wtorek, 6 grudnia 2016

Rozdział 48.

*Perspektywa Ashtona*

Otworzyłem powoli powieki przekręcając się na bok. Miałem nadzieję, że zobaczę inny widok niż ten, który od tygodnia wita mnie co ranek. Niestety, tak jak dotychczas nic się nie zmieniło. Na swojej stronie łóżka siedziała dziewczyna. Tak jak zawsze miała podkurczone nogi, które przyciskała do klatki piersiowej swoimi drobnymi rączkami. Westchnąłem ciężko na ten widok. Wszyscy niezmiernie się o nią martwili i nie mieli pojęcia jak pomóc tej biednej dziewczynie. Znaczy, problem w tym, że wiedzieliśmy co mogłoby jej pomóc, niestety żadne z nas nie miało takiej mocy. Niezależnie od tego jak bardzo byśmy chcieli to nie jesteśmy w stanie tego zrobić.
- Ronnie? - zwróciłem się do dziewczyny z nadzieją, że może odpowie, ale nic takiego się nie wydarzyło. Znowu przestała się odzywać. Kilka dni temu na wieści, że Tommo widział Adrianne zaczęła mówić, podobno zachowywała się jak opętana, ale najwyraźniej postanowiła znowu zamknąć się w sobie.
Przetarłem rozespaną twarz dłońmi i podniosłem się leniwie do pozycji siedzącej, przypatrując się brunetce. Objąłem ją bardzo delikatnie ramieniem.
- Zrobię ci śniadanie, w porządku? - zapytałem miękko, cicho, spokojnym tonem nie chcąc jej przestraszyć.
Niestety znów to samo - żadnej reakcji. Chociaż czego ja się mogłem spodziewać? Przecież zachowuje się w ten sposób od dłuższego czasu. Mieliśmy jednak nadzieję, że cokolwiek się zmieni po tym jak rozmawiała z Lou, gdy wrócił z klubu ze Stylesem. Nic z tego, wciąż to samo.
Z westchnieniem wstałem z łóżka ubierając się niechętnie i zerkając na nią co jakiś czas kątem oka, głupio wierząc, że się chociażby poruszy. Cokolwiek, cholera.
- No chodź, Ronnie - spojrzałem w jej stronę chwytając za klamkę.
Cierpliwie czekałem, aż brunetka bez odpowiedzi podniesie się i zgarbiona, bez życia skieruje się do wyjścia. Niestety, czego ja mogłem oczekiwać skoro dotychczas nie zareagowała w jakikolwiek sposób na moją osobę. Ponowie westchnąłem i podszedłem do niej. Nie mogłem przecież zostawić jej samej. Chociaż i tak pewnie gdybym wrócił to zastałbym ją w takiej samej pozycji. Pochyliłem się nad nią, lecz zaraz wyprostowałem. Gdyby sytuacja była inna zażartowałbym by ją wkurzyć, że niesamowicie śmierdzi, ale w tej chwili nie mógłbym tego zrobić. Zacząłem się więc zastanawiać kiedy w ogóle się myła. Z przerażeniem stwierdzam, że dosyć dawno. Przecież Kate myła ją jakieś pięć dni temu, ale odkąd wyjechała razem z Louisem, Harrym i Calebem szukać wskazówek dotyczących zabójcy Ann nie miał kto tego zrobić. Reszta dziewczyn nawet nie schodziła na dół, albo jak schodziła to po prostu ja nie wychodziłem z pokoju z wiadomych przyczyn. Co za debil ze mnie. 
- Dobra, zmiana planów. Idziemy cię wykąpać - rzuciłem podnosząc ją w stylu panny młodej, po czym skierowałem się do pomieszczenia obok. Zamknąłem za nami drzwi nogą i posadziłem ją na szafce, gdzie na samym początku naszej "znajomości" zmieniałem jej opatrunek rany, którą sam zrobiłem.
Napuściłem wody do wanny i zacząłem powoli ściągać z niej ubrania, od razu wrzucając je do kosza na pranie. Nie stawiała żadnego sprzeciwu, ale przecież odkąd Ann zginęła, zupełnie wszystko jest jej obojętne. To jest naprawdę przerażające. Sprawdziłem czy woda nie jest za ciepła ani za zimna i ostrożnie posadziłem ją w niej. Przeszedł ją wyraźny dreszcz, a jej powieki przymknęły się. To była praktycznie jedyna oznaka życia jaką zauważyłem od dłuższego czasu u niej. Przejechałem powoli dłonią po jej włosach odgarniając je w tył. Otworzyła powoli oczy, które już dawno straciły swój blask i wlepiła obojętny wzrok we mnie. Zrobiłem to samo i - przysięgam - próbowałem się uśmiechnąć choć trochę, ale nic z tego. Po prostu coś wewnętrznie mnie blokowało, nie byłem w stanie unieść nawet kącików ust widząc ją w takim stanie. Czułem się tak cholernie wyprany z emocji.

