na dobrą sprawę przeszła przez te kilka dni. Włosy na głowie zupełnie przetłuszczone i potargane, jak z horroru wyjęte. Jednym słowem wyglądała strasznie. Przejechałem dłonią wzdłuż jej ramienia aż dotarłem do jej zabandażowanych nadgarstków. Wcześniej biały materiał zabarwiony został na czerwony, wręcz ciemny kolor, co mogło oznaczać tylko jedno - szwy puściły. Delikatnie ująłem jej dłoń i powoli zacząłem zdejmować opatrunek. Tak jak podejrzewałem niektóre ze szwów zostały poluzowane, a na jej nadgarstku zaschła krew i to duża ilość.
- Przynieś świeży bandać, nić i igłę - wymamrotałem, nawet nie zwracając wzroku w stronę Hemmingsa.
Blondyn od razu na moje słowa zerwał się i popędził do łazienki, z której po krótkiej chwili wrócił z wspomnianymi przeze mnie rzeczami, a nawet kilkoma więcej. Położył wszystko obok mnie, przypatrując mi się rozgorączkowanym spojrzeniem. Zerknąłem na niego kątem oka. Doskonale widziałem, że się bał i stresował. Ja też, jednak umiałem tego nie pokazywać. Ostrożnie wyciągnąłem poluzowane szwy zaciskając przy tym usta. Cholera, byłem przerażony, że mogę jej coś zrobić. Przetarłem delikatnie powoli gojącą się ranę spirytusem, wziąłem głęboki wdech i wbiłem igłę w jej cienką bladą skórę. W tym momencie do moich uszu dotarł przeciągły jęk bólu. Spojrzałem przestraszony na Veronicę, która zaciskała oczy i usta wciskając tył głowy w poduszkę. Luke momentalnie pojawił się obok niej, układając dłoń na policzku brunetki. Mój Boże, chyba wróciła do "żywych". Przepełniła mnie wielka ulga, że jednak nic jej nie jest i reaguje na cokolwiek. Ocknąłem się jednak widząc, że dziewczyna cierpi i wziąłem się czym prędzej za zszycie rany.
- Ronnie? - Jej imię rozbrzmiało wśród ciszy.
Tylko na tyle było mnie stać, bo co innego mogłem powiedzieć? Ta, ku naszemu zdziwieniu, poruszyła głową unosząc ją tak, że patrzyła prosto w moje oczy. Spojrzała na mnie pierwszy raz od tej naszej ostrej wymianie zdań tuż po tym jak się obudziła, lecz to spojrzenie nie było już takie samo. Pomimo, że kontaktowała w jej oczach panowała pustka. Nie widziałem ani obrzydzenia, ani strachu. Żadnych z tych emocji, którymi zazwyczaj mnie dażyła.
Głośno wypuściłem powietrze z ust i położyłem delikatnie jej zranioną dłoń na łóżku.
- Boże, Ronnie - wydukał Luke, który zaraz pojawił się obok mnie i zamknął w swoich dłoniach jej drobną piąstkę. - Wszystko w porządku? - szepnął, pochylając się nad nią.
Dosłownie odruchowo podniosłem rękę do jego ramienia, by nie przybliżał się do niej bardziej, ale oczywiście nie zrobiłem tego. Nie mogłem i nie powinienem. Luke jest jej przyjacielem i z pewnością go teraz potrzebuje.
Hemmings westchnął ciężko, gdy nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Kątem oka widziałem jak ich palce się splatają. Nie do końca znane mi uczucie ścisnęło mi serce na ten widok. Miałem ochotę po prostu na niego wrzasnąć, chociaż nie miałem powodu. Co się ze mną, cholera, dzieje? Podejrzewam, że na to pytanie szybko nie uzyskam odpowiedzi.


________________________________________________

Witam moi kochani,
Mamy rozdział! Cieszy się ktoś? My na pewno. Jak wrażenia? Jakieś koncepcje tego co będzie dalej?
A jak tam wakacje? Ja siedze na Helu, wyleguje się jak foka na plaży, jest suppi, jeśli ktoś kto to czyta, też tu jest, to piszcie chętnie się spotkam ;3 a wy gdzie jesteście i co robicie? 
Dziękujemy za komentarze oraz wyswietlenia, mamy już prawie 30 tys wyswietleń wow ludzie o,O
No nic, już nie będę przedłużać. Komentujcie, tweetujcie #ShowMeRealityFF, pytajcie familie oraz po prostu dobrze się bawcie na wakacjach ;* 
Kocham Was ;* 
A.


Dzień doberek/dobry wieczór, misie! :*
Tak, wow, udało nam się spiąć poślady i wreszcie wrzucić rozdział. Jak wam się on podoba? Lukey jest coraz słodszy z każdym rozdziałem, jejku. A co sądzicie o Ashu? Czyżby się zmieniał? 😏 miejmy nadzieję.
A jak wakacje? Ja sobie siedzę w Bułgarii od tygodnia i współczuję wam w Polsce, masakra jakaś. Ja tu mam mega upały :p
Dobra, nie rozpisuję się, lecę właśnie do delfinarium hyhy ^^
Komentujcie, tweetujcie #ShowMeRealityFF, rozsyłajcie po znajomkach!
Do następnego, buziaki <3
W.





Czytasz? Prosimy skomentuj ;*

niedziela, 26 czerwca 2016

Rozdział 45.

*Perspektywa Harry'ego*

Zakręciłem korki, odcinając dopływ wody, która jeszcze chwilę temu koiła moje nerwy i wyszedłem z kabiny prysznicowej. Chwyciłem ręcznik w dłonie od razu przecierając nim ciało, po czym również dokładnie wytarłem włosy, by choć trochę je osuszyć. Po tych czynnościach naciągnąłem na tyłek bokserki i dopiero wtedy spojrzałem w lustro wiszące na sąsiedniej ścianie i szczerze powiedziawszy trochę się przeraziłem widząc swoją twarz. Widać było na niej oznaki bitwy oraz zmęczenia. Siniak na policzku, oraz rozcięta warga przypominały mi ile straciliśmy tego dnia oraz całkowicie nie pozwalały mi zapomnieć ile poświęciliśmy. Westchnąłem ciężko przeczesując loki dłonią i gasząc światło wyszedłem z pomieszczenia.
Od razu moim oczom ukazała się brunetka siedząca po turecku na środku łóżka, która wlepiała swoje cudowne niebieskie tęczówki w krajobraz za oknem. Moja słodka Kate. Zawsze tak robiła kiedy czymś się przejmowała aż nadto, uwielbiałem patrzeć na nią zawsze i wszędzie i również teraz bym to robił, gdyby nie cichy szloch, który wydarł się z jej piersi. W oka mgnieniu znalazłem się obok niej biorąc ją w swoje ramiona i nie musiałem długo czekać, żeby i ona mocno się we mnie wtuliła.
- Co się dzieje, słońce? - wyszeptałem w jej włosy, jeżdżąc dłonią po jej plecach.
Zawsze ją to uspokajało, więc może i teraz podziała. Poczekałem aż przestanie płakać choć trochę, a gdy odsunęła się ode mnie na niewielką odległość uniosłem rękę i kciukiem starłem łzy z jej policzków.
- Po prostu... Chwila słabości. Przerosło mnie to - odparła cicho, kręcąc głową na boki.
- Wiem, jesteśmy w trudnej sytuacji - westchnąłem - ale jakoś z tego wyjdziemy, jak zawsze.
Próbowałem ją pocieszyć, chociaż sam ledwie wierzyłem w te słowa. Wszystko w tym momencie chyba wisiało na włosku. Chociaż bywało gorzej, odkąd siostry tutaj zamieszkały. Mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej.
Położyłem się na łóżku, opierając głowę o wysoko położoną poduszkę i pociągnąłem Kathrin tak, że po chwili leżała na mojej klatce, a jej drobne ramię owijało się wokół mojego pasa. Uśmiechnąłem się delikatnie na ten widok i złożyłem długi pocałunek na czole brunetki.
- Ciekawe co teraz dzieje się z Zaynem - wymamrotała cicho, jakby nie była pewna czy w ogóle powiedzieć to na głos.
- Nie mam pojęcia co może z nim być teraz. Może chodzi od klubu do klubu i pije, może się ściga, może zamieszkał u jakiegoś kumpla. Albo też zaczął jakoś zarabiać i próbuje sobie ułożyć życie po swojemu? Bez nas? Bez niej.
- Wszystko jest możliwe - wzruszyła ramionami i bardziej wtuliła policzek w mój bark, trącając czubkiem nosa płatek mojego ucha - Musi mu być ciężko. Wiesz, stracił dziewczynę i jeszcze nas opuścił. Przecież mógł z nami zostać, pomoglibyśmy mu ze stratą, jesteśmy rodziną - szeptała w moje ramię, co chwile cicho pociągając nosem.
Oh, moja kochana Kate, zawsze martwiła się bardziej o innych niż o samą siebie, to był jeden z powodów, dla których tak bardzo ją kocham i nie wyobrażam sobie życie bez niej.

- Skarbie, zrobił tak jak uważał, że będzie najodpowiedniej. Ten dom ma w sobie tak wiele z niej. Mimo iż nie każdy ją lubił to tak jakby była naszą rodziną, wiemy jaka była naprawdę i sam Malik to wie, skoro stracił dla niej głowę - westchnąłem robiąc kółeczka na skórze brunetki. - Po prostu uszanujmy jego decyzję.
- Harry, ale on jest zupełnie sam - jęknęła cicho podnosząc głowę tak, że patrzyłem na jej śliczne szare tęczówki. Uśmiechnąłem się do niej lekko, by w jakiś sposób ukazać jej, żeby się nie przejmowała, ale niczym takim mi nie odpowiedziała, więc ułożyłem dłoń na jej policzku, a ta się w nią wtuliła przymykając na moment oczy.
- Kiedy umarła Hope, pamiętasz jak Ashton był zdruzgotany? Jak zniknął na całe pół roku i nikt nie wiedział co się z nim działo? - spytałem, a dziewczyna tylko skinęła głową, więc dalej kontynuowałem. - Potrzebował chwili namysłu, co prawda był to długi proces, ale w tym czasie my wszyscy przypominaliśmy mu o niej, co było dla niego bardziej bolesne.
- Tak, wiem - westchnęła, zastanawiając się pewnie co powiedzieć - ale wiesz, że kiedy zostaje się samemu to jest trudniej, znacznie trudniej. Spójrz na Veronicę, widzisz do czego się posunęła po stracie Adrianne.
- Ale skarbie, widzisz w jakiej O'Connor jest sytuacji. Straciła dosłownie wszystko i wszystkich, w dodatku ma do czynienia z nami, co tylko pogarsza pewnie jej psychikę - powiedziałem patrząc na Kate zbolałym wzrokiem. - Zayn da sobie radę. Wiesz jaki jest, on zachowuje wszystko dla siebie, musi przemyśleć co się stało i wysnuć odpowiednie wnioski. Nie potrzebuje jeszcze, byśmy gadali mu nad uchem że będzie dobrze, rozumiesz?
Brunetka kiwnęła głową lekko, przymykając przy tym oczy. Złożyłem pocałunek na jej głowie i ułożyłem dłoń na policzku dziewczyny.
- Kocham cię, Harry - szepnęła i złączyła nasze usta w czułym pocałunku, który natychmiast odwzajemniłem.
- Nie chciałabym wam przeszkadzać. - W pomieszczeniu rozbrzmiał głos Caroline, która wbiła nam bez pukania do pokoju. Oderwałem się leniwie od Kate i oboje spojrzeliśmy na brunetkę.
- Co jest, Caro?
- Veronica się obudziła. Jest z nią teraz Luke, a Ashton wyszedł nieźle wkurzony z domu - wyrzuciła z siebie, po czym opierając się o ścianę obserwowała naszą reakcje. Cóż, zaskoczenia wielkiego nie ma jeśli chodzi o Irwina, bo ten ostatnio aż nadmiernie ukazywał swoje zdenerwowanie, a co do reszty to Kate od razu wyprostowała plecy patrząc na mnie z tymi iskierkami oznaczającymi nic więcej poza nadzieją.
- Wszystko z nią w porządku? - zapytała zwracając wzrok ku Caroline.
- Wydaje mi się, że tak.
Tomlinson od razu po jej słowach zerwała się z łóżka, prawdopodobnie chcąc już iść sprawdzić jak z Veronicą.
- Kathrin, zostawmy ją na razie z Luke'iem - mruknąłem, kładąc dłoń na ramieniu brunetki. - Na pewno to wszystko przeżywa i lepiej, by teraz była z nim.
- Masz rację... dajmy jej odpocząć - westchnęła smutno Kate kiwając głową.
Smith wyszła z naszego pokoju, zostawiając nas samych. Siedzieliśmy kilka minut w ciszy, bo żadne z nas nie wiedziało jak zacząć rozmowę.
 - Myślisz, że ona da sobie radę? - mruknęła w końcu dziewczyna wpatrując się ze zmarszczonymi w konsternacji brwiami przed siebie.
- Odebrano życie jej siostrze, która była prawdopodobnie jej ostatnią nadzieją. Jest zmuszona do mieszkania z nami, okazało się, iż jej rodzice i przyjaciel to kłamcy. Nie wiem czy zdoła to wszystko udźwignąć - odparłem cicho.
Objąłem brunetkę ramieniem i ucałowałem w skroń.
- Chodźmy na śniadanie - mruknąłem do jej ucha przejeżdżając nosem po policzku szarookiej.
Kathrin wstała z łóżka, więc zrobiłem to samo. Wciągnąłem na swoje biodra pierwsze lepsze spodnie, jakie znalazłem i założyłem jakiś szary podkoszulek. Objąłem czekającą na mnie dziewczynę w pasie i wyszedłem z pomieszczenia kierując się na dół. W kuchni panowała ponura atmosfera, wszyscy siedzieli przy stole przygnębieni. W dodatku nikt się nie odzywał nawet słowem, więc również było głucho, nie tak jak zawsze. Zrobiłem dwie mocne kawy, które, mam nadzieję, postawią mnie i Kate na nogi oraz kilka kanapek, po czym podstawiłem wszystko pod nos mojej kochanej dziewczynie. Ta posłała mi delikatny uśmiech i zaczęła jeść.
- Wie ktoś czy Ashton już wrócił? - podniosła nagle głowę przejeżdżając wzrokiem po wszystkich przebywających w kuchni. - I czy ktoś może mi powiedzieć gdzie jest Loueh?
- Z tego co wiem - odezwał się po dłuższej ciszy Calum - to Irwin niestety jeszcze nie wrócił.
- A co do Lou to chyba nie ma go od wczoraj - wtrąciła Rose siedząca obok chłopaka.
- Jak to od wczoraj? - pisnęła nagle prostując się na siedzeniu. - Wiedziałeś o tym, Harry?
- Na mnie nie patrz - uniosłem ręce w obronnym geście kręcąc przy tym głową. - Wyszedł rano i powiedział, że nie wie kiedy wróci. Myślałem, że już dawno siedzi w swoim pokoju.
- I nikt tego nie sprawdził? - wrzasnęła, podnosząc się z krzesła, w ostatniej chwili chwyciłem za jej nadgarstek obracając ją w swoim kierunku.
- Gdzie ty idziesz? - zapytałem patrząc na jej wściekłą, ale zarazem zatroskaną twarz.
- Jak to gdzie? Po telefon, przecież ten matoł mógł zrobić coś głupiego.
Spojrzałem na nią niepewnie, lecz puściłem jej nadgarstek z westchnieniem. Od razu wyszła, a raczej wybiegła z pomieszczenia i po chwili wróciła wpatrzona w swoją komórkę. Przyłożyła ją do ucha, przygryzając nerwowo dolną wargę. Słyszałem, że po kilku sygnałach odezwała się poczta głosowa. Brunetka westchnęła cicho, a nadzieja uciekła z jej oczu. Zastąpił ją smutek i troska. Podszedłem do niej chcąc ją przytulić, jednak ta odskoczyła ode mnie jak poparzona, gdy w domu rozbrzmiał trzask drzwi wejściowych. Już chciała wybiec na korytarz z nadzieją, że zobaczy tam Louisa, lecz w przed oczami jedynie mignęła nam postać Ashtona, który szybkim krokiem kierował się najprawdopodobniej do swojego pokoju. Mimo iż nie był to brat Kathrin, to ona i tak pobiegła za chłopakiem. Irwin był zapewne wkurzony, co nie niosło za sobą nic dobrego, zwłaszcza osobie, która go zaczepiała. Prędko poszedłem za Kate, a gdy trafiłem do ostatniego korytarza widziałem, jak drzwi przed jej nosem zamykają się z hukiem. Brunetka zrezygnowana parsknęła cicho pod nosem i oparła się ramieniem o ścianę obok niej. Ostrożnie objąłem ją i ułożyłem brodę na czubku jej głowy.
- Ashton możesz ze mną pogadać, a nie zachowywać się jak dupek? - zapytała na tyle głośno, by chłopak usłyszał.
- Nie mamy o czym gadać - warknął przez powłokę i śmiało mogłem stwierdzić, że siedzi pod drzwiami, opierając się o nie.
- Właśnie, że mamy - odpowiedziała mu dziewczyna, na co usłyszała w odpowiedzi, by się waliła. Szczerze powiedziawszy nie chciałbym być teraz w jego skórze, za krótko chyba ją jeszcze zna, żeby wiedzieć, że ta kobieta to diabeł i anioł w jednej osóbce. Nie bez powodu jest prawą ręką Louisa, w końcu jest prawie tak samo nieobliczalna jak on, tyle, że to dziewczyna i ma więcej empatii i nieco mniej psychopatycznych pobudek. Ułożyłem dłoń na jej i ścisnąłem ją mocno, by w jakimś stopniu pomóc jej się opanować, ale już było trochę za późno. Jej klatka unosiła się bardzo szybko i wiedziałem, że to kwestia czasu, aby straciła kontrole i po prostu wpadła do pokoju blondyna i mu przywaliła.
- Kate, opanuj się - szepnąłem jej do ucha delikatnie je przy okazji muskając ustami.
- Kochanie, możesz mnie proszę puścić?
Brunetka delikatnie ścisnęła moją dłoń, dając mi tym znak, bym po prostu odpuścił i że ma wszystko pod całkowitą kontrolą. Cóż więc co ja mogłem innego zrobić? Nic. Pozostało mi tylko spełnić jej prośbę, nie dlatego, że byłem pizdą i kobieta mną rządziła, nie, nic bardziej mylnego. Ja po prostu wiedziałem do czego jest zdolna. Bez przygotowania potrafiła strzelać do celów wielkości orzecha laskowego, więc jeśli była wściekła, po prostu nie wchodziłem jej w drogę, ale czuwałem, by nic sobie nie zrobiła. Ona również nie wtrącała się do moich spraw, ale zawsze interweniowała, jeśli zachodziły one za daleko. Taką po prostu zawarliśmy umowę. Westchnąłem ciężko wypuszczając ją z objęć, dziewczyna natomiast posłała mi słaby uśmiech, zapewniając mnie, że nic się wielkiego nie dzieje i zaraz wparowała do pokoju Irwina, prawie, że go taranując. Wkroczyłem za nią, w razie potrzeby zatrzymania jej. Bardziej bałem się o niego aniżeli o Kate w tej chwili. Stanęła przed Irwinem, który poderwał się na równe nogi i po prostu wymierzyła mu prawego sierpowego w twarz, aż szczęka mnie zabolała na ten widok. Jego głowa odskoczyła w bok, tak iż stracił równowagę i osunął się po ścianie, zaskoczony patrząc na moją dziewczynę.
- To, że jesteś starszy nie upoważnia cię do cholery, aby się tak do mnie zwracać. Jeśli masz problem egzystencjalny to po prostu powiedz, a nie zachowujesz się jak rozpieszczony pięciolatek! Mam dość, że zwracasz się do wszystkich bez jakiegokolwiek szacunku! Wszyscy do chuja za tobą stali. Wszyscy cię tolerowali. Tolerowali dupka i chuja jakim się stałeś, ale wiesz co? Za daleko w to brniesz, za długo. Twój limit się skończył. Więc proszę, teraz, kurwa, wstań i powiedz to, co masz mi do powiedzenia w twarz, a nie przez cholerne drzwi - krzyknęła górując nad nim.
Nie powiem, była niesamowicie pociągająca w tym wydaniu. Nic nie poradzę, że Kate tracąca panowanie nad sobą mnie podnieca. Jestem tylko facetem no nic na to nie poradzę.
- Nie powinnaś tego robić - syknął Ashton wycierając strużkę krwi wypływającej z kącika jego ust. Parsknąłem cicho pod nosem na jego słowa, ale chyba zrobiłem to za głośno, bo zwróciłem tym uwagę blondyna, który spiorunował mnie wzrokiem.
- Bo co? Myślisz, że się ciebie boję? No to sobie coś wyjaśnijmy. - Nawet kiedy stała do mnie tyłem, mogłem wyczuć, że uśmiechnęła się szyderczo, po czym kucnęła, tak by być na równi z chłopakiem. - Jestem w tej branży dużo dłużej niż ty, przeżyłam sto razy więcej i uwierz mi, przy mnie i moim wyszkoleniu, to tak trochę wychodzisz na bezbronne dziecko - pochyliła się i pstryknęła go w nos, przez co na jego twarz wkradł się grymas niezadowolenia. - Więc radziłabym uważać zanim coś palniesz - sprostowała, siadając po turecku na dywanie splatając ręce przed sobą. Kurcze, myślałem, że będzie nieco więcej się działo, ale najwidoczniej taką taktykę sobie moja kochana obrała, więc nie będę niczego kwestionować. - Dobra, a teraz ze mną grzecznie porozmawiasz - rzekła głosem nie znoszącym sprzeciwu, lecz kiedy chłopak już otwierał usta, by coś odrzec, ta zmroziła go wzrokiem, więc od razu się zamknął. - Gdzie byłeś?
- Nie powinno cię to obchodzić.
- Ale obchodzi Ashton. Kiedy w końcu dojdzie to do ciebie, że są ludzie, którym na tobie zależy? - zapytała Kate niezwykle spokojnie i łagodnie, zupełnie tak, jakby po tej rozwścieczonej dziewczynie ślad zaginął. Jakby w ogóle jej tu nie było.
Irwin jedynie spojrzał na nią z kpiącym uśmieszkiem wzruszając ramionami.
- Jeśli tak wam to przeszkadza to dlaczego po prostu mnie nie wyrzucicie stąd?
Kathrin wzięła głęboki oddech przymykając oczy. Nie chciała ponownie wybuchnąć przez niego.
- Jesteśmy rodziną, wszyscy tutaj. Nie pojąłeś tego do tej pory? - Ash już chciał odpowiedzieć, jednak brunetka kontynuowała - a czy ty wyrzuciłbyś Perrie, gdyby żyła i nadal była tutaj z nami?
Kędzierzawy spojrzał na nią z szerzej otwartymi oczami, po czym spuścił głowę wzdychając cicho.
- Nie. Nie zrobiłbym tego.
- Dlaczego? Przecież zachowywała się wszyscy wiemy jak.
Ashton chwilę wahał się nad odpowiedzią, jednak uniósł głowę patrząc na Kate z grymasem na twarzy.
- Tak nie można. Nawet jeśli się tak zachowywała to nie zrobiłbym tego... Była jedną z nas - wymamrotał zmieszany.
- Więc już rozumiesz, mam nadzieję.
Chłopak kiwnął głową potwierdzająco. Byłem wręcz zdziwiony, że Ash pokazuje tyle pokory i to wobec Kathrin.
- Więc powiesz mi gdzie byłeś? - zapytała ponownie.
- W miejscu, w którym byłem z Veronicą po tym jak zemdlały - wymamrotał cicho.
Chwila moment... Kiedy zemdlały? To było wtedy, gdy wrócili w nocy cali mokrzy. Rozmawiałem z nim po tym i, cholera, to mi mówi coraz bardziej, że O'Connor nie jest obojętna Irwinowi.
- Oh - wyrwało się Tomlinson i zaraz odwróciła ku mnie wzrok posyłając mi zdziwione spojrzenie. Chyba myślała o zupełnie innym miejscu jego przebywania, cóż, ja też nie uważałem, że tam pójdzie, bo to w końcu Irwin. Mogliśmy się spodziewać jakiejś speluny, a nawet i burdelu, nie byłbym wcale zdziwiony gdyby nam o tym powiedział, przez pewien okres kiedy pół roku po śmierci Hope wrócił do nas, nie było chyba żadnego dnia, kiedy nie sprowadzałby do domu jakiejś wywłoki lub nie wychodził na całe tygodnie. Taki był przez długi okres i szczerze, nie mam pojęcia kiedy z tym skończył, z czasem chodził coraz rzadziej i ograniczył takie spotkania z dziwkami, bo no przepraszam, ale kobietami ich nazwać nie mogę, skoro aż tak się nie szanowały.
- Nie takiej odpowiedzi oczekiwałaś? - odezwał się nagle Irwin patrząc to na mnie, to na Kate. Jednak przez dłuższy czas nie uzyskał odpowiedzi. - Taa, kumam - prychnął pod nosem i powoli podniósł się do pionu.
- Ashton.. - zaczęła brunetka, lecz on uciszył ją gestem ręki.
- Rozumiem, oczekiwaliście raczej, że byłem się schlać albo sobie polazłem, by przeruchać laski. Widzę za jakiego mnie macie, nie musisz się tłumaczyć - bąknął odwracając na moment głowę ku mnie. - A jeśli zastanawiacie się gdzie jest Tommo, to siedzi w magazynach, coś planuje, ale nie wchodziłem zbytnio w szczegóły.
- Sam wiesz jaki byłeś wtedy. Mieliśmy nadzieję, że... - zacząłem, patrząc na niego dosłownie z przepraszającym wzrokiem. Doskonale widziałem, że to go w pewnym stopniu dotknęło.
- Że zmieniłem się? Chyba jednak w to nie wierzyliście skoro myśleliście, że znów poszedłem się spić - prychnął nawet nie odwracając się w moją stronę i zwyczajnie opuścił pokój z trzaskiem drzwi.
Westchnąwszy bezradnie przeczesałem dłonią włosy i spojrzałem na Kate, która również przypatrywała się mojej osobie.
- Może on naprawdę się zmienił? Minęły dwa lata, w dodatku Veronica... Wiesz o co mi chodzi, Harry.
- Wiem, wiem - skinąłem głową. - Nie powinniśmy byli w ten sposób zareagować, ale to było po prostu dziwne. - Moja twarz skrzywiła się w nieokreślonym grymasie.
- Jedźmy do Louisa. Boję się co on tam wymyśla.
- Tak, chyba powinniśmy.
Razem z Kathrin skierowaliśmy się do garażu i wsiedliśmy do mojego samochodu. Oczywiście Tomlinson włączyła radio, a ja skupiłem się na drodze nucąc pod nosem aktualnie lecącą z głośników piosenkę. Widziałem kątem oka jak Katy się do mnie uśmiecha. Odwzajemniłem gest i na chwilę odwróciłem głowę w jej stronę, a ta jakby wiedziała, że to zrobię, niemal od razu cmoknęła mnie prosto w usta. Z moich ust uleciał cichy śmiech, gdy odwracałem wzrok z powrotem na jezdnię. Ogólnie droga zleciała nam dosyć szybko, dlatego że na ulicach było mało samochodów i jechałem z dużą prędkością. Wysiadłem z auta na podziemnym parkingu, gdzie było w tej chwili jedynie moje cacko. Nie zamykając go na klucz ruszyłem z Kate do magazynu, w którym ponoć siedział Tommo. Po wejściu dostrzegłem kilka rozłożonych map na stole, kilka zwiniętych na podłodze oraz jakieś dokumenty, którym chciałem się przyjrzeć. Nie wiedziałem co Tomlinson planuje, ale jego skupiona twarz i fakt, iż nawet nie odwrócił wzroku choć na moment w naszą stronę mnie trochę zdziwił.
Razem z Kate podeszliśmy do niego stając za jego plecami tak, że widzieliśmy dokładnie to czemu się przyglądał. Śledziłem dokładnie tekst co chwila marszcząc brwi, próbując poskładać w całość to co zamierza. W końcu jesteśmy przyjaciółmi i potrafię myśleć dokładnie tak jak on, nie we wszystkich sytuacjach oczywiście, ale w większości przypadków tak mam.