Potrząsnąłem głową odwracając wzrok od jej oczu. Nalałem trochę płynu do kąpieli na ręce i zacząłem ją delikatnie myć. Robiłem to nadzwyczajnie ostrożnie, zresztą wszystko co ostatnio robiłem wokół niej było niepodobne do mnie. Zachowywałem się jak nie ja, jednak nie wadziło mi to. Wręcz nie zwracałem na to uwagi. Zmieniałem się, a jak na tym wyjdę ja i inni, to się okaże.
Spłukałem z niej całą pianę i zabrałem się za włosy. Brunetka cały czas siedziała spokojnie, nie odwracając ode mnie wzroku. Po prostu tępo się we mnie wpatrywała. Nie przeszkadzało mi to, ale chciałem wiedzieć co krąży po jej umyśle, bo na rozmowę nie miałem najmniejszych szans. Został mi tylko jej pusty wzrok.
Kiedy już jej włosy zostały opłukane, podniosłem ją by ustała przede mną. Przytrzymywałem ją jedną ręką w talii natomiast drugą sunąłem ku górze wraz ze słuchawką w niej się znajdując. Szczerze mówiąc, czułem się skrępowany zaistniałą sytuacją. Co prawda nie pierwszy raz widziałem kobietę w całej okazałości, ale ta sytuacja... Ona była zbyt intymna? Czułem się nieswojo widząc ją taką. Byłem zakłopotany mając tą świadomość, że ona najprawdopodobniej nie rejestruje tego, co z nią aktualnie robię. Patrzyłem na nią, jednocześnie jej nie widząc. Nie chciałem, żeby tak było. W głębi pragnąłem, by to miało miejsce, ale dopiero gdy będzie sobą.
Wyciągnąłem ją delikatnie z wanny i stawiając ją na miękkim dywaniku osuszyłem ręcznikiem jej mokre, nagie ciało. Następnie owinąłem nią nim i biorąc na ręce wyniosłem z łazienki wchodząc z nią do pokoju. Wybrałem jej ciuchy. Oczywiście jakieś dresy i jedną z moich luźnych bokserek i nałożyłem je na nią.
- To słodkie co dla niej robisz - odezwał się nagle głos za nami, przez co podskoczyłem wystraszony. - Nawet nie usłyszałeś jak weszłam, co ci się normalnie nie zdarza. - Uśmiechała się, ale mogłem wyczuć jej łamiący się głos i załzawione oczy. Patrzyła na mnie przez moment jakby oczekiwała odpowiedzi, lecz zrezygnowała po chwili wbijając wzrok w Ronnie. - Biedna dziewczyna - odezwała się ponownie przerywając ciszę w jakiej od kilku dni żyłem. - Mówią, że najbardziej boli strata kogoś, kogo się kocha.
- Nie - szepnąłem. - Najbardziej bolesna jest strata siebie.
- A ona utraciła oba - dopowiedziała Rose, a po jej policzku spłynęła samotna łza, której nie starła. Pierwszy raz widziałem ją płaczącą, gdyż albo tego nie robiła, albo jeśli już to starała się robić to w samotności.
- Coś się stało Rose?
- Zrobiłam śniadanie - powiedziała wskazując skinieniem głowy na komodę pod ścianą. Dopiero teraz powędrowałem tam wzrokiem i uzmysłowiłem sobie, że stoi tam miseczka, najprawdopodobniej z kluskami na mleku, które były specjalnością dziewczyny.
- Dzięki - mruknąłem, na co tylko przytaknęła.
Przez chwilę stała tak wpatrując się przed siebie, a konkretniej patrzyła na O'Connor. Chrząknąłem chcąc zwrócić jej uwagę na siebie, nie wiem czemu to zrobiłem, ale po prostu było to dziwne, że wszyscy patrzyli się na nią jak na jakiś wybryk natury. Nie była nim. Po prostu... Eh, sam się oszukuję.
- Jest coś jeszcze, prawda? - zapytałem widząc jej wyraz twarzy zaraz gdy tylko powróciła swoim spojrzeniem na mnie.
- Lou dzwonił i prosił, żebyś do niego oddzwonił. Nie mówił czy to pilne, ale po jego głosie właśnie to wywnioskowałam.