- Lou.. co ty robisz? - zaczęła cicho Kate dotykając ramienia brata, ale ja nie musiałem słyszeć odpowiedzi, dokładnie już wiedziałem co on chce zrobić.
- Stary wiesz, że to jest prawie nie wykonalne? - zapytałem biorąc do ręki jedną z kartek, na której były plany budynku i zakreślone na niej czerwone kółka.
- Jest wykonalne - warknął odwracając w moją stronę głowę.
- Ty chyba upadłeś na głowę, nie da się dostać do ich kwatery - wypowiedziałem to kątem oka patrząc na Kate, by mnie jakoś wsparła i po jej minie wywnioskowałem, że już domyśliła się wszystkiego.
- Lou, nie rób nic pośpiesznie i pod wpływem silnych emocji. - Zrobiła krok w przód stając twarzą w twarz z bratem, znaczy nie tak dosłownie, gdyż była ona od niego mniejsza o pół głowy.
- Wiesz, że ona ma rację Tommo, zemścimy się, ale nie w taki sposób.
Louis przez moment milczał skanując oczy siostry, która z równą intensywnością wpatrywała się w jego. W końcu z konsternacją przygryzł dolną wargę kiwając powoli głową, jakby odpowiadał na nieme pytanie swojej siostry. Odetchnąłem z ulgą i poklepałem przyjaciela po ramieniu.
- Zrobimy to jak nadarzy się odpowiednia okazja, ale na pewno nie w ten samobójczy sposób, który tu opracowywałeś - oznajmiłem spokojnym już tonem. - Wracamy do domu?
- W porządku - westchnął bezradnie. - Idźcie już, ja to ogarnę.
Kiwnąłem niepewnie głową i chwytając delikatnie Kathrin za łokieć wyszedłem z magazynu, gdyż wiedziałem, że nie będzie chciała wychodzić bez Louisa mimo wszystko. Wsiadłem za kierownicę, zaś Kate usiadła z tyłu opierając się ramieniem o drzwi z prawej strony auta. Po kilku minutach, które przesiedziałem w ciszy oraz, które zdawało mi się, że trwały wieczność, Louis wsiadł na siedzenie obok mnie i zapiął pas. Gdy wyjeżdżałem z parkingu powoli robiło się ciemno, zaś godzina na zegarku wskazywała już dwudziestą, więc tak wcześnie jak myślałem nie było. Wysiadłszy z wozu, który zaparkowałem w garażu, ujrzałem Luke'a opierającego się o stolik z butelką piwa w ręce.
- Już szerzysz alkoholizm? - zapytałem z drwiną rzucając w jego stronę jakiegoś cukierka, który walał się po mojej Mazdzie.
- Jest 20, więc już mogę - wystawił w moją stronę język unikając oczywiście rzucanej przeze mnie rzeczy. Pokręciłem tylko bezradnie głową i bez zbędnych dyskusji z blondynem skierowałem się ku wyjściu, ale przystanąłem, kiedy w pomieszczeniu rozległ się głos Kate.
- Czemu nie pilnujesz Veronici?  - Na to pytanie odwróciłem się do nich przodem, więc spokojnie mogłem obserwować reakcje Luke'a.
- Zasnęła - wzruszył ramionami biorąc duży łyk piwa. - Siedziałem z nią przez godzinę, ale jak stwierdziłem, że śpi wyszedłem. 

- A nie miałeś z nią siedzieć cały czas? - Kate znowu zadała pytanie tym razem z nieco większą pretensją w głosie.
- Kate, ona śpi, nie rób awantury.
- Ja nie robię awantury. Myślałam, że po wczorajszej akcji któreś z was zmądrzało.
- Oj, zluzuj stanik kobieto, rozmawiałem z nią o tym - wywrócił oczami i siadając na podłodze już więcej się nie odezwał, nawet jak brunetka zaczęła go wyzywać od idiotów. Doszłoby do rękoczynów, gdyby nie Lou, który wziął ją na ręce i wyniósł z garażu. 
- Ja już ją wezmę - powiedziałem do przyjaciela, kiedy znaleźliśmy się w korytarzu, ten tylko kiwnął głową przekazując mi moją dziewczynę i sam zaraz zwiał na górę, zamykając się w swoim pokoju. Westchnąłem ciężko. Miałem już dość tej sytuacji. Pomimo iż Adrianne nie była jedną z nas to jej śmierć dotknęła wszystkich, dosłownie wszystkich, nawet tych, którzy tak szczerze jej nienawidzili.
Trzepnąłem głową jakbym chciał coś z niej zrzucić, jednakże to ze środka głowy chciałem wyrzucić nieprzyjemne myśli. Postawiłem Kathrin dopiero przed drzwiami od naszego pokoju, do którego wszedłem razem z nią zamykając je za sobą.
- To co? Relaksujący prysznic i do spania? - posłałem jej delikatny uśmiech, zaś ta jedynie pokiwała głową w odpowiedzi i ruszyła do łazienki. - Wszystko w porządku, kochanie?
- Jasne, że tak. Po prostu te wszystkie wydarzenia, które ostatnio mają miejsce nie dają mi spokoju. Cały czas nad tym wszystkim myślę. A zwłaszcza nad odpowiedzią na pytanie co będzie dalej? - wymamrotała zdejmując powoli z siebie ubrania. 
Wszedłszy do łazienki zamknąłem za sobą drewnianą powłokę i również zacząłem się rozbierać.
- Musisz trochę odpocząć, wyłączyć umysł.
Podszedłem do niej od tyłu, odgarnąłem pasmo włosów za ucho i ucałowałem jej policzek.
- Pewnie masz rację - westchnęła i całkiem naga weszła do kabiny prysznicowej.
Po chwili sam znalazłem się obok niej i odkręciłem ciepłą wodę. Jak zawsze, gdy bierzemy wspólny prysznic, ja umyłem jej ciało, a ona moje. Oczywiście nie obeszło się bez piany w oczach oraz brody z niej zrobionej. Zachowywaliśmy się trochę jak dzieci tak się bawiąc, ale kogo to obchodzi? Dla mnie najważniejsza jest ta dziewczyna i piękny uśmiech, który zdobył jej równie śliczną twarz.


~~*~~


Po prysznicu przenieśliśmy się na łóżko, zaplątani w kołdrze trzymając się w objęciach. Patrząc z perspektywy wszystkiego, nie było niczego, co mogłoby mi to zastąpić, nie ma po prostu żadnej rzeczy ani osoby na świecie. Moja Kate jest jedyna w swoim rodzaju. Pod koniec dnia uwielbialiśmy zamknąć się w naszym pokoju i po prostu leżeć w łóżku w swojej obecności. Nie musieliśmy rozmawiać, po prostu napawaliśmy się spokojem oraz sobą. I tak też było tym razem. Cisza w pokoju zupełnie nam nie przeszkadzała póki mieliśmy siebie tuż obok. Głaskałem delikatnie gołe plecy brunetki a ta co chwila obsypywała moją linie szczęki pocałunkami aż doszła do ucha które delikatnie nadgryzła szepcząc zaraz do niego znane mi dobrze słowa.
- Wiesz Harry, jesteś moim aniołem stróżem, który boi się mojego upadku.
- Pamiętam jak pierwszy raz tak do mnie powiedziałaś - potarłem nosem o jej, a uśmiech na mojej twarzy powiększył się automatycznie na samo wspomnienie tego dnia.
- Myślałeś, że się upiłam i nie będę tego pamiętać. Miałam szczęście, że nigdy ze mną nie piłeś i nie wiedziałeś na co mnie stać. Tak w życiu byś się nie odważył na nic - zachichotała wprost w moje usta całując je delikatnie.
- Skąd miałem to wiedzieć, skoro Tommo ma słabą głowę, myślałem, że i w twoim przypadku tak będzie - zacząłem się tłumaczyć.
Tyle razy bywałem z Louisem na różnych imprezach i zazwyczaj to ja musiałem ogarniać jego, a sam wtedy nie byłem lepszy.
- Oj Harry - jej śmiech sprawił za każdym razem, że moje serce puchło z miłości. - Lou wcale nie ma słabej głowy. Tylko udaje, żeby nie było ci przykro kochanie - sprostowała głaszcząc delikatnie mój policzek.
________________________________
Hej, kochani!
Wiemy, znowu dłuuugo nas nie było. Przepraszamy was serdecznie, ale no trochę spraw było na głowie, głównie tej starszej, chociaż na mojej też. W dodatku nie mamy praktycznie rozdziałów napisanych w przód, a czasu na pisanie było naprawdę malutko, prawie w ogóle.
Także cóż, postaramy się już regularnie wstawiać rozdziały, ale nie wiem sama jak to będzie.
W każdym razie... Jak wam się ten podobał. Można powiedzieć, że to taki przejściowy, bo mało co się dzieje. Ale zachowanie Ashtona przy Kate, hahah xD Jak takie bezbronne dziecko, aż nietypowe dla Irwina.
Dobra, nie rozpisuję się więcej.
Tweetujcie z hasztagiem #ShowMeRealityFF
A teraz odsyłam was do Addie.
Do następnego, buziaki! :*
W.