Obróciłem się do Veronici, po czym z grymasem ponownie spojrzałem na Rose. Przecież jej nie zostawię samej. Nie po tych akcjach. Nie po tym wszystkim. Już miałem się odezwać, mówiąc, że może to poczekać, lecz wypaliła szybko, nie chcąc do tego dopuścić:
- Powinieneś iść. Ja ją przypilnuję, Ash.
Przygryzłem mocniej wargę wpatrując się dłuższą chwilę w Veronicę. Nie chciałem jej zostawiać, naprawdę. Nie to, że nie ufałem Rose, skądże. Po prostu... Cholera jasna, ona mnie potrzebuje. A może tak naprawdę to ja potrzebuję jej? Z powodu sumienia chcę się nią opiekować, żeby "odpracować" krzywdy, które jej wyrządziłem? Nie mam pojęcia, jak zawsze mam same pytania - zero odpowiedzi. Standardowo.
W końcu przytaknąłem powierzając opiekę nad drobną, wychudzoną brunetką Rosie. Wyszedłem szybkim krokiem ze swojego pokoju, zatrzymując się na ułamek sekundy z wahaniem czy na pewno powinienem to zrobić. Trzepnąłem głową wyrzucając z niej wszelkie obawy. Przecież Rose nie jest niedołężna, zajmie się nią. Może nawet lepiej niż ja.
Zatrzymałem się w ogrodzie, opierając się o balustradę schodków, prowadzących na trawnik. Przetarłem twarz wolną dłonią, w drugiej trzymając komórkę i wybrałem szybko numer Tommo przykładając aparat do ucha. Po kilku sygnałach usłyszałem jego zmęczony głos. Wywnioskowałem ze sposobu jego mówienia, że jest paskudnie zdenerwowany. Tylko jeszcze nie wiem czym.
- Co jest Louis? Ponoć coś ważnego masz mi do przekazania.
- O'Connor, Ashton - rzucił, a ja wręcz odruchowo się spiąłem słysząc to nazwisko. - Ojciec dzwonił, bo dawno nie miał z nimi kontaktu. Musimy coś z tym zrobić.
Pokiwałem od razu przecząco głową przymykając oczy, dopiero po chwili orientując się, że przecież tego nie widzi. Boże, co się ze mną dzieje?
- Przecież wiesz, że ona nic nie mówi, Louis. Do nikogo. Jak ty chcesz ją zmusić, żeby rozmawiała w dodatku z ojcem, którego nienawidzi?
- Warto spróbować, może gdy usłyszy jego głos coś się w niej odblokuję? - W jego głosie można było wyczuć nutę niepewności. 
- Wierzysz w to? - zapytałem z lekką kpiną. - Bo ja nie.
- Nic innego nam nie zostało - odparł na co zacisnąłem mocno szczękę, gdyż miał rację. Zresztą jak zawsze. - A i bym zapomniał - dodał biorąc głęboki wdech co nie zwiastowało nic najlepszego. - Z tego co wiem i jest mega podejrzane O'Connor nic nie wie o śmierci Ann - rzucił szybko.
- Więc po co to wszystko było? Mieli przecież dostarczyć jej ciało do ojca. Chyba, że...
- Chyba, że planowali coś zupełnie innego - wciągnąłem automatycznie powietrze.
- Myślisz, że... - Znowu zacząłem, lecz on ponownie mi przerwał, mówiąc dobitnie drżącym od poddenerwowania głosem i już wiedziałem, że jesteśmy w głębokiej dupie.
- Tak, myślę, że będą próbować nas wrobić w jej śmierć i stan Veronici.
____________________________________________________________
 Hej, cześć i siema! Albo przepraszam?
Tak długo nas nie było, damn. Napisałam wam notkę co do naszej nieobecności ostatnio, mam nadzieję, że jesteście na tyle wyrozumiali :( Szkoła naprawdę ssie, nic fajnego, wszyscy o tym dobrze wiecie, więc nie mam co więcej mówić. Zgaduję, że Addie będzie się sporo tłumaczyć przed wami, więc nie przedłużam, przerzucam was do niej.
Całusy! :*
W. 
PS. Szczęśliwych Mikołajek, hehe ❤