Kochani, życie ssie, nie wiem co robię ostatnio ze swoim życiem, ale cóż, jest rozdział, wiemy że w huk późno i wg, ale sami też widzicie frekwencje pod rozdziałami. Jesteśmy mega z tyłu z pisaniem ale to już wiecie. Zaczynamy wakacje o czym również wiecie, ale będę pracować, czego już pewnie nie wiedzieliście ale już wiecie xd nie no zgrywam się, postaramy się ogarnąć dupy ;3
Dziękujemy za wyświetlenia, choć mało jest komentarzy, nadrabiacie wyświetleniami ;3
No dobra to jeszcze trzy pytanka i już wam nie będę czasu zabierać
1. Jak wrażenia po rozdziale?
2. Był ktoś może na "Zanim się pojawiłeś" bądź czytał książkę? (ja i czytałam i oglądałam *,* Kocham!)
3. Jak po zakończeniu roku? Pasek na dupie czy na świadectwie? U mnie udało się wyciągnąć na pasek choć spadłam mega przez 2 półrocze.
No nic to chyba już wszystek, tweetujcie, czytajcie, komentujcie, rozmnażajcie się xx :D
Kocham A.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Rozdział 44.

*Perspektywa Veronici*

Leniwie otworzyłam oczy, napotykając od razu wzrok Luke'a, który niczym zbity pies opuścił mój pokój.
Co się dzieje? Przymknęłam ponownie oczy, czując niesamowite nudności i łupiący ból ręki oraz głowy. Co oni ze mną zrobili? Jęknęłam płaczliwie, chcąc przyłożyć dłoń do czoła, ale nie mogłam ruszyć ręką. Co jest? Spanikowana od razu otworzyłam oczy, spoglądając na moją... o mój Boże. Na moją zawiniętą rękę bandażami, które były przesiąknięte krwią. Ten widok od razu podziałał na mnie niczym kubeł lodowatej wody. Wszystkie wspomnienia od razu uderzyły o mnie z taką siłą, iż nie mogłam złapać wręcz powietrza. Próbowałam się zabić, bo.... bo mi ją odebrali. Czy nie powinnam teraz być martwa? Trafiłam do piekła zamiast do nieba? Moje oczy momentalnie zaszły łzami w obawie, że trafiłam tam, gdzie jej nie ma. Ten strach rozdzierał moje serce na kawałki. Spanikowana rozejrzałam się dookoła i niemal krzyknęłam, gdy napotkałam sylwetkę blondyna, który przyczynił się do jej śmierci. Siedział tu przy moim łóżku, wywiercając dziurę w mojej osobie, lecz nie takim wzrokiem jakiego oczekiwałam. Ten był zupełnie ciepły i troskliwy, wręcz emanował współczuciem.
- Dlaczego? - wyszeptałam tak cicho, że przez chwilę zastanawiałam się czy wypowiedziałam to na głos czy tylko i wyłącznie w mojej głowie. Chłopak momentalnie zmienił swoje spojrzenie na zdezorientowane, przez moment skanował moją wykrzywioną w grymasie twarz.

- Co dlaczego? - Spojrzałam na niego lodowatym spojrzeniem, na co tylko zmarszczył brwi i nadal się we mnie wpatrywał.
- Dlaczego mi na to nie pozwoliłeś? - Moje pytanie zawisło w powietrzu i wyglądało na to, że chłopak nie zamierza odpowiedzieć mi na nie, więc znowu zabrałam głos, a raczej wykrzyczałam to, co w tej chwili roiło się w mojej głowie. - Przecież jestem dla ciebie nikim, sam to, do cholery, potwierdziłeś! Odebranie sobie życia było moją decyzją i gówno powinno cię obchodzić, co zamierzam ze sobą zrobić! - wrzasnęłam. - Nie masz nawet pojęcia jak bardzo cię nienawidzę - wysyczałam tak jadowicie, jak tylko umiałam. - Jak bardzo męczę się bez niej tutaj, jak bardzo męczę się patrząc na ciebie.
- Ronnie... - szepnął, na co od razu mu przerwałam.
- Zamknij się! Nie masz prawa tak do mnie mówić. - Ponownie warknęłam, ale zaraz w moich oczach pojawiły się słone łzy. Nie mogłam ich powstrzymać tak jak nieustannie zbliżającej się katastrofy mojego życia. Straciłam wszystko, co mogło zostać mi odebrane, dosłownie wszystko. - Veronica. Rozumiem cię, straciłaś najważniejszą osobę w swoim życiu, ale ja też swoją straciłem, wiem przez co przechodzisz, ale uwierz mi to nie jest najlepszy sposób. Nie możesz tak sobie z tym poradzić, to nie jest wyjście.
- To, że ty się dobrze trzymasz, nie znaczy że ja też! Nie masz pojęcia co teraz się stało. Straciłam rodziców, siostrę, która była dla mnie wszystkim, przyjaciela, rozumiesz?! Nie został mi nikt - załkałam cicho.
 
Przekręciłam głowę w lewą stronę nie chcąc patrzeć na chłopaka, co okazało się być dużym błędem, gdyż zobaczyłam na półce ramę z naszym zdjęciem. Nie hamowałam już łez, które małymi ścieżkami szybko ściekały wzdłuż moich policzków. 
- Ron, proszę cię - sapnął cicho, próbując przyciągnąć mnie do siebie. 
Sprawną ręką odepchnęłam jego ramiona od siebie. 
- Niech Luke wróci - szepnęłam.
Teraz czułam potrzebę przytulenia go. W jego ramionach czułam się bezpiecznie, traktowałam jedynie jego jak przyjaciela, chociaż nie wiem jakim cudem tak szybko sobie na to zapracował.
Irwin pokręcił jedynie głową. 



- Później tu przyjdzie. Ver... - westchnął głęboko, siadając przy mnie na łóżku. Miałam wielką ochotę się odsunąć na sam koniec materaca, czułam cholerną nienawiść do tego chłopaka.- Zawołaj. Luke'a - wysyczałam, mając nadzieję, że nie zbliży się do mnie jeszcze bardziej. Miałam po prostu dość patrzenia na niego, nienawidzę go z całego serca.
- Veronica, proszę cię. Teraz jest źle, wiem, ale obiecuję, że będzie lepiej. Dasz sobie z tym radę.
- Wyjdź stąd i zawołaj Luke'a! - wrzasnęłam, teraz nie zwracając uwagi jak bardzo głośno to wykrzyczałam. 
Nie prosiłam go o wiele, tylko by dał mi spokój. Chłopak przez moment wpatrywał się we mnie. Mimo, iż na niego nie patrzyłam, czułam jego wzrok na sobie. Siedzieliśmy tak może z kilka minut po czym wstał i opuścił pokój, trzaskając przy tym drzwiami, lecz przed tym jeszcze wyszeptał słowa, które całkowicie już wyprowadziły mnie z równowagi.
- Nie poddam się, Ronnie.
Wybuchłam płaczem zaraz gdy tylko drewniana powłoka z hukiem uderzyła o framugę. Wzdrygnęłam się, a z moich ust wydobył się szloch, którego nie mogłam już dłużej tłumić. Zwinęłam się w kłębek i po prostu znowu płakałam, spazmy szlochu połączonego z paniką wydostawały się z mojego ciała, nie miałam astmy tak jak ona, ale napady paniki były u mnie częstym bywalcem.
Leżałam w jednej pozycji przez kilka, a może kilkanaście minut. Nie wiem, czas nie miał znaczenia.
W końcu drzwi ponownie się otworzyły i do środka po cichu weszła osoba. Nie miałam pojęcia czy to ponownie Irwin do mnie zawitał czy też spełnił moją prośbę i to Luke. W głębi duszy liczyłam na to, iż to Hemmings,
 bo w tej chwili potrzebowałam jedynie jego pocieszenia, jego obecności. Obróciłam się delikatnie w stronę wejścia i napotkałam chłopaka podążającego w stronę łóżka. Niebieskooki powoli bez słowa usiadł obok mnie patrząc ze współczuciem w moje oczy. Ostrożnie podnosząc się na zdrowej ręce usiadłam i przytuliłam się do niego niemal natychmiastowo. Luke objął mnie ramionami i głaskał delikatnie po plecach.
- Co mogę dla ciebie zrobić? - wyszeptał, gdy odsunęłam się od niego, by mieć widok na jego przepełnione troską oczy.
- Nie odchodź - odparłam równie cicho.
- Nigdy, pingwinku. - Ponownie przyciągnął mnie do siebie całując w czubek głowy.



~*~

- Nie skreślaj go za to. - Po dłuższym leżeniu w ciszy nagle odezwał się Luke, już dawno zdążyłam się uspokoić, więc tylko leżałam starając się nie myśleć o niczym, żeby znowu nie wybuchnąć płaczem. Zdezorientowana uniosłam na niego wzrok posyłając mu przy okazji niepewne spojrzenie.
- Nie udawaj jakbyś nie wiedziała o co chodzi Ronnie. - Wykrzywił usta w grymasie trącając palcem mój nos, przez co i ja sama poszłam w jego ślady. - Mówię o Ashu, nie obwiniaj go za to. Biedak sam się zadręcza. Nigdy nie widziałem go w takim stanie, kiedy znalazł cię na wpół martwą tam w wannie. - Na ostatnie słowa jego głos się załamał, więc na chwile zaprzestał swojego monologu, wziął głęboki wdech i ponownie patrząc w moje oczy zaczął mówić. - Siedział przy tobie przez całą noc, był roztrzęsiony, nawet nie pozwalał nikomu tutaj wejść.
Spojrzałam na Luke'a beznamiętnym wzrokiem. Ani trochę nie trafiały do mnie jego słowa.
- Czy to ma jakieś znaczenie? Zrobił to, bo boi się Bryana - szepnęłam cicho.
- Nie wiesz co mówisz, Ronnie. On to bardzo przeżywał.
- Albo udawał - prychnęłam, zwracając wzrok w lewo.
Nadal na szafce stało zdjęcie moje i Ann. Zacisnęłam mocno usta, by stłumić szloch spowodowany tęsknotą do mojej kochanej siostrzyczki. Tak bardzo chciałabym zginąć za nią, chciałabym, żeby ona żyła, bo była dla mnie wszystkim. I może to samolubne, ale nie chcę żyć bez niej. Nie mam żadnego oparcia, nikogo. Odwróciłam głowę w stronę Luke'a, który teraz wpatrywał się w moje oczy nieodgadnionym wzrokiem. Nie potrafiłam rozgryźć co chce powiedzieć.
- Jemu na tobie zależy, Ronnie - wypowiedział te słowa tak cicho, jak było to możliwe.
- Słyszałam jak bardzo - zaśmiałam się gorzko, mając łzy w oczach.
Zamknęłam powieki. Nie chciałam już płakać, chciałam chociaż spróbować być silną. Tylko dla Luke'a tak naprawdę, bo jedynie on został przy mnie.
- Wiesz jaki on jest - westchnął już trochę zirytowany, a przynajmniej tak mi się wydawało.
- W tym sęk, że nie mam zielonego pojęcia jaki on jest - syknęłam odsuwając się o kilka centymetrów od niego, bym mogła spojrzeć na jego twarz z lekkiego dystansu. - Raz jest kochany i słodki, a zaraz wkurwiający i przerażający. Jak ja mogę go poznać, skoro jest tak irracjonalnie bipolarny?
Blondyn ułożył obie dłonie na moich policzkach i złożył długi pocałunek na moim czole, po czym odsunął się i spojrzał w oczy.
- W głębi duszy doskonale wiesz jaki jest, czujesz to i właśnie to sprawia, że on tak przez ciebie wariuje. Bo ty jedyna postrzegasz go w inny sposób niż pozostali ludzie.
Przymknęłam oczy, czując niesamowity skurcz w żołądku. Nie mogłam go niestety usunąć, nie chciałam go, ale czułam całą sobą, iż te słowa są całą prawdą. Niezależnie jak bardzo bym się oszukiwała, nie zmienię moich uczuć do niego. Mogę w tej chwili brzmieć jak desperatka albo jakaś pojebana laska z Syndromem Sztokholmskim, ale ten oto tu blondynek miał całkowitą rację i nie mogę nic a nic na to zaradzić. Jęknęłam cicho otwierając oczy, a gdy to uczyniłam od razu mój wzrok zatrzymał się na zabandażowanej ręce Luke'a, której wcześniej nie zauważyłam. Czyżbym była tak egoistyczna i przejęta swoją stratą, że kompletnie nie przejęłam się obrażeniami chłopaka? 
- Możemy o tym nie rozmawiać, proszę? - szepnęłam z nadzieją, że utnie ten temat. Nie miałam ani siły ani ochoty z nim dyskutować, bo i tak wiem, że był już na wygranej pozycji.
Westchnienie opuściło jego usta, ale skinął głową potwierdzająco. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie, łapiąc jego zabandażowaną dłoń, tym samym chcąc poruszyć kwestię jego zdrowia.
- Tak w ogóle, powiedz mi jak ty się czujesz?
- Jakoś się trzymam - odparł, przypatrując mi się cały czas uparcie. - Bywało gorzej.
- O mały włos się nie wykrwawiłeś i mówisz że bywało gorzej? - zapytałam zdezorientowana, patrząc na niego jak na idiotę po prostu. Przecież on mógł zginąć!
- Jasne, kiedyś byłem częstym bywalcem w szpitalach - zaśmiał się cicho, a jego wzrok momentalnie zmiękł.
Zmierzwiłam blondynowi włosy, jak gdyby był niesfornym dzieckiem i uśmiechnęłam się do niego lekko. Chyba tylko on z nich wszystkich potrafił sprawić, że chociaż na chwilę zapominałam o Bożym świecie i tym, co działo się wokół mnie. Miał w sobie to coś, przyciągał jak magnes i chyba właśnie to spowodowało, że jemu jako pierwszemu zaufałam, gdy tutaj trafiłam.
Jego błękitne oczy, mimo iż na początku wyrażały złość i wręcz nienawiść są uspokajające i sprawiają, że chce się w nie wpatrywać godzinami. Nie wiem czy Luke się po prostu zmienił odkąd tu jesteśmy, a właściwie jestem, czy po prostu przedtem próbował grać totalnego gangstera, a tak na prawdę jest uroczym, przyjaznym blondynkiem. Nie to co Irwin w każdym razie, on nie udaje, już taki jest. Na samą myśl o nim z moich ust wydostało się zrezygnowane westchnienie. Już mi uświadomił swoimi słowami, że nie podda się dopóki mu nie wybaczę, choć nie mam takiego zamiaru. Mam mu za złe, iż nie pozwolił mi zrobić tego, co chciałam. To nie była jego decyzja i powinien był to uszanować, ale nie, szlachetny, wspaniałomyślny Irwin postanowił to zlekceważyć i zniszczyć moje plany. Teraz nie mam pojęcia jak to będzie wyglądało. Jestem zbyt słaba psychicznie, by móc normalnie funkcjonować, a nikt z mojego teraźniejszego otoczenia nie potrafi mnie przywrócić do wcześniejszego stanu. Straciłam ostatnią nadzieję, już wszystko zgubiło swój sens. A ja sama zgubiłam się wśród tego amoku, nie wiedząc co zrobić i w którą stronę iść.




__________________________________
Cześć, kochani!
Tym razem ja zaczynam notkę, bo z tego co widzę Addie nie za bardzo ma czas. A co do tego właśnie - przepraszamy was za brak rozdziału, ale no... co ja mam wam powiedzieć. Obydwie nie bardzo mamy czas na takie przyjemności jak pisanie ze względu na nadchodzący wielkimi krokami koniec roku. Zwłaszcza, że ja muszę popoprawiać trochę przedmiotów i wyciągnąć lepsze oceny. Także będziemy się starały wrzucać rozdziały w miarę możliwości częściej, ale nie powinnyśmy niczego obiecywać. Ale to tyle, nie będę tak już się rozpisywać.
Jak wam się podoba rozdział? Można powiedzieć, że jest przejściowy, bo mało co się w nim dzieje, prócz tej rozmowy Ashtonici. Ash pokazuje swoją stronę z uczuciami owh *,* No i Lukey taki słodki, jejku. Uwielbiam go!
Ale dobra, z mojej strony to chyba wszystko.
Zapraszamy do odpowiedniej zakładki, w której możecie zadawać pytania bohaterom.
Wypowiadajcie się też na Twitterze pod hasztagiem #ShowMeRealityFF
Do następnego, skarby!
Całuski :*
W.


Witajcie mordeczki :*
Wiem możecie mnie zabić, bo to najbardziej moja wina. Nie mam po prostu czasu, ciągły zapiernicz, to szkoła, a w weekendy praca i to tak od 11 do 22, przepraszam was kochani, na prawdę, gdybym tylko mogła kopnęłabym to wszystko w dupe, najbardziej szkołę i miała wyjebane, bo mogłabym normalnie pisać, czytać książki, a nie ślęczeć i się uczyć. Ale mamy rozdział? Nie wiem jak wam się podoba? Czy czyta to więcej niż te trzy osoby, które skomentowały ostatni rozdział? Mam nadzieję, że tak. Kochani KOMENTUJCIE, pokażcie, że mamy dla kogo ogarnąć tyłki i naszą głupią wenę i czas na pisanie. (gdy jest czas, nie ma weny, gdy z kolei jest wena nie ma za grosz czasu) I jak z tym żyć. No nic ja wam powiem, że strasznie tęsknię za Ann. I Lou gdzie on wg jest? Ktoś ma jakieś pomysły?
No nic skarby. Piszcie na twitterze z hasztagiem #ShowMeRealityFF pytajcie bohaterów oraz komentujcie :*
Kocham was :* 

A.

poniedziałek, 16 maja 2016

Rozdział 43.