Ho ho ho!
Witajcie mordeczki. Wiem, możecie być na nas mega źli. Znaczy na mnie najbardziej. Bo z mojej winy nic nie pojawiło się od dwóch miesięcy? Sama nie wiem. Po prostu zgubiłam się trochę. Próbuję rozwikłać moje dalsze losy - co zdawać na maturze, jaki kierunek studiów wybrać, jakie miasto. Przesiaduje wiecznie w książkach, nawet mam już tego wszystkiego dość, bo nie mam czasu na moją pasję - na pisanie. Wiem że zaniedbałyśmy bloga, zaniedbałam też Weronikę i mimo iż nie pokazuje tak tego wiem, że to dla niej trudne.
Nawet się pochwalę, że się spotkaliśmy. Spotkanie co prawda nie było zbyt komfortowe. I nie było to takie jak sobie wyobrażałyśmy, ale się spotkaliśmy wreszcie.

No dobrze koniec już narzekania, chwalenia się i żalenia. Jest rozdział! Jak wam się podoba? Taki mały prezent od nas na Mikołajki, mam nadzieję, że się z niego cieszcie. ❤ co do kolejnego. Nie pytajcie, nie mam pojęcia jak to wyjdzie. Jak na razie ciągle jest to samo. Będę starała się ze wszystkich sił, żeby znaleźć czas na pisanie. Obiecuję, ale sami wiecie(a może i nie) ale matura zbyt dużo wymaga ;-;
Dziękuję za każdy komentarz, za wyrozumiałość i po prostu za to, że jesteście :*
Komentujcie, udostępniajcie, tweetujcie #ShowMeRealityFF 
Kocham was :* 
A.



Czytałeś = proszę pozostaw komentarz 

3 komentarze:

  1. Mikołajki... A spoko były XDD
    No fajny prezencik :)) także dzięki. Czekamy na nexty i wgl smutno mi przez Vee :// Sky

    OdpowiedzUsuń
  2. O kurdę:o Ale szczerze? Troszkę tam podejrzewałam, że okaże się, że ona żyje:p.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak żyje? Nic takiego kochanie nie napisałyśmy. To że Brian nie dostał ciała Ann nie oznacza, że żyje. ;/ Sean chce ich wkręcić w jej śmierć, przez co no nie oszukujmy się będzie zadyma i O'Connor będzie chciał ich zabić 😨
      Buziaki ;*
      A.

      Usuń