*Perspektywa Luke'a*

Kompletnie w szoku wpatrywałem się w ścianę przede mną, nie wiedziałem co ze sobą począć. Nawet piwo spoczywające w mojej dłoni nie wydawało się apetyczne, może też i dlatego pozostało nie otwarte? Sam nie wiem, nie byłem pijany, co mnie przerażało. Chciałem to zrobić po tej całej sytuacji, ale bierze mnie obrzydzenie do samego siebie. Przecież ona tam leży, potrzebuje wsparcia, a ja zachowuję się jak rozchwiana emocjonalnie baba, zamiast być tam i ją wspierać, do cholery. Jestem do niczego, ale wystarczy, że ja mam o sobie takie zdanie, ona nie może tak myśleć. Nie mogę dać jej powodów do tego. Momentalnie wstałem z łóżka, ale zaraz na nie opadłem nie mając pojęcia co teraz zrobić. Ashton siedzi z nią od wczorajszego wieczora, kiedy zdesperowana i rozgoryczona, pozbawiona celu w życiu i oparcia postanowiła odebrać sobie życie. Nikogo nie chce do niej dopuścić, jedynie Kate udaje się tam wejść i przynieść mu coś do jedzenia, ale z tego co słyszałem, nie chce niczego jeść dopóki ona się nie wybudzi. Nawet nie miałem odwagi tam wejść. Wiem, że jestem tchórzem, ale widok jej takiej po prostu przeraża mnie doszczętnie. Cholera, nie mogę się tak mazać. Może i się poryczę, kiedy zobaczę ją w tym stanie, ale trudno. Muszę do niej iść. Co ze mnie w ogóle za... Przyjaciel. Jeśli mogę się określić takim mianem, chociaż w to wątpię. Spierdoliłem wszystko, to teraz muszę to naprawić.
Tym razem wstałem, rzuciłem butelkę na łóżko i na trzęsących się nogach skierowałem się w stronę jej pokoju. Zapewne zostanę przywitany prawym sierpowym Ashtona, ale trudno. Należałoby mi się. Wspiąłem się z trudem po schodach i stanąłem na przeciw drzwi. Pociągnąłem za klamkę, biorąc przy tym kilka głębokich wdechów i zaciskając oczy, ponieważ już czułem jak piekły mnie łzy.
Drzwi ustąpiły z łatwością, (o dziwo. Myślałem, że będą zamknięte). Wszedłem powoli do środka, czując jak moje serce chce wyskoczyć z klatki piersiowej. Otworzyłem zaciśnięte oczy i już nie chamowałem łez. Może i nie było to takie "męskie", ale teraz to najmniej mnie obchodziło. Miałem przed sobą moją małą Ronnie, która blada leżała bezwładnie na łóżku. Wyglądała, jakby była martwa, ale nawet nie dopuszczałem do siebie tej myśli.
Obok niej siedział Irwin; zgarbiony, zmęczony, z roztrzepanymi włosami, z worami pod czerwonymi oczyma. Zaprzestał zaplatać kosmyk jej włosów wokół swojego palca i spojrzał na mnie.
- Zanim... zanim cokolwiek powiesz.. - zacząłem powoli łamliwym się głosem, ale jak to na Irwina przystało, bardzo szybko mi przerwał.
- Jeśli jesteś wstawiony to stąd wyjdź - powiedział, na co spuściłem wzrok, kręcąc przy tym głową po czym zapadła cisza. Z lekkim wahaniem podniosłem głowę napotykając jego przymglone, spuchnięte oczy. Wpatrywał się we mnie jakby chciał się upewnić, że mówię prawdę. Zrobiłem krok do przodu, ale zaraz się cofnąłem, gdy usłyszałem dosłownie psie warknięcie ze strony blondyna.
- Ashton, proszę cię. - Mój płaczliwy głos odbił się o ściany pomieszczenia.
- Nie proś.. - szepnął już na mnie nie patrząc.
- Czemu nie pozwalasz mi się do niej zbliżyć? - zapytałem ponowie, przesuwając się powoli do przodu. Tym razem, o dziwo, chłopak nie wydał z siebie żadnego dźwięku, więc uznałem to za pozwolenie i na nogach niczym z waty podszedłem do łóżka. Kiedy stanąłem nad nią, kolana się pode mną zapadły i wylądowałem klęcząc koło łóżka. Bardzo delikatnie chwyciłem jej dłoń i złożyłem na jej wierzchu krótki pocałunek.
- Przepraszam, Ronnie - szepnąłem, pocierając jej lodowatą rękę kciukiem. - Jestem totalnym kretynem. Zepsułem wszystko. Nawet nie wyobrażasz sobie jak żałuję, że mnie przy tobie wtedy nie było. Nie zasłużyłem na ciebie. Moja głupota dosłownie wszystko pieprzy. Przepraszam cię - zacisnąłem usta w wąską linię, oddychając głęboko i powoli.
Nie mam pojęcia czy mi wybaczy, czy jeszcze będzie chciała mnie znać, po tym jak wszystko spierdoliłem. Mi jednemu zaufała, a ja to zlekceważyłem. Najpierw pozwoliłem, żeby ją porwali, później również przez to zabili Adrianne, a teraz ona dosłownie otarła się o śmierć. Położyłem jej zabandażowaną dłoń na pościeli i schowałem twarz w rękach głośno oddychając. Byłem bliski płaczu. Sam nie wiem dlaczego, ale cholernie mi na niej zależało. Te kilka dni sprawiło, że stała się dla mnie ważna, niczym młodsza siostra. A perspektywa tego że mogę ją stracić okropnie mnie przerażała. Nie może mnie przecież opuścić. Nie zważałem już nawet na klęczącego po drugiej stronie Ashtona oparłem czoło o pościel i zaniosłem się głośniejszym płaczem.
- Wyjdzie z tego... Musi. - Usłyszałem drżący głos blondyna. Słysząc te słowa sam zacząłem je cicho powtarzać, próbując się do tego przekonać. To cud, że w ogóle udało się ją uratować. Z tego co słyszałem od Caluma, który mówił, że Ron leżała tak z dobrą godzinę i parę minut później, a wyzionęłaby ducha. Jedyne co podtrzymywało ją przy życiu to lodowata woda, która spowolniła przepływ i wylew krwi. Nie wiem czy zrobiła to celowo, by przedłużyć jej cierpienie, czy nawet o tym nie myślała i robiła to czysto schematycznie. Czemu też nie wpadłem na to, że będzie sobie chciała odebrać życie? Co innego ją tutaj trzyma. Nic, zupełnie nic. Adrianne była jej kotwicą, a gdy jej nie ma... Ona nie ma dla kogo żyć. Ojciec okłamywał ją przez całe jej życie, matka pozwalała mu na to wszystko i stała się jego wspólniczką w kłamstwach, w zbudowanej sztucznej bańce szczęścia, a jej najlepszy przyjaciel zdradził ją będąc w gangu wroga i to prawdopodobnie on zabił jej siostrę, co było tylko dolaniem oliwy do ognia. No i zostaliśmy my, gdy je porwaliśmy zmieniło się dla nich dosłownie wszystko, przez nas dowiedziały się wielu prawd, zostały odkryte przez resztę tych całych organizacji przestępczych, zwanych gangami i jeszcze Ashton tyle razy ją skrzywdził. A mówiąc o Irwinie. Uniosłem głowę spoglądając przez kurtynę łez na chłopaka.
- Dlaczego? - Nawet nie spostrzegłem kiedy to pytanie uleciało z moich ust. Ashton od razu otworzył szeroko oczy, będąc zdezorientowanym.
- Co dlaczego? - powtórzył za mną.
- Dlaczego tutaj siedzisz?
Blondyn patrzył w moje oczy pustym wzrokiem, chyba zastanawiając się nad odpowiedzią, po czym spuścił głowę wpatrując się w twarz brunetki, która nie miała żadnego wyrazu. Uświadomił mi tym gestem, że jemu także na niej zależy. Aczkolwiek chyba w inny sposób niż mi.
- Dla niej - wyszeptał nagle, tym samym utwierdzając mnie w moim przekonaniu.
Gdyby była mu obojętna nie wyciągnąłby jej z wanny, nie próbował ratować, nie płakał, patrząc jak prawie umierała i nie siedział tutaj całą noc nie mrużąc oczu nawet na minutę. Każdy z nas doskonale wiedział, że tak być nie powinno; że między nimi powinna być tylko i wyłącznie nienawiść, a jednak jest inaczej. Może i wydaje się to wręcz urocze, ale jest niesamowicie niebezpieczne i tak jakby... nielegalne. Niemożliwe.
- Ashton - powiedziałem cicho. Blondyn zwrócił głowę w moją stronę. - Idź zrób coś ze sobą. Na prawdę zjedz coś, posiedzę z nią. - On jedynie pokręcił głową. - Ja mówię poważnie, Ash.
- Trudno jest odzyskać zaufanie, kiedy się je zburzy swoją głupotą i lekkomyślnością - mruknął.
Westchnąłem ciężko, lecz ponowiłem próby namawiania go:
- Wiem, wiem o tym. Nie wyobrażasz sobie, do cholery, jak bardzo żałuję, że to wszystko spieprzyłem. Ale proszę cię, zaufaj mi jeszcze ten jeden raz. Idź, doprowadź się do normalnego stanu. Przysięgam, tym razem jej nie skrzywdzę.
Blondyn spojrzał na mnie z niezwykłym wahaniem, widziałem to w jego tęczówkach, jego dusza walczyła z rozumem i sercem i jak na razie sam nie byłem pewny, która z tych stron wygra tą zaciekłą bitwę.
- Luke, ona powinna już się obudzić. - Pokręcił głową, przełykając z trudem ślinę, po czym ponownie na mnie spojrzał. - A co jeśli... - zaczął, ale nie dałem mu dokończyć, od razu wcinając się mu w słowo.
- Nawet się nie waż tego mówić - syknąłem wściekły, iż takie myśli coraz częściej kłopoczą jego głowę. - Wyjdzie z tego. Wiem, że trudno ci w to uwierzyć i po tym jak Hope umarła w szpitalu masz zawsze najgorsze scenariusze w swoim sercu, ale ona nie jest Hope, Ashton.
- Sam ją kochałeś! - warknął jadowicie, ale mogłem doskonale usłyszeć, iż jego głos drży od cisnących się łez. - Jak możesz porównywać je dwie, kiedy oddałeś mojej siostrze serce!
Teraz to niemal płakał. Szczerze, nie takiej reakcji się spodziewałem. Myślałem, że wstanie i dostanę od niego w twarz. Ale co do tego miał rację. Kochałem Hope, była dla mnie kimś więcej niż rodziną, którą stworzyliśmy, była kimś więcej niż przyjaciółką. Jej śmierć dotknęła mnie tak samo mocno jak Irwina, ale nie zmieniłem się tak jak on, po prostu przestałem ukazywać uczucia, ale nie wyżywałem się na innych. Jeśli osoby nie były warte uwagi byłem dla nich oschły, ale nie mściwy. I to nas różniło. Wiem, iż stracił siostrę i nikt jej w życiu nie zastąpi, ale mówiłem prawdę, Ronnie nie jest taka jak Hope, są zupełnie inne, ale obie w pozytywnym znaczeniu.
- Nie chodzi mi o to... Miałem na myśli, że one... Uhh, nie ważne - mruknąłem.
- Powiedz, śmiało.
- Że Veronica też jest dla nas obydwu ważna - warknąłem. Ashton nie odpowiedział, po prostu zwiesił głowę. - Zaopiekuję się nią. Tym razem tak jak powinienem.
Irwin patrzył na mnie dłuższą chwilę, prawdopodobnie zastanawiając się czy mogę naprawdę z nią zostać. Ledwie widocznie skinął głową, bardzo ostrożnie i powoli podniósł się z łóżka i mozolnie skierował ku drzwiom. Uznałem ten gest za pewnego rodzaju wybaczenie i podarowanie choć odrobiny zaufania, na które w żadnym stopniu nie zasługiwałem po tym, co odstawiłem. Delikatnie usadowiłem się obok nieprzytomnej dziewczyny, gdy Ashton wyszedł. Jeździłem ręką po jej włosach porozrzucanych na poduszce.
- Proszę, Ronnie, błagam cię, ocknij się - szeptałem, choć dobrze wiedziałem, że tego nie słyszy. - Przepraszam cię. Zepsułem to wszystko, nie potrafiłem się tobą zaopiekować. Pozwoliłem, by cię zabrali. A teraz jeszcze to - zacisnąłem oczy, bo czułem, że zaraz wydostaną się z nich kolejne łzy. - Zaufałaś mi, chyba jako jedynemu, a ja to spieprzyłem, wybacz mi proszę. Obiecuję, że nie popełnię ponownie tego samego błędu. I może to jest nienormalne, ale na prawdę zależy mi na tobie, Ron. Chociaż jak widać nie tylko mi. - Moje usta rozciągnął nieznaczny uśmiech. - Mimo... okoliczności w jakich się poznaliśmy, które swoją drogą są beznadziejne, ale to wiemy wszyscy - westchnąłem. - Mimo tego wszystkiego znaczysz dla mnie dużo więcej niż jakaś tam zakładniczka. A minęło zaledwie kilka dni - zaśmiałem się cicho, kręcąc głową na boki. Nie dowierzałem temu wszystkiemu. - Dlatego błagam, nie zostawiaj mnie, nas, Ashtona. Rozumiem cię, straciłaś jedyne oparcie w tym całym gównie, ale życie tu się nie kończy i wierzę, że dasz sobie z tym radę. I zapamiętaj, że będę przy tobie, gdy tylko będziesz potrzebowała wsparcia.
Po tych słowach ułożyłem głowę obok jej i wsłuchując się w jej wolno bijące serce patrzyłem na rozbite zdjęcie stojące na szafce nocnej. Nawet go wcześniej nie zauważyłem. Ktoś musiał je tu postawić po tym jak Veronica je rozbiła o ścianę. Uniosłem się delikatnie na łokciach, by dosięgnąć do ramki, a gdy tylko ją pochwyciłem powróciłem na swoje miejsce i zacząłem dokładniej skanować zdjęcie.
Przedstawiało ono siostry i wnioskując po tym, iż starsza z nich nadal była brunetką oraz to że jej włosy sięgały tylko do ramion, a Ronnie miała krótsze nieco jaśniejsze włosy niż teraz, stawiam na to, iż było to co najmniej z 2 lata temu. Łatwo mi było zauważyć takie rzeczy. Raz, że jestem spostrzegawczy, dwa... w ciągu ostatnich kilku dni od porwania miewam okropne sny, w których pojawiają się dziewczyny i chyba nie muszę mówić jak one się kończą. Zacisnąłem mocno powieki na wspomnienie o nich, po czym znowu spojrzałem na fotografię. Gdyby się tak przyjrzeć mocniej siostry wcale nie są takie podobne do siebie. Mają zupełnie inny kolor oczu, nawet kolor ich cer się różni, co prawda była to delikatna różnica w odcieniach, ale jednak.
Zapewne każda z nich to kopia jednego z rodziców. Zgaduję, że Adrianne była młodszą wersją ich matki, a Veronica ojca. Odłożyłem fotografię na miejsce i westchnąłem ciężko. Kilka minut wpatrywałem się w jeden punkt na ścianie, całkowicie wyłączając swój umysł. Nie myślałem o niczym, po prostu czekałem z nadzieją, ze się wreszcie zbudzi. Przymknąłem na chwilę oczy i oparłem głowę o ścianę za mną. Walczyłem ze zmęczeniem jak tylko mogłem, nie chciałem zasnąć. Nie mogłem spieprzyć takiej rzeczy. Ashton zaufał mi choć odrobinę, dał drugą szansę i pozwolił mi z nią zostać sam na sam. Jestem mu niesamowicie wdzięczy. Chyba wybaczył mi to co zrobiłem, a raczej czego nie zrobiłem, gdy powinienem był. Starałem się nie zasnąć, ale to nie wystarczyło, bo chyba odpłynąłem.
W pewnym momencie poczułem mocne szturchnięcie, które przywróciło mi świadomość. Otworzyłem oczy i zdezorientowany spojrzałem w górę, gdzie ujrzałem dosłownie wściekłą twarz Irwina.
- Powiesz mi co ty, do cholery jasnej odwalasz?! - krzyknął.
- Ale... Ja tylko się zdrzemnąłem.
Nie miałem pojęcia co go tak wkurzyło.
- Zdrzemnąłeś się tylko. Całą noc!
Jasna cholera. Nie możliwe. Patrzyłem z niedowierzaniem na blondyna i uderzyłem głową o ścianę, o którą się opierałem. Nie chciałem uwierzyć, że zaprzepaściłem szansę od Ashtona. Że tak po prostu, przez zmęczenie prawdopodobnie straciłem całkowicie jego zaufanie.
Zawiodłem nie tylko mojego przyjaciela, Ronnie, ale też samego siebie.
- Ash, proszę cię. Wiesz, że ja tego nie... Wiesz, że nie chciałem - szepnąłem. - Przepraszam.
- Który to już raz w ostatnim czasie coś zawaliłeś? - warknął. - Wyjdź stąd, Luke.
- Ashton, posłuchaj mnie chociaż. - Spojrzałem na niego błagalnie.
Ten otworzył usta, być coś powiedzieć, lecz momentalnie zamknął je patrząc za mnie w bezruchu. Odwróciłem się i dostrzegłem, że Ronnie otworzyła oczy, wpatrując się w sufit.
- Wyjdź, Hemmings.
- Ale Ash, ona... - Łzy ciągnęły mi się do oczu. Teraz nie pozwoli mi z nią nawet porozmawiać.
- Wyjdź stąd, nie zasłużyłeś na to - wysyczał, podchodząc do mnie. Chwycił mnie za koszulkę i siłą postawił do pionu. - Wypierdalaj. Z tego. Pokoju.
Puścił mnie i pchnął w stronę drzwi.

Nic nie zdziałałbym stawiając się mu, więc po prostu wyszedłem. Ostatni raz spojrzałem na moją małą Ron, która odwróciła głowę w stronę blondyna, zanim zamknąłem całkowicie drewnianą powłokę.








________________________________________________________
Hej kochani :* 
Wiemy, wiemy, jesteśmy po tak długiej przerwie, że zastanawiam się czy serio ktoś z nami jeszcze został, bądź też zostanie. Tyle się ostatnio dzieje, że mnie na przykład nie ma całymi dniami w domu. Próbuję zdać prawko, co dla mnie nie jest łatwe przez stres, mam prace dodatkowo, do tego nadal dochodzi szkoła i znęcający się nauczyciele. Po prostu istny koszmar. No ale mamy dla was kolejny rozdział. Mamy nadzieję, że wam się spodobał. Trochę więcej emocji, Irwin też trochę bardziej ukazuje nam inną swoją stronę. No i chyba nasza śpiąca królewna się przebudziła.
Piszcie w komentarzach jak tam wasze odczucia i czy nadal z nami jesteście. 

Nie mamy pojęcia kiedy dodamy kolejny, ponieważ jesteśmy tylko trzy rozdziały do przodu i słabo nam to idzie ze względu na ten frustrujący brak czasu. Prosimy tylko o zrozumiałość i cierpliwość oraz komentowanie, ponieważ każdy z nich niezwykle motywuje!
Dziękujemy za wyświetlenia oraz komentarze pod ostatnim rozdziałem :*
Zachęcamy do pytania bohaterów w zakładce
Teraz nie będę już wam przynudzać, odsyłam was do Ronnie :*
Buziaki :* A.
 Ps. Jak tam po Eurowizji? Ja jestem wkurzona werdyktem. Ukraina wygrała przez litość, jak nie wierzycie, to zobaczcie tekst piosenki. Były o wiele lepsze piosenki.


Hej, cześć, siema?
Cholera, biorę większą część winy na siebie, bo to głównie z mojej winy rozdział pojawia się tak późno, uh. Przepraszam was serdecznie, ale wiecie sami - koniec roku, a ja jestem w czarnej dupie, za przeproszeniem. Poleciałam trochę z ocenami i kompletnie nie mam czasu. Damn, mam nadzieję, że mi (nam) to wybaczycie :c
No ale cóż, lepiej późno niż wcale, prawda? Także mamy dla was kolejny rozdzialik, w którym nieco akcji i hohoho Ashy z totalnie innej strony! Biedactwo :c No a Luke? Tak mi go żal, starał się nasz blondasek przynajmniej, ale coś mu to średnio wychodzi niestety.
Dobra, ja uciekam, nie będę wam tyle już tu paplać, bo bez sensu. Do następnego, kochani! :*
W. Ps. Czy tylko ja nigdy nie oglądałam Eurowizji (również w tym roku)? XD


Czytasz? Proszę pozostaw po sobie ślad :*